— Doceniam to. — Cielesne znużenie ustąpiło pod napływem krwi, ale umysł nadal był senny, a czaszkę wypełniała wata. Miał bolesną świadomość, że Sula stoi przed nim kwitnąca, wypoczęta, ponętna i że wszystko, co do niej powie, okaże się nad wyraz grupie.
— Towarzyszyć ci w drodze na planetę czy też masz tu coś do załatwienia? — spytała Sula.
— Czeka na mnie rodzina — odparł. Głupio.
— Wiem, jestem z nimi w kontakcie. Powiedzieli mi, kiedy przyjeżdżasz.
Martinez i Sula unosili się przy drzwiach, przed Biurem Akt Floty, blokując ruch, i Martinez przypomniał sobie, że jako starszy oficer powinien zwyczajowo pierwszy przejść przez drzwi. Przeszedł więc, a Sula za nim.
Alikhan stał przy samochodzie, ocieniony przez uniesione do góry drzwi.
— Do windy — powiedział Martinez. Alikhan pomógł Suli wsiąść do samochodu obok Martineza, uśmiechając się znacząco pod zakręconymi wąsami.
Alikhan usiadł obok kierowcy z przodu; oddzielała ich od pasażerów bariera, którą jeden z nich taktownie zmatowił. Martinez uczuł mrowienie w nerwach — zapach perfum Suli sprawił, że krew nieco szybciej zaczęła krążyć mu w żyłach. Sula spojrzała na niego.
— Zgodnie z pogłoskami, i to dość oficjalnymi, dokonałeś spektakularnego czynu i wkrótce zostaniesz odznaczony. Nie powiedziano nam jednak jaki to czyn.
Martinez prychnął.
— Wystarczającą satysfakcję sprawia mi świadomość, że wiernie służyłem imperium.
Sula zaśmiała się.
— Udało mi się wywnioskować, że zlikwidowałeś całą bandę Naksydów i że nasi zwierzchnicy nie chcą, by wrogowie się o tym dowiedzieli.
— Można by przypuszczać, że Naksydzi już się tego domyślili — zauważył Martinez.
— Ilu wrogów udało ci się zlikwidować?
Powiedział jej, pewien, że Sula w najbliższym czasie nie wyśle do wroga informacji. Uniosła złociste brwi; po jej oczach było widać, że intensywnie coś rozważa.
— Ciekawe. To oznacza, że nasza sprawa niekoniecznie jest stracona — stwierdziła.
— Niekoniecznie — potwierdził. Nadal patrzył spode łba. Sula spojrzała na niego, zaciekawiona.
— Może mi powiesz, jak to zrobiłeś?
Powiedział. Gdy skończył, pogratulowała mu, ale wyczuł w tym nutkę rozczarowania.
— Co takiego?
— Miałam nadzieję, że wykorzystasz mój wzór.
— Jeśli o to chodzi… — uniósł lewą rękę — …ustaw swój displej na odbiór. Za chwilę znów naruszę zasady bezpieczeństwa.
Przesłał jej dane z serii eksperymentów Do-faqa.
— Analizuj sobie do woli — rzekł. — I powiedz mi, co o tym myślisz.
Sula spojrzała na swój mankietowy displej.
— Tak. Dziękuję. — Przyjrzała mu się badawczo. — Powinieneś być piekielnie zadowolony z tego wszystkiego, ale nie jesteś. Kto ci robi koło pióra?
Wbrew sobie uśmiechnął się.
— Straciłem „Koronę”. To nie powód do radości. A poza tym chodzi o mój następny przydział. — Opisał jej szczegóły.
— Co się stało? — spytała zaskoczona. — Odbiłeś dziewczynę któremuś z dowódców floty?
— Nic o tym nie wiem — odparł, ale zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem Kamarullah nie jest dziewczyną jakiegoś dowódcy floty. Wyobraził to sobie i musiał się uśmiechnąć. — A twoje następne zadanie?
— Zajmuję się duchem kapitana Blitshartsa — odparła z rozdrażnieniem.
To Blitsharts był odpowiedzialny za ich pierwsze spotkanie: Martinez zaplanował, a Sula zrealizowała niebezpieczną operację ratunkową słynnego żeglarza, ale gdy go uratowano, okazał się martwy.
— Blitsharts? Dlaczego Blitsharts?
— Sąd Śledczy uznał, że jego śmierć była przypadkowa, ale jego ubezpieczyciel utrzymuje, że to samobójstwo, i wkrótce ma się odbyć proces cywilny. Powołano mnie na świadka, więc flota przedłużyła mi urlop do tego czasu. — Spojrzała na Martineza. — Potem będę wolna. Na wypadek, gdyby jakiś słynny kapitan chciał mnie przyjąć na swój statek.
Martinez potraktował to jako zaproszenie do pocałunku, więc objął ją ramieniem i już miał się pochylić, gdy samochód przystanął i drzwi uniosły się z sykiem.
A niech to! Udało mu się tylko poczuć smak odurzających perfum i ekscytujące ciepło jej skóry.
Odsunął się, a Sula smętnie się uśmiechnęła wąskimi wargami. Gdy wyszedł z auta, grupa przygiętych wyprężyła się, salutując i odsłaniając gardła. Każdy mundurowy — nawet lordowie konwokaci — zobowiązany był salutować przed Złotym Globem, dlatego Martinez wziął go ze sobą. Postanowił dać upust złości i frustracji, egzekwując ten przywilej w stosunku do wszystkich starszych oficerów, jakich spotka na swej drodze.
Teraz Glob okazał się bardzo niewygodny. Martinez nie zamierzał przez cały dzień chodzić między sztywnymi postaciami, mówiąc „Spocznij” i „Możecie wrócić do zajęć”, i przyciągać nadmierną uwagę do siebie i do pięknej, słynnej lady Suli.
Sula i Alikhan szli za Martinezem, który kroczył między skamieniałymi sylwetkami wojskowych do pociągu, mającego pojechać na najniższy poziom stacji pierściennej — poziom najniższy, ale znajdujący się nad głową Martineza.
Zajęte przez flotę rejony pierścienia, zdecydowanie nieatrakcyjne, lecz funkcjonalne — doki, magazyny, koszary, szkoły i stocznie — przesłaniały fakt, że pierścień akceleracyjny był jednym z najwspanialszych cudów technicznych wszechczasów. Posrebrzony światłem słonecznym okrąg, rozciągający się nad Zanshaa przez prawie jedenaście tysięcy lat, był symbolem dominacji Shaa, widocznym z niemal każdego miejsca planety. Dolny poziom pierścienia poruszał się po geostacjonarnej orbicie, przyczepiony do Zanshaa sześcioma potężnymi kablami planetarnych wind. Nad niższym poziomem nadbudowano wyższy, obracający się z ośmiokrotnie większą szybkością niż dolny poziom, po to, by mieszkańcy mieli normalne ciążenie.
Na pierścieniu Zanshaa żyło osiemdziesiąt milionów ludzi; zamieszkiwali regiony bardziej atrakcyjne od dzielnic zajętych przez flotę, a zostało tam jeszcze dość miejsca dla setek milionów. Mieszkańcy górnego poziomu, przyciśnięci siłą odśrodkową do zewnętrznych rejonów pierścienia, poziom niższy mieli w istocie „nad” sobą. Żeby tam wjechać, wykorzystywali pociąg, który był przyśpieszany po torze, a potem w odpowiednim czasie przejmowany przez potężną rampę i prowadnicę, opuszczające się w precyzyjnym momencie z poziomu geostacjonarnego. Wtedy brzęczące elektromagnesy hamowały pociąg, a pasażerowie, podskakując w jednej ósmej grawitacji, przemieszczali się za pomocą poręczy po ciągu ramp do olbrzymiego wagonu, mającego opaść przez atmosferę Zanshaa do terminalu na równiku.
Martinez przepchnął się bez przeszkód do przedziału zarezerwowanego dla starszych oficerów — dostęp gwarantował mu Złoty Glob, a nie skromna ranga. Nie znalazł tam tak upragnionej prywatności. Gdy wszedł do przedziału, jeden z pasażerów, już przypięty do fotela, rzucił mu przez ramię nienawistne spojrzenie. Serce Martineza gwałtownie skoczyło — rozpoznał sępionosego lorda inspektora floty, osobnika, którego bali się wszyscy w imperium.
— Proszę wybaczyć, że nie wstanę — powiedział komandor Iwan Snow szorstkim głosem. — Nie chce mi się teraz odpinać uprzęży. — Siedział w pierwszym rzędzie i miał wspaniały widok przez wielkie okno, zajmujące prawie całą ścianę.
— Nic nie szkodzi, milordzie — rzekł Martinez. Wraz z Sulą schylili się pod niskim sufitem i zajęli fotele tak daleko od groźnego inspektora, jak na to pozwalały szczupłe rozmiary przedziału.