Выбрать главу

P.J. zanurzył łyżkę w zupie. Twarz mu się rozpogodziła.

— Chciałbym powiedzieć, że według mnie jesteś bardzo inteligentny — oświadczył.

— To miłe z twojej strony — odparł Martinez, zdziwiony tą deklaracją. Nałożył sobie pasztetu na skórkę chleba.

— Dokonałeś cudów na wojnie, od pierwszego dnia. Od pierwszej godziny.

Martinez wyprostował się nieco, próżność uniosła mu podbródek. Pochwała od nieuka to mimo wszystko pochwała.

— Dziękuję. — Włożył chleb do ust. Tłuszcz z pasztetu rozpływał się na języku.

— Ja też — P.J. westchnął — chciałbym w czymś uczestniczyć. Naprawdę chciałbym przyczynić się do walki z Naksydami. — Spojrzał na Martineza szerokimi brązowymi oczami. — Co powinienem zrobić, jak sądzisz?

— Jesteś za stary na akademię wojskową, więc flota jest wykluczona — stwierdził Martinez, mając nadzieję, że to prawda. Przeraziło go to, że P.J. mógłby dostać się do floty. Prawdopodobnie przydzielono by mu dowództwo statku czy coś podobnego.

— I nie nadaję się do służby cywilnej — rzekł P.J. — Poza tym służba cywilna nie przebiega w zasadzie na linii frontu. Przez chwilę myślałem, żeby zostać donosicielem…

— Czym? — Martinez był oszołomiony.

— Donosicielem. — P.J. pedantycznie wycierał wąsy serwetką. — Legion Prawomyślności zawsze nakłania nas, żeby donosić na zdrajców, wywrotowców i tak dalej, pomyślałem więc, że wejdę do grupy wywrotowej i spróbuję trochę szpiegować.

Martineza oczarował ten koncept: lord Pierre J. Ngeni, tajny agent.

— Czy mówiłeś komuś o tym pomyśle? — spytał, rozsmarowując sos na chlebie.

— Nie, sam to wymyśliłem.

— Tak jak się spodziewałem. — Nabrał pasztetu. — Idea ma wszelkie znamiona niezrównanego umysłu.

P.J. był zadowolony.

— Dziękuję, lordzie Gareth. — Na twarzy P.J. pojawił się grymas. — Napotkałem jednak pewien problem. Nie znam żadnych zdrajców i wszyscy zdrajcy to Naksydzi, a ponieważ nie jestem Naksydem, trudno byłoby mi wejść do ich grupy, prawda? Tak więc plan nie zadziałał.

Martinez cały czas żuł starannie, wreszcie przełknął.

— Przykro mi.

Zapadła chwila milczenia.

— A ty przypadkiem nie znasz jakiejś grupy wywrotowej, do której mógłbym się przyłączyć? — spytał P.J.

Oczywiście nie chodzi ci o rodzinę Martinezów, pomyślał Gareth.

— Niestety, nie — odparł.

— Szkoda. — P.J. był przygnębiony. — Nadal więc muszę szukać sobie przydatnego zajęcia.

Martinez przez cały okres wojny służył na statku i teraz uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, co takiego robili w tym czasie cywile, więc spytał o to P.J.

— Zachęcaliśmy do podtrzymywania Praxis i odparcia wywrotowych pogłosek — wyjaśnił P.J. — I ja naprawdę odpieram pogłoski.

Martinez wyjął z talerza pierzasty włos.

— Godne najwyższej pochwały — przyznał.

— Poza tym mówiono nam, by zwiększyć produkcję wojenną oraz chronić cenne zasoby — kontynuował P.J. — ale ja nie mam nic wspólnego z produkcją, nie zarządzam zasobami, więc w tej sferze nic nie mogę zrobić.

Martinez już chciał zachęcić P.J. do nabycia jakichś zasobów, żeby je potem chronić, ale, jak zrozumiał, P.J. nie do tego zmierzał.

— Chcę zrobić więcej — oznajmił P.J. — To… to czasy krytyczne, wymagają… — klasnął w dłonie — działania.

— Mógłbyś sponsorować widowisko charytatywne w Oh-lo-ho lub w „Półcieniu”, a dochody przeznaczać na organizację Pomoc Flocie albo na inny pożyteczny cel.

— Obawiam się… — P.J. był zmieszany — że obecny stan moich finansów nie pozwala na ten rodzaj przedsięwzięć.

Martinez to właśnie podejrzewał.

— Może aukcja dobroczynna? Nakłoń znajomych, żeby przeszukali swoje strychy w szlachetnym celu.

Wydawało się, że P.J. rozważa tę propozycję, ale potrząsnął głową.

— To do niczego, prawda? — Wyraźnie oklapł. — Ja jestem do niczego. Mamy takie porywające czasy, a ja nic nie potrafię zrobić. — Patrzył na Martineza, a jego oczy połyskiwały szczerą rozpaczą. — Rozumiesz, chciałbym pokazać Sempronii, że jestem jej wart. To twoja siostra, więc jest mi szczególnie trudno. Przywykła do tego, że w jej otoczeniu szwendają się bohaterowie i gdy ja się szwendam zamiast ciebie, ona na pewno robi porównania.

Martinez słuchał tego zdziwiony. Wart Sempronii? Co mogło spowodować takie podejście? Czyżby biedny dureń naprawdę zakochał się w mojej siostrze? — myślał Martinez. W kobiecie, która akurat w tej chwili szwenda się — o ile jest to adekwatne określenie — z jednym z bohaterów z Hone-bar.

— Więc może mógłbyś porozmawiać z lordem Pierrem. — Martinez miał na myśli lorda Pierre’a Ngeniego, który zajmował się sprawami klanu Ngenich na Zanshaa, gdy lord Ngeni sprawował funkcję gubernatora Paycahp.

— Po co? — jęknął P.J. — Potrafię jedynie postawić obiad oficerowi floty.

— I spotyka się to z wdzięcznością — odparł z udawaną pogodą Martinez, ale wątpił, czy umiałby coś poradzić na męki duszy P.J. I, prawdę mówiąc, niewiele go to obchodziło. Bardziej martwiło go to, że Ngeni dowiedzą się o związku Shankaracharyi z Sempronią, która przecież nie grzeszyła dyskrecją.

— Wybacz, że cię tym zamęczam — usprawiedliwiał się P.J. — ale miałem nadzieję, że udzielisz mi wskazówek. Albo uruchomisz jakieś znajomości. — Poweselał. — A może mógłbym służyć na twoim następnym statku, jako… wolontariusz czy coś podobnego.

Martinez omal nie podskoczył z przerażenia.

— Obawiam się, że to niemożliwe. Musiałbyś skończyć najpierw którąś z akademii zawodowych.

— Aha. — P.J. pokręcił głową. — W każdym razie dziękuję. — Westchnął. — Jestem wdzięczny, że rozmawiasz ze mną w ten sposób.

— Jest mi tylko przykro, że nie mogę ci pomóc.

Potem, w drodze do domu, mijał sklep z antykami i po chwili wahania wszedł do środka. Najpierw sprawdził, czy mają odpowiedni pierścionek, potem kupił wazon o szerokiej szyi z kremowej, półprzejrzystej porcelany, z delikatnymi reliefami chryzantem. Posłał go Suli do jej mieszkania. „Oto wazon do Twoich kwiatów” — napisał na bileciku.

Potem zaszedł do kwiaciarni i kazał posłać Suli wielki bukiet gladiolusów z bilecikiem: „Oto nieco kwiatów do Twego wazonu”.

Następną godzinę spędził u zręcznego masażysty, Torminela, który wybił i wycisnął z niego bóle i skurcze dwumiesięcznej akceleracji. Wyczerpany, ale z promienną skórą, powrócił do pałacu Shelleyów i poszedł do łóżka.

Obudził go sygnał komunikatora. Martinez otworzył oczy.

— Komunikator: tylko głos. Komunikator: odpowiedź.

— Gdzie jest obraz? — usłyszał głos Suli. — Chciałam ci pokazać twoje kwiaty.

Martinez tarł powieki.

— Nie chcę, żebyś uciekła z krzykiem. — Przetoczył się na łóżku, wyciągnął rękę do stolika nocnego i wycelował w swoją stronę kaptur komunikatora. — Ale jeśli nalegasz… komunikator — rozkazał — wideo i audio.

Na ekranie ożyły kwiaty pomarańczowe, czerwone i żółte, a z nimi roześmiana twarz Suli. Oczy jej się rozszerzyły, gdy zobaczyła łóżko Martineza, potargane włosy i podkoszulek.

— Przypuszczałeś, że na widok tego będę krzyczeć? — spytała sceptycznym tonem.