Przyśpieszenie narastało, „Korona” jęknęła, jej szkielet drżał, jakby po pokładzie stąpał jakiś wielkolud. Wskazania displeju dowodziły, że statek Kamarullaha podporządkował się rozkazom Martineza i wykonał je co do sekundy. Nie wiadomo, co chciał zrobić Kamarullah, ale na pewno nie był to otwarty bunt.
Kilka minut później jednostki eskadry Do-faqa wychynęły z wormholu, wykonały obrót na dwa-dziewięć-zero przez ze-ro-jeden-pięć bezwzględnie i włączyły silniki. W sercu Martineza bąbelkowała ulga niczym najwykwintniejszy szampan.
Do-faq zrobił to, o co prosił Martinez — kariera Martineza nie zakończyła się więc aktem nieposłuszeństwa.
Nie triumfował — był zbyt wykończony hamowaniem z pięciu g i czekała go jeszcze praca. Walcząc z otępieniem, w wysokiej grawitacji zawsze przesłaniającym umysł, zaplanował i kazał wystrzelić kolejną salwę pocisków. Powinny one — gdy poprzednie chmury plazmy ostygną i się rozproszą — zagęścić zasłonę, za którą eskadry lojalistów mogłyby przeprowadzić swoje operacje.
Gdyby Martinez dowodził większą jednostką, miałby do pomocy oficera taktycznego, mogącego wyręczyć go w przeprowadzeniu niezbędnych obliczeń i zaproponować rozwiązania, ale „Korona” była tylko dużą fregatą, więc Martinez musiał wszystko robić sam.
Grawitacja zaczynała ściskać mu czaszkę; nie ufał całkowicie swoim obliczeniom, więc dla pewności dołożył jeszcze trochę pocisków.
W wietrze słonecznym antymateria rozpadała się na mezony pi oraz promieniowanie gamma, i ogniste bolidy plazmy puchły w ciemności. Skryta za gorącą materią, wyskoczyła eskadra Do-faqa. Martinez — rozpaczliwie walcząc o myśl, tak jak walczył o oddech — wystrzelił dodatkowe pociski.
Nieco ponad dwie godziny temu lekka eskadra wleciała do układu Hone-bar i teraz wściekle pruła ku południowemu biegunowi Soqa, przez krótką chwilę osiągając przyśpieszenie dziesięciu g – wtedy wszyscy członkowie załogi tracili przytomność. Gdy Martinez gramolił się w świadomość — był jak bokser, który otrzymał silny cios i teraz zatacza się na przeciwnika, ledwo go widząc — zmobilizował wszystkie siły, by sformułować i wysłać rozkaz: w całej eskadrze zredukować przyśpieszenie do dwóch g.
Dyszał i poruszał głową, gdy siła ciężkości ustępowała. Niesamowity nacisk wycofywał się i Martinez czuł, jak do jego umysłu wlewa się czujność, jakby ktoś odkręcił kran. Wywołał abstrakcyjny idealnie wirtualny displej i obserwował małe płonące kształty, mknące przez ciemność.
Czternasta Lekka Eskadra zakręcała teraz i miała przelecieć blisko Hone-bar, wewnątrz najbardziej prawdopodobnej trajektorii wybranej przez wroga. Naksydzi natomiast nie zmienili swego kursu — nie było powodu do takiej zmiany, ponieważ dopiero za dwie godziny mieli się dowiedzieć o istnieniu sił lojalistów.
Martinez rozkazał wystrzelić kolejną zaporę — miał to zrobić jeden z lekkich krążowników, posiadający większy zapas pocisków niż fregata Martineza. Nie kazał teraz wywołać eksplozji, nie określił ich miejsca na przyszłość, wypchnął tylko pociski z eskadry; przydadzą się później.
Naksydzi prawdopodobnie zamierzali zostać w układzie Hone-bar — dało się to częściowo wywnioskować na podstawie parametrów żagwi hamowania — ale również nie można było wykluczyć, że chcą prześlizgnąć się w pobliżu słońca układu Hone-bar i lecieć dalej do Wormholu Trzy i do Hone Reach. Gdyby jednak dostrzegli na swoich displejach statki Martineza, mogliby całkowicie zmienić plany. Jeśli otrzymali rozkazy, żeby unikać potyczki, mogliby gnać do Wormholu Trzy, nawet gdyby pierwotnie zamierzali zostać w układzie. Ale widok słabszej eskadry może ich skłonić do wszczęcia bitwy.
W każdym razie Kreeku musiałby podjąć decyzję natychmiast po wykryciu Czternastej Eskadry. Jego eskadra mijałaby słońce — wtedy po raz pierwszy zobaczyłby żagwie Martinezowych silników. Czternasta Eskadra rozpoczynałaby właśnie manewry, ale nie wiadomo jakie, bo wkrótce zostałyby całkowicie skryte za zasłoną promieniowania eksplodującej antymaterii. Kreeku powinien dojść do wniosku, że te manewry to przygotowanie do bitwy — z pewnością się nie domyśli, że Martinez zamierza zasłonić lot w kierunku wormholu Trzy.
Pozostawał więc problem: czy Kreeku podejmie walkę, czy nie. Zakładając, że Naksydzi są przekonani o swojej przewadze liczebnej, Martinez przypuszczał, że Kreeku wda się w walkę. Będzie procował swoją eskadrę wokół słońca pod ostrym kątem i ruszy mniej więcej w kierunku Soqa.
A potem, trzy godziny później, gdy Kreeku wreszcie zobaczy, jaki kurs wybierze Martinez, wypadając ze studni grawitacyjnej Soqa, będzie musiał zdecydować, czy zareagować, czy nie. Albo natrze na Martineza, przypierając go do Hone-bar, albo doprowadzi do starcia na odległość. Ile jest w nim agresji?
Martinez wywołał z bazy danych „Korony” plik biograficzny Kreeku — i znalazł ścieżkę pomyślnej kariery oficera: wielokierunkowe wykształcenie, misje na planetach, stanowiska na statkach, szkolenie personelu. W publicznie dostępnych zasobach nie zamieszczono oczywiście żadnej szczerej oceny wystawionej przez zwierzchników, żadnych wskazówek, czy Kreeku jest inteligentny, ociężały, nudny, czy też może ma awanturnicze skłonności.
Martinez doszedł do wniosku, że prawdopodobnie Kreeku nie zareaguje natychmiast. Nie było takiej potrzeby — godziny miną, nim dojdzie do starcia eskadr.
— Wiadomość do eskadry: zmienić kurs na dwa-osiem-siedem przez zero-dwa-pięć względnie, zacząć o 27:14:01. Hamowanie ma zostać na poziomie dwóch g.
Komputer zamienił wypowiedź na tekst i Martinez natychmiast przesłał rozkaz. Kurs miał się zmienić „względnie”, to znaczy względem obecnego kierunku lotu eskadry. „Bezwzględnie” oznaczałoby natomiast w odniesieniu do arbitralnego układu współrzędnych, przypisanego do każdego systemu gwiazdowego przez Shaa, którzy opanowali kosmos.
Martinez wydał dalsze instrukcje dotyczące zapory pocisków wysłanych przed eskadrę, a potem przesłał kolejną wiadomość do Do-faqa.
— Milordzie — powiedział do kamery — jestem niezwykle rad, że obdarzył mnie pan zaufaniem, obierając proponowany przeze mnie kurs. Jeśli zechciałby pan wydać rozkaz swojej eskadrze, by zmierzała kursem zero-jeden-pięć przez zero-zero-jeden bezwzględnie, gdy tylko miniecie Soqa, ja postaram się dać zasłonę i uniemożliwić wrogowi odkrycie waszych jednostek. Jeszcze raz dziękuję za zaufanie. Zrobię wszystko, by dowieść, że na nie zasługuję. Koniec wiadomości.
Gdy już ją wysłał, uświadomił sobie, że ma na czole kropelki potu. Wiele na siebie wziął: los układu Hone-bar, życie tysięcy załogantów. Patrząc na swoje displeje, miał nadzieję, że Kreeku nie okaże się geniuszem.
O 27:14:01 eksplodowała zapora z pocisków; przed eskadrą powstała ściana gorącej plazmy i statki rozpoczęły manewry. Gdyby Naksydzi mogli to dostrzec, widzieliby, jak eskadra wykonuje ruchy po skosie z trajektorii prowadzącej między Naksydami a Hone-bar na kurs, który wiódł zarówno poza planetę, jak i poza eskadrę. Mogliby odnieść wrażenie, że Martinez zmienił plany co do przebiegu bitwy.
A Martinez chciał przede wszystkim uprawdopodobnić powody stworzenia plazmowej zasłony, za którą chciał w istocie ukryć eskadrę Do-faqa. Sam manewr był tu sprawą drugorzędną.
Po pewnym czasie statki pokonały stworzoną przez siebie zasłonę i przez kilka minut „Korona” leciała w kuli gorącej radiowej siekanki, ślepa na zewnętrzny kosmos. Jej kadłub się rozgrzewał. Gdy statek pokonał ten obszar przestrzeni, od razu ukazały się inne jednostki w poprzedniej formacji. Żagwie silników płonęły.
Martinez znów zmienił kurs, celując w miejsce, gdzie — jak wyliczył — pojawi się Kreeku po przejściu wokół słońca. Potem przeformował szyk: Naksydzi powinni ich widzieć ustawionych w koło, z „Koroną” w centrum i siedmioma statkami na okręgu. Ale Naksydzi nie zobaczą samych fregat. Zobaczą tylko skierowane prosto w swoją stronę statkowe ogony ognistej antymaterii, przesłaniającej spory wycinek przestrzeni.