— To znaczy?
— Jesteś lepszy od nich. — Roland włożył kęs do ust, żuł i przełknął, a Martinez patrzył na brata zdumiony. — No, wiesz… parowie mają być równi. Gdy jeden z nich wyrasta ponad innych, to wykazuje, że coś złego dzieje się z systemem, a ludzie za niego odpowiedzialni tego bardzo nie lubią. Zwróć uwagę, że wbija się ten gwóźdź, który najbardziej wystaje. Gdy studiowałeś w akademii i byłeś na drodze do kariery bohatera — Roland sięgnął po wino i nalał bratu — zastanawialiśmy się z ojcem, dlaczego jemu się nie udało, gdy przybył na Zanshaa. I doszliśmy do wniosku, że był za bogaty i zbyt utalentowany.
— Teraz jest jeszcze bogatszy — zauważył Martinez.
— Mógłby kupić całe Górne Miasto i prawie by nie zauważył uszczuplenia funduszy. Ale nie jest na sprzedaż… dla niego. — Roland spojrzał wymownie na brata. — On był tym gwoździem, który wystaje. Wbito go, a tutejsi ludzie otrzepali sobie ręce i zapomnieli o jego istnieniu. Teraz są tu jego dzieci, ale my znacznie ciszej mówimy o swoich zaletach. — Roland napełnił sobie kieliszek i wzniósł go, rozglądając się po jadalni. — Moglibyśmy mieć tu własny pałac, wspaniały, zaprojektowany zgodnie z najnowszą modą, pierwszorzędny pod każdym względem. Ale nie, my wynajmujemy tę ruderę.
Spojrzał przenikliwie na Martineza.
— Musimy unikać nie tyle złych sądów, co złego smaku. Moglibyśmy co tydzień wydawać bal, sponsorować koncerty i Teatr Półcienia, ja mógłbym nosić najmodniejsze fulary, a nasze siostry najbardziej ekstrawaganckie suknie; moglibyśmy wejść do klubu jachtowego, wspierać akcje dobroczynne i w ogóle… rozumiesz.
— Nie rozumiem — odparł Martinez. — Jestem tylko gwoździem, który wystaje.
Roland uśmiechnął się słabo.
— Ale wystajesz podczas wojny, a to jest, jak sądzę, w porządku. Teraz rodzina może szybko piąć się do góry, ponieważ wojna toczy się na dużą skalę i nikt nie zwraca uwagi na takich jak my. A gdy wojna się skończy, znajdziemy się w tutejszych strukturach, i to będzie w porządku, bo dostaniemy się do nich przez nikogo nie zauważeni. — Nachmurzył się. — Oczywiście po wojnie może nastąpić reakcja. Musimy być przygotowani, by ją przetrwać. Dlatego wszelkie możliwe rangi i zaszczyty musisz otrzymać teraz, gdy ciągle cię potrzebują.
Martinez spojrzał na P.J., który adorował Sempronię i przypuszczalnie nie słyszał cichej rozmowy z drugiego końca stołu.
— Sprytnie wymyśliłeś, jak wykorzystać Sempronię — szepnął Roland bratu do ucha. — P.J. tak… idealnie pasuje do tej roli.
P.J. najwyraźniej usłyszał swoje imię, bo spojrzał w ich stronę. Był ubrany z nienagannym smakiem, miał długą, łysiejącą czaszkę i twarz z wyrazem pogodnej pustki.
— Jesteśmy radzi, P.J., że zechciałeś dziś przyjąć nasze zaproszenie — powiedział do niego Roland i wzniósł kieliszek.
P.J. rozbłysnął uśmiechem i również wzniósł kieliszek.
— Dziękuję, Rolandzie! Tak się cieszę, że przyszedłem.
Martinez też podniósł kieliszek. Udawał, że nie widzi miny Sempronii.
Gdy przeprosił gości, wstał od stołu i ruszył do głównych schodów, by dostać się do swojej sypialni, Sempronia chwyciła go za rękę. Odwrócił się do niej z przyjemnością — była jego ulubioną siostrą. Miała jasne włosy i orzechowe, nakrapiane złotem oczy — cechy nietypowe w jego ciemnowłosej i ciemnookiej rodzinie. Była żwawa i towarzyska w przeciwieństwie do sióstr, które nabrały przedwczesnej powagi, co je postarzało.
— Gare, byłam dziś dobra dla P.J.? — spytała. — Byłam grzeczną dziewczynką?
Westchnął.
— O co ci chodzi, Proney? Spojrzała na niego.
— Nie mógłbyś uwolnić mnie jutro od P.J.? Martinez zerknął na niego.
— Litości, właśnie wróciłem z wojny. Nie możesz zatrudnić kogoś innego?
— Nie, nie mogę. — Sempronia nachyliła mu się do ucha i szepnęła: — Ty jeden wiesz o Nikkulu. On też wrócił z wojny i chcę z nim spędzić trochę czasu.
Mimo zmęczenia zdołał posłać jej wściekłe spojrzenie.
— A nie wpadło ci do głowy, że ja mam jakieś spotkanie?
— Ty? — Spojrzała na niego zdziwiona.
Żaden mężczyzna nie jest bohaterem dla swojej siostry, pomyślał Martinez.
— Tracisz szansę, Proney — ostrzegł ją.
— Poza tym P.J. chce z tobą porozmawiać. Podziwia cię.
— Czy aż tak, by poświęcić twoje towarzystwo? Uścisnęła jego ramię.
— Tylko ten raz, Gare. O to tylko proszę.
— Jestem bardzo, bardzo zmęczony — powiedział. I dlatego w końcu Sempronia go pokonała. Kilka minut później, ze swojego pokoju, zadzwonił do P.J. i zostawił wiadomość, że chciałby się z nim jutro zobaczyć w pewnej sprawie.
— Cieszę się, że zadzwoniłeś — powiedział P.J. radośnie. — Już przedtem miałem nadzieję, że uda nam się porozmawiać. — Zaprosił Martineza na obiad do „Siedmiu Gwiazd”, jednego z trzech najbardziej szykownych jachtklubów w imperium. Gdyby Martinez próbował sam zostać członkiem tego klubu, prawie na pewno by go nie zaakceptowano, P.J. natomiast przyjęto bezdyskusyjnie, choć nigdy nie sterował jachtem. W foyer klubu stała gablota z pamiątkami po kapitanie Ehrlerze Blitshartsie, żeglarzu, którego Martinez i Sula usiłowali uratować — w istocie uratowali, choć Blitsharts już nie żył, gdy Sula zahaczyła swoją szalupę przy jego jachcie „Północnym Zbiegu”. Wśród zdjęć, pucharów i kawałków odzieży leżała obroża słynnego psa Pomarańczy, który zginął razem ze swym panem.
Restauracja klubowa cieszyła się dużą sławą. Żłobkowane onyksowe kolumny podtrzymywały sufit w kolorze granatu nieba o północy, z powycinanymi gwiaździstymi otworami, przez które wpuszczano złote światło. W bocznych łukach wisiały modele znanych jachtów, we wnękach umieszczono błyszczące trofea. Kelnerka — leciwa Lai-own, tak stara, że gubiła pierzaste włosy, gdy szła między stolikami — w widoczny sposób drgnęła, słysząc barbarzyński akcent Martineza.
— Poważnie myślałem o tym, żeby zostać żeglarzem — wyznał Martinez, spoglądając na połyskującą sylwetkę „Elegancji” Khes-roa, która obracała się w sąsiedniej wnęce. — Mam licencję pilota szalupy i dobrze wypadałem w wyścigach floty. Ale jakoś… — wzruszył ramionami — nigdy się nie złożyło.
— Gdybyś kiedykolwiek zmienił zdanie, wciągnąłbym cię na listę członkowską — zaproponował P.J. — Oczywiście, dopiero po wojnie. Teraz nie urządza się wyścigów.
— Oczywiście — odparł Martinez. Wątpił, czy największa choćby odwaga i sława mogą przeważyć minusy pośledniego urodzenia. Skoro nawet nie potrafił zrobić wrażenia na kelnerce…
Spojrzał na P.J.
— A ty w jaki sposób zostałeś członkiem klubu? Nie brałeś przecież udziału w wyścigach?
— Nie, ale wiele lat temu żeglował mój dziadek. Zgłosił mnie do klubu. — P.J. sączył koktajl, potem palcem wskazującym zaczął skrobać cienki wąsik. — I wiesz, okazało się to użyteczne, jeśli się obstawia na wyścigach. Podsłuchując rozmowy w klubie, możesz zdobyć wiele informacji o pilotach: który z nich wypada z gry, który ma szczęśliwą serię, a któremu niedawno podrasowano silniki.
— Dużo udało ci się dzięki temu zarobić?
— Noo… — długa twarz P.J. wydłużyła się jeszcze bardziej — niewiele.
Obaj zamyślili się na temat stanu finansów P.J., jeden z nich ponuro, drugi — niefrasobliwie. Sędziwa kelnerka przyniosła posiłek, który na statku nazywałby się obiadem, a tu uchodził za lunch. Z talerza Martineza unosił się zapach letnich ziół, ale Martinez ich nie znał. Kelnerka odeszła, spowita chmurą włosów.