– To, co się dzieje na dole, to jakiś obłęd – wymamrotał Lee.
– On jest draniem i wariatem. Mam nadzieję, że z nim skończą. Jeśli oni tego nie zrobią, zrobię to sam – powiedział twardo Roy.
Maura nie odezwała się. Przymknąwszy oczy, nadal paliła papierosa. Nie mogła zebrać myśli. Benny posunął się za daleko, wszyscy tak uważali. Nawet Garry powiedział, że Ben wypadł za burtę. Mimo własnego szaleństwa Gal przeczuwał najgorsze. Jak ona sama, Roy i Lee. Zastanawiała się, jak w takiej sytuacji postąpiłby Michael.
Potrafiła sobie odpowiedzieć na to pytanie. Ze względu na więzi rodzinne Michael chroniłby swojego bratanka. Więcej, Michael by go uwielbiał, widząc w Benie własny portret z młodości. Czytała gdzieś, że ludzie skłonni są doszukiwać się w innych swojego odbicia. A kochając siebie, trudno nie kochać kogoś, kto jest do nas podobny.
Nadal nie była pewna, jak postąpić z bratankiem. Roy już opowiedział, że sam pozbawi syna życia, jeśli nie będzie można inaczej zapobiec jego okrucieństwom, zwłaszcza wobec cywilów.
Nie miała wątpliwości, że policja w końcu odkryje, kim była ofiara. Rodzina chłopaka już zgłosiła jego zaginięcie. Było oczywiste, że Carol, na razie bezpiecznie ulokowana w prywatnej klinice, wcześniej czy później ujawni tajemnicę. Trudno byłoby oczekiwać, że zachowa milczenie, zwłaszcza że ich związek z Bennym należało uznać za skończony. Nawet wobec dziewczyny, która go kochała, pozwolił sobie na zbyt wiele. Życie Carol legło w gruzach, będzie musiała spróbować zbudować na nich nowe.
Maura postanowiła, że Bena należy trzymać z dala od niej. Istniało ryzyko, że zrobi jej krzywdę mszcząc się za utratę dziecka, którego pragnął. Z tych samych powodów równie dobrze może zechcieć mieć ją z powrotem. Maura nie była pewna, co byłoby gorsze dla tej biednej dziewczyny. Tak czy owak była zdecydowana ją chronić. Przynajmniej tyle mogła dla niej zrobić.
– Nie martwcie się, napędzą Benny’emu porządnego stracha. Zmądrzeje.
Lee i Roy pokiwali głowami. To pierwsze wiedzieli sami, w to drugie powątpiewali.
Justin leżał na łóżku, miał zaklejone taśmą oczy i zakneblowane usta. Był na Majorce. Żałował teraz, że urządzał sceny. Narobił w spodnie, a że do tego był związany, więc z punktu widzenia porywaczy sytuacja wymagała, żeby wreszcie się na coś zdecydowali. Jak dotychczas nie dostał nic do jedzenia i mdliło go z głodu. Od czasu do czasu wlewali mu wodę do gardła, co przynosiło trochę ulgi. Nie przestawali go wypytywać i coraz trudniej było mu wykręcać się sianem. Wiedział jednak, że nie może wsypać Vica.
Kiedy wycelowali do niego z pistolem, omal nie dostał ataku serca. Zważywszy na stan jego nerwów i otyłość, zagrożenie życia było realne. Teraz smażyli jajka na bekonie i zapach sprawił, że ślina ciekła mu z ust. Nie wiedział, że robią to, aby go zmiękczyć.
Dziwił się, dlaczego wpłacenie okupu zajmuje Vicowi aż tyle czasu. Był przekonany, że porwano go dla pieniędzy. Miał absolutny zamęt w głowie i uznał, iż straszą go, żeby nie sprawiał kłopotu. Zastanawiał się, ile zażądali. Miał nadzieję, że nie za dużo. Vic nie był jego fanem, bo Justin potrafił mu nieraz dokuczyć. Teraz tego żałował. Głowił się też, co Vic mógł powiedzieć matce. Na pewno nie rozumiała, co się dzieje.
Zapach boczku doprowadzał go do szaleństwa; zawsze dziwił się jak żydzi wytrzymują ten zapach bez połakomienia się choć na jeden kęs. Jego ojciec był żydem, a matka katoliczką. Ojciec nie był człowiekiem religijnym, jednak wieprzowiny nie tykał. Gdy matka robiła śniadanie, jadł wszystko poza bekonem. Mimo że Justin często myślał o ojcu, miał nadzieję, że nie grozi mu szybkie spotkanie z nim. Ojciec zmarł wiele lat temu, a Justin chciał jeszcze trochę pożyć. Jeśli o niego chodzi, ojciec był w porządku, natomiast Vic i matka byli odmiennego zdania, bo stary lubił kieliszek i hazard. I co w tym złego? Justin nie miał pojęcia, że brat zaczął utrzymywać rodzinę już jako nastoletni chłopak. To porwanie trwa stanowczo za długo, pomyślał. Kiedy już będzie po wszystkim, opierdoli brata jak jeszcze nigdy w życiu.
Poczuł, że uwalniają go z pęt. Po chwili mrużył oczy w ostrym świetle popołudniowego słońca. Starszy z mężczyzn trzymał talerz z jajkami na bekonie i tostami. Przynieśli także dzbanek z herbatą.
– Dokucza ci głód, Justin?
Popatrzył na nich podejrzliwie, ale kiwnął głową.
– A jak myślicie?
Mężczyźni zaśmiali się całkiem przyjaźnie.
– Dostaniesz to wszystko, tylko odpowiedz na kilka pytań.
– Jakich pytań?
– Wiesz jakich. Chodzi o Vica i jego aktualne interesy w Anglii.
Justin był już przepytywany na tę okoliczność ze trzy razy i coraz trudniej było mu odmawiać odpowiedzi.
– Czy wpłacił za mnie okup?
Mężczyzna postawił talerz na stoliku obok. Justin nie spuszczał wzroku z jedzenia.
– Posłał nas do diabła.
Justin nie uwierzył w to, ale głód szarpał mu wnętrzności więc postanowił mówić. W tym momencie miał gdzieś Vica. Powinien dojść do takiego wniosku dużo wcześniej.
Wziął głęboki oddech i przyjął pozę pełną godności. Jeśli w tej sytuacji było to w ogóle możliwe.
– Co chcecie wiedzieć?
Danielle Hicks leżała na łóżku, pochłonięta oglądaniem fotografii nowego domu zaproponowanego jej przez Maurę. Obok niej na narzucie stało pudło z dokumentami, które tuż przed nalotem policji wyniosła kiedyś z domu.
Rozejrzała się po sypialni. To była nora, nikt nie musiał jej tego mówić. Jej matka widziała zdjęcia i zgromiła ją za zaglądanie darowanemu koniowi w zęby, jak się wyraziła. Wypunktowała wszystkie korzyści dla dzieci i dla samej Danielle: nikt nie będzie wiedział, kim są, zamieszka w przyzwoitym otoczeniu, dzieci pójdą do przyzwoitych szkół.
Nie była wielbicielką Jamiego Hicksa, więc poczuła ulgę po jego śmierci i uważała, że Ryanom należy się najwyższe uznanie za wyeliminowanie faceta, którego obarczała odpowiedzialnością za zrujnowane życie swojej pięknej córki. Nieustannie wytykała jego wady: niewierność w małżeństwie, okropne traktowanie ludzi, arogancję. Lista przywar Jamiego potrafiła ciągnąć się w nieskończoność. Nienawidziła go zapamiętale – jak zresztą cała rodzina Danielle.
Ale nie znali go tak jak ona. Nie czuli przyspieszonego bicia serca na dźwięk jego głosu czy na widok jego uśmiechu.
Wiedziała, że matka miała rację co do Jamiego. Był draniem, hazardzistą i kłamcą. Musiała przyznać przed sobą samą, że traktował ją okropnie, porzucał na całe tygodnie ją i dzieci, a zdarzało się, że i na parę miesięcy.
Mimo to czuła, że przyjmując oferowany jej dom i odkodowanie pieniężne, zdradzi pamięć zmarłego męża.
Przejrzała zawartość pudła. Zamierzała przekazać to wszystko Laurze Ryan. Zawsze ją lubiła, zawsze, ale teraz w ogóle nie miała ochoty z nią rozmawiać ani jej oglądać.
Niestety, będzie musiała, nie tylko z powodu tych dokumentów, lecz także po to, żeby jej odpowiedzieć, czy przyjmie dom i odszkodowanie. Hojne dary. Vic Joliff nic jej nie zaproponował, o czym stale przypominała jej matka.
Westchnęła ciężko. Najstarszego syna, Peteya, nie było jeszcze w domu, więc z trudem wstała, krzywiąc się z wysiłku, bo brzuch jej ciążył, i wyjrzała przez okno sypialni.
Zobaczyła Peteya z papierosem w ustach – miała nadzieję, że to papieros, a nie joint – przechadzającego się po wąziutkim pasku trawnika przed ich blokiem. W pewnej chwili dostrzegła trzech chłopaków za jego plecami. Serce podskoczyło jej do gardła, ale okazało się, że tylko przeszli obok niego, pozdrawiając go wrzaskliwie. Odetchnęła.
Kilka minut później usłyszała, że wchodzi do domu i natychmiast – jak miał w zwyczaju – otwiera lodówkę, by wyciągnąć puszkę coli. Po schodach wszedł cicho i zza uchylonych drzwi pojawiła się najpierw jego głowa.
– Wszystko w porządku, mamciu?