Выбрать главу

— Dzień nie zaczyna się zbyt dobrze — szepnęła Sula, nachylając się do Martineza.

— Zapowiedź tego, co będzie potem — odparł Martinez cicho.

— Może zainteresuje pana to, że wyjaśniono sprawę zakłócenia łączności w Hone-bar — odezwał się szef Służby Śledczej. — Za dwa dni, akurat wtedy, gdy pan, kapitanie Martinez, zostanie udekorowany i awansowany, siedmiu zdrajców zginie w mękach. — Lord inspektor powiedział to z satysfakcją. — Zginie w mękach — powtórzył zadowolony. — Ja to tak zgrałem.

Martinezowi odebrało mowę. Awansowany? — pomyślał z niedowierzaniem. Wreszcie zdobył się na słowa:

— Lordzie inspektorze, proszę… przyjąć gratulacje z powodu dochodzenia zakończonego sukcesem.

— A ja gratuluję panu, lordzie kapitanie, zwycięskiej bitwy we właściwym czasie.

Awans? — pomyślał znowu Martinez. Wiedział, że ma być odznaczony, ale po raz pierwszy wspomniano o awansie.

I wtedy poczuł, jak narasta w nim gniew. Pełny kapitan jako kierownik zawodówki to znacznie większy absurd niż kapor na tym stanowisku.

Zastanawiał się, czy zdobędzie się na odwagę, by o tym wspomnieć lordowi inspektorowi. Brzmiały mu w uszach słowa „zginie w mękach” i postanowił milczeć.

— Nie ma teraz sensu rozmawiać — stwierdziła Sula szeptem, gdy wielki wagon windy wczepił się w kabel. — Lepiej pospać. Wyglądasz na śmiertelnie zmęczonego.

— Nie, znakomicie… — miał powiedzieć „wytrzymam”, ale lekkość niskiej grawitacji i wygodna kanapa zadałyby temu kłam, więc przyznał: — Znakomity pomysł. — Zamknął oczy.

Zasnął, nim wagon zdążył wyskoczyć z pierścienia akceleracyjnego w rozświetloną słońcem przestrzeń. Przyśpieszenie rosło, wciskało pasażerów w fotele, ale Martinez znosił podobne niedogodności przez ostatnie dwa miesiące, więc nawet się nie obudził. W dole planeta oszałamiała barwami: brązowe góry o szczytach pokrytych śniegiem, jasnozielone lądy kontrastujące z głębszą zielenią morza. Na skraju tego świata atmosfera nieco się rozmywała. Na południe od równika kotłował się huragan z białym wirem chmur w otoczeniu błękitu.

Sula obserwowała na displeju mankietowym eksperymenty Do-faqa i w myślach robiła obliczenia.

Wagon osiadł lekko jak piórko w terminalu, fotele przechyliły się do pozycji spoczynkowej, odwrócone w stosunku do tej na początku podróży. Martinez obudził się ze świeżym umysłem. Wraz z Sulą weszli na podłogę — przy starcie był to sufit — i przepuścili inspektora przodem. Wychodząc, skinął uprzejmie głową.

— Pani również gratuluję, lady Sula — powiedział.

— Dziękuję, milordzie.

Idąc za starym mężczyzną, Martinez pomyślał, że te gratulacje mogą nie mieć związku z odznaczeniem Suli.

Potem z Alikhanem i bagażami Martineza wsiedli do innego pociągu do terminalu, skąd polecieli samolotem ponaddźwiękowym do miasta Zanshaa. Martinez zamienił swój pojedynczy bilet i wcześniejszą rezerwację na czteroosobowy przedział w pierwszej klasie, a Alikhan zachował swoje poprzednie miejsce drugiej klasy.

Sula z Martinezem szli do swego przedziału, a Złoty Glob niczym bajkowa różdżka magicznie zamieniał ludzi w kamień. Zajęli miejsca i zaciągnęli zasłony.

Wreszcie prywatność.

Martinez usiadł obok Suli i próbował nie roztopić się pod spojrzeniem zielonych oczu dziewczyny. Ujął jej dłoń.

— Boję się odezwać.

— Dlaczego? — Przechyliła głowę.

— Bo nie jestem teraz w najlepszej formie i mogę palnąć jakieś głupstwo. A wtedy… — szukał słów — …wszystko by się popsuło, a ty wyszłabyś z tego przedziału i nigdy więcej bym cię nie zobaczył.

Zauważył, jak krew napływa do jej przezroczystej, bladej twarzy. Zapach perfum zawirował mu w zmysłach.

— Z góry ci wybaczam — oświadczyła.

Pocałował ją w rękę, w dłoń, w nadgarstek. Pochylił się ku niej, by pocałować ją w usta, i zawahał się.

— Nie uciekam stąd — powiedziała.

Na trzy uderzenia serca przywarł ustami do jej ust. Delikatnie objęła z boku jego głowę. Jeszcze raz ją pocałował, ale potem musiał się odsunąć — uświadomił sobie, że nie oddycha i że zawroty głowy nie są spowodowane wyłącznie bliskością dziewczyny.

— Co to za perfumy? — spytał. Uśmiechnęła się.

— Zmierzch na Sandamie.

— A co szczególnego jest w zmierzchu na Sandamie? Lekko wzruszyła ramionami.

— Pewnego dnia tam pojedziemy i się przekonamy.

Powoli wciągnął powietrze.

— Zastanawiam się, w ilu pulsujących miejscach na ciele nałożyłaś te perfumy?

Odchyliła głowę do tyłu i odrzuciła z szyi złociste włosy.

— Możesz sprawdzić — odparła.

Przez długą chwilę rozkoszował się jej szyją. Ciało Suli przebiegł dreszcz. Martinez całował ścieżkę do jej rozpalonego ucha i wyciągnął rękę, by powoli rozpiąć górny guzik zielonej bluzy.

Usłyszał zdławiony chichot, gdy całował dołek nad obojczykiem.

— Maksymalnie to wykorzystaj — powiedziała. — Bo to będzie chyba jedyny guzik, jaki dziś rozepniesz.

Cofnął się lekko i spojrzał na nią; długie rzęsy Suli zawadzały o jego rzęsy.

— Dlaczego? Tak obiecująco się zaczęło. Poczuł jej ciepły oddech na policzku.

— Ponieważ mówiłeś, że nie jesteś w formie. A ja zasługuję na najlepsze.

— To uczciwe — przyznał po chwili namysłu.

— Ponadto — wyjaśniła rzeczowo — nie ma powodu, bym traciła cnotę w przedziale pociągu, skoro z takimi trudnościami zdobyłam duże łoże.

Zaśmiał się i znów ją pocałował.

— Nie mogę się doczekać tego łoża, ale teraz mam nadzieję, że cię przekonam do zalet przedziału w pociągu.

— Spróbuj.

Pieścił ją wargami, muskał policzek, usta i szyję. Pociąg gładko przyśpieszał, bez podskoków, bez zrywów, aż nabrał prędkości naddźwiękowej. Ręce Martineza przesuwały się po ciele Suli; otrzymał nagrodę, gdy nagle nabrała powietrza, wzdychając drżąco i splotła dłoń z jego dłonią. Gdy leżeli obok siebie, a jej miękkie jasnozłote włosy dotykały jego policzka, poczuł nagle napięcie w jej ciele.

— Co takiego? — spytał.

Odwróciła się, ujęła jego dłoń, oparła głowę na jego ramieniu i położyła sobie jego rękę na biodrze. Przez okno widział mknący, nieprawdopodobnie zielony krajobraz równikowy.

— Wybacz — powiedziała. — Jestem bardzo nerwowa. Wydawało mi się, że gdy wyjdę ci na spotkanie i… w pewnym sensie pokieruję…

— Będzie łatwiej?

— Tak.

Musnął nosem jej włosy.

— Nie ma pośpiechu. Nie chcę, żebyś stąd uciekła. Podniosła jego rękę do ust.

— Nie o to chodzi. Obiecałam, że nie ucieknę. Ale zrozumiałam, że to ty musisz wcześniej czy później pokierować, bo ja nie będę wiedziała co robić.

Poderwał się ze zdziwienia, a Sula usiadła i odwróciła się do niego.

— Jesteś dziewicą?

— Nie — odparła rozbawionym tonem. — Ale minęły całe lata. Dawno temu miałam…

— Mężczyznę?

— Chłopca. — W jej spojrzenie wdarł się smutek. — Chłopca, którego nie kochałam. Już chyba nie żyje. — Powoli odwróciła się od Martineza i znów ułożyła na jego ramieniu. Głaskał ją po głowie.

Po nerwach przemknął mu błysk intuicji.

— Piłaś wtedy? — spytał. Podczas ich ostatniego fatalnego spotkania mówiła mu, że kiedyś miała problem z alkoholem.

Odpowiedziała dopiero po chwili: