Sula zaczęła gorączkowo myśleć. To, co ukrywają, to na pewno nie jest klęska, więc prawdopodobnie zwycięstwo. Jedynym powodem ukrywania informacji o zwycięstwie jest chęć ukrycia jej przed Naksydami, a to oznacza, że gdzieś za kulisami, z dala od Zanshaa, statki latają, bitwy są planowane lub już zostały stoczone.
— Nie niepokoiłam się — odparła. — Lord Gareth był bardzo pogodny, ale cała sytuacja wydawała się… dziwna.
Chen uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Potwierdzę tylko, że wkrótce czeka nas inna uroczystość dekoracji, może z udziałem lorda Garetha. I tak za dużo powiedziałem.
Zatem zwycięstwo! Radość zatańczyła w umyśle Suli. Może Martinez zastosował nową taktykę — jej taktykę — by zmiażdżyć wroga.
— Zachowam to w tajemnicy — przyrzekła. Bo komuż mogłaby ją wyjawić?
Chen i lord Roland przeprosili i odeszli do swoich spraw. Sula spędziła w ogrodzie miłe chwile w towarzystwie Terzy, po godzinie pożegnała się i wyszła na słońce Górnego Miasta. Nogi zaniosły ją do Domu Aukcyjnego La-gaa i Spaceya. Tam przez parę uroczych godzin oglądała ekspozycję.
W interesie kolekcjonerskim panował duży ruch. Ludzie zamieniali bogactwo na — jak to określała Sula — rzeczy wymienialne. Biżuteria i trwałe, łatwe w transporcie obiekty, jak szkatułki, stoliki, obrazy i rzeźby bardzo dobrze się sprzedawały.
Natomiast ceny porcelany spadły. Może uznawano ją za zbyt kruchą, wziąwszy pod uwagę nadchodzące niepewne czasy.
Uwagę Suli przykuł wyrób junyao z dynastii Song, dzbanek wysoki na cztery dłonie, wąski u podstawy, szeroki u góry, z małym dzióbkiem pośrodku. Jej dłonie pragnęły głaskać delikatne spękania niebieskozielonej glazury. Fabryka w Henan, która wyprodukowała to naczynie, istniała zaledwie dwadzieścia lat, nim najazd Mongołów zmiótł ją z powierzchni Ziemi. Sula wyobrażała sobie, jak dzbanek zmyka przez najeźdźcami na południe, opakowany w słomę, w bawolim zaprzęgu, i kończy podróż na wygnaniu w Jangcy, tysiąc li od swego miejsca pochodzenia.
Od tamtego czasu pokonał jeszcze większe odległości, a teraz stanowił część kolekcji, która uległa rozproszeniu. Na obecnym dołującym rynku Sula mogłaby go kupić za dwadzieścia pięć tysięcy zenitów, co stanowiło osiemdziesiąt procent jej obecnej fortuny.
To absurdalne wydać aż tyle. Szaleństwo. Dzbanek był kruchy. Szczęście, dzięki któremu uszedł Mongołom i przetrwał podbój Terry przez Shaa, mogło już się skończyć.
Ale na co mam wydawać pieniądze, jak nie na siebie? — usiłowała się przekonać w duchu.
W końcu, niechętnie, zrezygnowała. Postanowiła być praktyczna.
Przez następne dni szukała mieszkania. Tylu ludzi opuszczało Górne Miasto, że czynsze stały się znośne. Sula zapłaciła za miesiąc z góry za apartament na drugim piętrze, tuż pod okapem starego przebudowanego pałacu. Umeblowanie było w stylu Sevigny, masywne, bogato zdobione, brzydkie. Sula doszła do wniosku, że jakoś to zniesie do czasu swego następnego przydziału na statek. Do mieszkania przypisane było pisklę Lai-own, które zajmowało się sprzątaniem, oraz kucharz, który gotował za parę dodatkowych zenitów.
Budynek stał w bocznej uliczce, naprzeciwko pałacu Shelleyów, gdzie mieszkała rodzina Martineza.
Sula dużo myślała o Martinezie. Dobrze być blisko niego; przyda się wygodne miejsce, gdzie mogliby się schronić, i najlepiej, żeby to nie był ani akademik floty, ani pałac z tabunami wścibskich sióstr.
Poszła na przyjęcie do Martinezów. Powitano ją ciepłymi okrzykami. Obecność słynnej, odznaczonej bohaterki czyniła z przyjęcia wyjątkową imprezę. Sula odnowiła znajomość z rodziną: z ambitnym lordem Rolandem, z dwiema nadzwyczajnymi starszymi siostrami Vipsanią i Walpurgą oraz z najmłodszą, energiczną Sempronią i jej absurdalnym, narzeczonym P.J.
Wszyscy byli obdarzeni jakimiś przymiotami, ale żadne nie dorastało do pięt nieobecnemu bratu.
W nocy leżała w obszernym łożu Sevigny i rozmyślała o tym, jak to by było po tylu przeżyciach nie być samą.
Następnego dnia uprzejmy urzędnik sądowy dostarczył jej do domu wezwanie do sądu.
PIĘĆ
Martinez powitał nowego kapitana „Korony” z całą uprzejmością, na jaką umiał się zdobyć, czyli z niewielką, po czym przeszedł do formalnych procedur przekazania kapitańskich kluczy i rozmaitych kodów. Chciał powiedzieć: „Staraj się nie zabić mojego statku”, ale się powstrzymał. Alikhan już spakował jego rzeczy.
Nowy kapitan zaprosił Martineza na obiad, ale Martinez odmówił, tłumacząc, że ma spotkanie na planecie. Rzeczywiście, miał spotkanie.
Zamierzał się spotkać z bratem, siostrami, patronem klanu Martinezów, lordem Pierrem Ngenim, z każdym, jeśli zajdzie taka potrzeba, nawet z lordem seniorem Konwokacji. Postanowił w razie potrzeby bezustannie lobbować, aż otrzyma przydział na dowódcę statku.
Powiedziano mu bowiem, że po miesięcznym urlopie, gdy zregeneruje siły po trudach podróży, ma się stawić w zawodówce operatorów czujników w Kooai, na południowej półkuli Zanshaa. Tam obejmie stanowisko dowódcy.
Zawodówka! Rozwścieczyła go ta wiadomość. Chorąży nadawałby się do tej pracy, i to chyba znacznie bardziej.
Chciał znów dostać przydział na statek, nawet gdyby osobiście musiał napastować wszystkich, którzy wchodzą i wychodzą z Dowództwa. Nawet gdyby musiał chwycić za gardło lorda Saida i trząść nim, aż staruszek się podda.
Pożegnał się wcześniej z oficerami i załogą, dlatego gdy opuszczał pępowinę śluzy, nie oglądał się za siebie. Alikhan załatwił mu auto z kierowcą, więc Martinez nie czekał na pociąg, objeżdżający górny poziom pierścienia akceleracyjnego. Auto zawiozło go do Biura Akt Floty, gdzie zdeponował folię z danymi. Folia zawierała log z lotu „Korony”, zawierała również nagrania, które mogłyby zniweczyć karierę Kamarullaha. Oczywiście, jeśli komuś chciałoby się zajrzeć do tych zapisów.
Prawdopodobnie nikomu się nie zechce. Z pewnością nikt nie wykazał zainteresowania wyprawą „Korony” — nie opublikowano jeszcze informacji na temat bitwy w Hone-bar i matowooki Torminel, młodszy oficer, który odbierał folię z danymi, w ogóle nie był podekscytowany spotkaniem z bohaterem floty i po wręczeniu pokwitowania najpewniej zapadłby w drzemkę.
W Martinezie wściekłość walczyła z fizycznym bólem i potwornym znużeniem. Włożył kwitek do kieszeni i przeszedł przez przezroczyste automatyczne drzwi, prowadzące do poczekalni.
I tam zobaczył ją.
W pierwszym odruchu najpierw pragnął tylko patrzeć, a potem rzucić się do niej i objąć jej szczupłe ciało, jak marynarz obejmuje maszt tonącego żaglowca. Na szczęście — dla godności szarży Martineza — Sula nie przyjęła pozycji odpowiedniej do uścisków: salutowała ze ściągniętymi do tyłu łopatkami, uniesionym podbródkiem, odsłaniającym gardło. Oznaka podporządkowania, wymuszona w całym imperium Shaa.
Przez chwilę stał bez tchu, zachwycony jej urodą, wyprostowaną postawą, srebrzysto połyskującymi włosami do ramion, otaczającymi bladą twarz o świetlistej cerze, i rozbawionymi, błyszczącymi zielonymi oczyma. Wtedy podniósł ciężką buławę Złotego Globu, zakończoną kulą z wirującym płynem i kiwnął w jej stronę, odwzajemniając pozdrowienie.
— Spocznij, poruczniku — powiedział.
— Dziękuję, milordzie. — Jej promienny uśmiech był lekko zarozumiały, miał w sobie wyraz triumfalnego rozbawienia, gdyż udało jej się go zaskoczyć. — Powitałeś mnie kiedyś, gdy wracałam na pierścień Zanshaa. Postanowiłam się zrewanżować.