Выбрать главу

Walter Jon Williams

Rozpad

PROLOG

Chorąży Severin nie patrzył ludziom w oczy. Wpakował załogę w tarapaty i teraz nie potrafił jej z tego wyciągnąć.

Siedzieli w łodzi ratunkowej. Okno kokpitu pokrywał szron; delikatne białe pióropusze mrozu migotały czerwonym światłem Paszczy — pozostałości supernowej, tworzące wielki purpurowy pierścień, dominujący teraz w układzie Protipanu. Łódź była przymocowana do niklowo-żelaznej asteroidy 302948745AF, która oddalała się od bramy wormholowej Protipanu Dwa i uciekała od wrogiej floty, strzegącej bramy.

Niestety, 302948745AF nie oddalała się wystarczająco szybko. Gdyby Severin kazał odczepić łódź od asteroidy, zostaliby wykryci przez dziesięć wrogich okrętów, potem przechwyceni lub unicestwieni; jeśli zaś nie zrobi nic, wyczerpią się zapasy jedzenia, a załodze będzie grozić śmierć z zimna.

W swoim czasie plan Severina wydawał się szczytem przebiegłości i taktycznego sprytu. Severin dowodził wormholową stacją przekaźnikową przy Protipanu Dwa, gdy otrzymał meldunek od kapitana Martineza z „Korony”, uciekającej przed eskadrą Naksydów: rebelianci wlatują do układu za kilka godzin. Severin zastosował najpierw pewien trik fizyczny i przesunął wormhol Protipanu Dwa. Naksydzi nie trafili do celu i przez wiele miesięcy musieli silnie hamować, by powrócić do układu. Po tym sukcesie Severin wykazywał chyba zbytnią pewność siebie, skoro udało mu się namówić sześciu swoich ludzi, by przycumowali łódź do asteroidy i obserwowali wroga, a później przekazali informacje o jego pozycji statkom lojalistów, jeśliby te wypadły z wormholu i chciały stoczyć bitwę.

Ale żaden statek lojalistów nie przyleciał. Ich floty z pewnością jeszcze istniały, czego dowodził fakt, że Naksydzi pozostawali w tym jałowym układzie i blokowali najkrótszą drogę z Zanshaa — stolicy — do kwatery głównej Trzeciej Floty na Felarusie. Gdyby buntownicy wygrali wojnę, z pewnością by już odlecieli tam, gdzie byłby z nich większy pożytek. Oni natomiast leniwie okrążali brązowego karła Protipanu i rozlokowali w układzie niesamowitą liczbę wabików dla zmylenia statków, które zamierzałyby podjąć walkę.

Severin i jego załoga siedzieli więc w łodzi ratunkowej, przyczepieni do asteroidy. Napęd wyłączyli, by wróg nie wytropił ich sygnatury cieplnej. W kilku warstwach odzieży, opatuleni kocami termicznymi, przypominali chodzące srebrne namioty. Wydychane powietrze tworzyło przy ustach kalafiory białej mgły, szron pokrywał ściany i okna, osiadał mężczyznom na brodach, a kobietom na rzęsach.

Załoganci na razie nie narzekali, nie robili dowódcy wymówek. Niektórzy wykazywali pogodę ducha — rzecz niezwykła w tych warunkach. Ćwiczyli na przyrządach gimnastycznych, by nie tracić kondycji, a dobrze zaopatrzona biblioteka dostarczała rozrywek. Mimo to Severin sam sobie robił wymówki: że w ogóle wymyślił ten plan, że nie zabrał do łodzi wystarczającego zaopatrzenia. W tamtym czasie wydawało się, że prowiant na sześć miesięcy to bardzo dużo, ale teraz rozważał obniżenie dziennych racji żywnościowych. Jeśli to zrobi, wymówki ze strony załogi — oraz samooskarżenia — zaczną się, i to na serio.

Unikał więc spojrzeń załogi i liczył dni.

Floty lojalistów ani widu, ani słychu.

Szkoda, bo gdyby przylecieli, mogliby się wiele od niego dowiedzieć.

JEDEN

Pokonana eskadra hamowała wytrwale, kierując wściekłe żagwie ku stolicy, ku Zanshaa. „Bombardowanie Delhi” jęczało i dygotało pod naciskiem trzech g. Wstrząsy i drgania były czasami tak gwałtowne, że Caroline Sula bała się, że zniszczony statek się rozpadnie.

Po tylu strasznych dniach hamowania niewiele ją to jednak obchodziło.

Suli nieobce były trudy dużych przyśpieszeń. Służyła na „Nieustraszonym” pod dowództwem kapitana lorda Richarda Li, gdy ponad dwa miesiące temu statek dołączył do Floty Macierzystej w serii szalonych hamowań, która w końcu wyrzuciła ich przez linię wormholowych bram w kierunku wroga zaczajonego przy Magarii.

Wróg przygotował się na ich przybycie; z załogi „Nieustraszonego” tylko Sula przeżyła. „Delhi” — ciężki krążownik, który wyciągnął szalupę Suli z pobojowiska — był poważnie uszkodzony i cud, że w ogóle przetrwał bitwę.

Sześć uratowanych okrętów eskadry prawie już nie miało amunicji. Gdyby doszło do walki, byłyby bezużyteczne. Musiały hamować, zacumować przy stacji pierściennej Zanshaa, załadować pociski i zapasy antymaterii na paliwo, a potem serią przyśpieszeń nabrać odpowiedniej prędkości, bo gdyby wróg nadciągnął, zniszczyłby statki doszczętnie.

To oznaczało kolejne miesiące przebywania pod przyśpieszeniem co najmniej trzech g; Sula odczuwała to tak, jakby na jej klatce piersiowej siedział potężny mężczyzna.

Dzwonek alarmował, statek wielokrotnie przeciągle zaskrzypiał i Sula odetchnęła z ulgą, gdy niewidzialny facet, który przysiadł na jej piersiach, wstał i odszedł. Kolacja — cała godzina ulgi w grawitacji 0,6 g, czas na rozprostowanie ścięgien i rozmasowanie bolesnych skurczów mięśni. Potem, wraz z kapitanem „Delhi” i dwoma porucznikami, ma wyznaczoną wartę w pomocniczej sterowni — tylko tu można było trzymać wartę, gdy prawdziwa sterownia została zniszczona.

Sula miała ciężkie powieki. Uwolniła się z uprzęży fotela akceleracyjnego i wstała. Poczuła zawroty głowy, gdy serce ponownie usiłowało wyrównać ciśnienie krwi. Odpięła hełm — w czasie akceleracji musiała przebywać w skafandrze ciśnieniowym — i zaczerpnęła powietrza, które nie było całkowicie przesiąknięte jej własnym zapachem. Pokręciła głową — zgrzytnęły kręgi szyjne. Zza ucha odlepiła przylepiec, który aplikował narkotyki, pomagające lepiej znieść duże przyśpieszenia.

Zdążę wziąć prysznic, doszła do wniosku po chwili zastanowienia.

Pozostali członkowie załogi kończyli kolację, gdy Sula w czystym pożyczonym kombinezonie podchodziła do oficerskiego stołu, przyklejając sobie nowy przylepiec za uchem. Mesa oficerska została zniszczona i teraz wszyscy jadali w kambuzie żołnierzy, a ponieważ prywatne zapasy żywności i napitków też zostały rozniesione na strzępy, oficerowie musieli zadowalać się żołnierską strawą. Steward przyniósł Suli danie obiadowe — zupełnie płaskie — tak bowiem wyglądał posiłek po pięciu godzinach w piecu, gdy statek równocześnie hamował przy trzech g.

Poczuła stęchły zapach spłaszczonych, silnie skompresowanych duszonych warzyw, które popiła zwietrzałym płynem. Steward wiedział, że Sula do posiłku woli wodę, a nie wino czy piwo jak pozostali oficerowie.

Naprzeciwko niej siedział porucznik lord Jeremy Foote w nienagannej zielonkawej mundurowej bluzie, której wygląd dobrze świadczył o zaradności jego służących.

— Spóźniłaś się — stwierdził.

— Wykąpałam się, milordzie — odparła. — Pan też mógłby to kiedyś zrobić.

To była oszczercza aluzja, gdyż z pewnością Foote równie jak ona nie lubił się kisić we własnym smrodku. Morgan, pełniący obowiązki kapitana, uśmiechnął się półgębkiem na tę kąśliwą uwagę.

Przystojna twarz Foote’a nie zdradzała żadnej reakcji.

— Myślałem, że może zaczytałaś się w ostatnim liście od kapitana Martineza. — Foote uśmiechnął się po kociemu.

Serce Suli skoczyło na dźwięk tego nazwiska. Miała nadzieję, że nikt nie dostrzegł jej poruszenia. Właśnie układała stosowną replikę, gdy wtrącił się Morgan:

— Martinez? Martinez z „Korony”?

— Ten sam — potwierdził Foote. Jego sposób mówienia z charakterystycznym przeciąganiem samogłosek świadczył o arystokratycznym pochodzeniu Foote’a z warstw uprzywilejowanych. Odpowiadając Morganowi przybrał złośliwy ton. Starał się, by słowa dotarły do sąsiedniego stołu, przy którym siedzieli rekruci. — Prawie każdego dnia śle wiadomości do naszej młodej Suli, a ona odpowiada równie często, namiętnie, z głębi swego subtelnego serduszka. To taki wzruszający romans w stylu pieśni derivoo.