Выбрать главу

Ponownie przetarł oko.

— Dotychczas to zawsze tak działało.

— Przynajmniej zobaczyłam, jak wygląda twoje łóżko.

— Ciesz wzrok do woli. — Spojrzał na bladą, złotowłosą postać. — A ja będę cieszyć swój — dodał.

Nawet na małym ekraniku zauważył, jak jej policzki pokrywa rumieniec.

— Widzę, że nadal jesteś na czasie statkowym — zauważyła nieco pośpiesznie.

— Do pewnego stopnia.

Dzień we flocie wynosił dwadzieścia dziewięć godzin, w odróżnieniu od czasu Zanshaa, gdzie doba to 25,43 godziny standardowe. Możliwe, że dwudziestodziewięciogodzinna doba, wprowadzona w całym imperium przez Shaa, odpowiadała dobie na jakiejś planecie, ale dotychczas takiej planety nie odkryto.

Sula spojrzała na wazon.

— Skąd wiedziałeś, że lubię porcelanę Guraware?

— Wrodzony dobry smak, jak przypuszczam. Zobaczyłem to w sklepie i pomyślałem, że wazon powinien należeć do ciebie.

— Gdybyś jeszcze kiedykolwiek poczuł podobny impuls, nie krępuj się. To jeden z najlepszych gatunków porcelany wyprodukowanych na Zanshaa. — Opuszkami palców przebiegła po wypukłościach wazy gestem powolnym i tak zmysłowym, że Martinez poczuł dreszcz w plecach.

— Jutro mają mnie odznaczyć i awansować — powiedział. — O 9:01 czasu Zanshaa, w Dowództwie. Przyjdziesz? Zwróciła się do wideo.

— Oczywiście. Jeśli tylko mnie wpuszczą.

— Wpiszę cię na listę gości. Będę w Sali Ceremonii.

— To piękna sala. — Uśmiechnęła się. — Spodoba ci się.

— Tu w pałacu odbędzie się jutro wieczorem przyjęcie. Przyjdziesz?

— Twoje siostry były tak miłe i już mnie zaprosiły, choć nie wiedziałam, z jakiej okazji to przyjęcie. — Zamyśliła się na sekundę. — Mam nadzieję, że nie posądzisz mnie o zachłanność, ale…

— Chcesz drugi wazon do kompletu.

— No, owszem. — Zaśmiała się. — Chciałam cię zapytać, czy jesteś wolny dziś wieczorem.

— Przepraszam, ale nie. A poza tym… — patrzył w jej zielone oczy — nie odzyskałem jeszcze najlepszej formy.

Wytrzymała jego wzrok, potem spojrzała w bok.

— A jutro wieczorem?

— Ty osądzisz.

W tym momencie otworzyły się z hukiem masywne tekowe drzwi i weszła Sempronia.

— Co ty mu zrobiłeś?! — krzyczała.

Martinez odwrócił się do niej i usiłował odpowiedzieć, choć serce skoczyło mu do gardła.

— Co? Komu?

Policzki Sempronii poczerwieniały ze złości, oczy ciskały wściekłe ognie.

— Nigdy ci tego nie wybaczę! Nigdy!

— Widzę, że teraz będziesz zajęty — dobiegł z displeju ostrożny głos Suli.

Martinez szybko przeniósł wzrok z siostry na Sulę i z powrotem, i akurat zdążył się uchylić, bo Sempronia cisnęła w niego Złotym Globem, który niechybnie rozwaliłby mu głowę.

— Do zobaczenia. — Martinez posłał Suli rozpaczliwe spojrzenie.

— Komunikator: koniec transmisji — powiedziała Sula.

Na ekranie błysnął pomarańczowy znak końca i ekran pociemniał. Martinez już skoczył na nogi, zasłaniał się przed szczotką do włosów, golarką, butelką wody kolońskiej i innymi przedmiotami, które Sempronia znalazła na biurku.

Przechwycił butelkę w powietrzu i skierował ją na miękkie łóżko.

— Powiesz mi, co to znaczy?! — krzyknął oficerskim głosem, mającym zmrozić szeregowca na miejscu.

Sempronia nie wyglądała na zmrożoną, ale przynajmniej przestała ciskać przedmiotami.

— Co zrobiłeś Nikkulowi?! Co mu zrobiłeś, ty draniu?! Wiedział bardzo dokładnie, co mu zrobił. W opinii o Shankaracharyi napisał:

Oficer charakteryzuje się wielką inteligencją połączoną ze znaczną wyobraźnią. Wykazał się umiejętnością rozwiązywania złożonych problemów technicznych i przyda się nadzwyczajnie na stanowisku wymagającym fachowej wiedzy technicznej lub abstrakcyjnego rozumowania i umiejętności naukowych.

Oficer brał udział, jako oficer łączności, w bitwie o Hone-bar. Na podstawie tego, jak wówczas wykonywał swoje obowiązki, wnioskuję, żeby nie zatrudniano go na żadnym stanowisku, na którym skuteczność w działaniach przeciwko wrogom decyduje o życiu załogi.

Shankaracharya zastygł w czasie akcji nie jeden raz, lecz dwukrotnie: podczas początkowego pojawienia się wrogów oraz gdy pierwsza zapora ogniowa wybuchła, rozsiewając w przestrzeni piekielny ogień plazmy. Martinez nie dał mu trzeciej szansy.

Niewykluczone, że Shankaracharya otrząsnąłby się z przerażenia i znakomicie pełnił służbę przez pozostały czas bitwy, w kolejnych etapach swojej kariery zawodowej i przez resztę życia, ale Martinez, odpowiedzialny za życie setek ludzi, nie mógł ryzykować.

W dniach po bitwie rozważał to samo pytanie, jakie postawił sobie w odniesieniu do Kamarullaha: czy czułbym się bezpiecznie w bitwie, wiedząc, że jestem zależny od Shankaracharyi?

Mając taką opinię Martineza, Shankaracharya mógłby dostać przydział do magazynów, do pralni lub do centrum obróbki danych. Spędziłby tam resztę wojny i na tym zakończył karierę.

— Proney, powiedz wreszcie, co się stało?! — krzyczał do niej. Sempronia zacisnęła pięści i wygrażała mu.

— Dla Nikkula wszystko już było przygotowane! Lord Pezzini zorganizował to dla niego, miał miejsce na jednym z nowych krążowników, które budują w Harzapid. On i inni oficerowie mieli wyruszyć za dwanaście dni. Ale dziś po południu kapitan wezwał go i powiedział, że z niego rezygnują i że jego miejsce zajmuje ktoś inny! Nikkul powiedział, że jego kapitan na pewno przeczytał twoją opinię. — Spojrzała na brata wąskimi oczami. — Co takiego tam napisałeś, że zniszczyło to karierę Nikkula?

— A co ci Nikkul powiedział na ten temat? — kontrował Martinez.

— Nic nie mówił! — wściekała się Sempronia. — Powiedział po prostu, że postąpiłeś słusznie. — Dolna warga drżała, oczy wypełniły się łzami. — Był zawstydzony. Odwrócił się i chyba płakał. — W przypływie złości znów wymachiwała bratu pięścią. — Byłeś dla niego bohaterem! Uruchomił wszystkie znajomości, żeby dostać się na twój statek! — Jej głos brzmiał jak lament. — Obiecałeś, że się nim zaopiekujesz. Obiecałeś!

— Nie powinien wykorzystywać znajomości — powiedział łagodnie — nie powinien angażować Pezziniego, żeby przeskoczyć nad głowami bardziej doświadczonych oficerów. Był za młody i nieprzygotowany.

— Mówiłeś, że mu pomożesz — kwiliła boleśnie. — Powinieneś mu pomóc.

Zrobiła krok w stronę brata, ale kolana ją zawiodły i powoli opadła na łóżko. Odwróciła głowę, jasne włosy zakryły twarz. Szlochała, drżąc. Martinez miał suche usta. Chciał dotknąć jej ramienia, ale odepchnęła jego rękę.

— Idź sobie. Nienawidzę cię.

— To mój pokój. Jeśli ktoś z niego wyjdzie, to ty.

— Och, zamknij się.

Zapadła krótka cisza. Martinez jednak doszedł do wniosku, że się nie zamknie.

— Shankaracharya to zdolny człowiek, ale nie jest oficerem. Może osiągnąć sukces w innych dziedzinach, ale nie w tej, którą wybrał. Pomóż mu wybrać inną dziedzinę. — Bezradnie rozłożył ręce. — Teraz ty musisz mu pomóc. Ja już nie mogę.

Sempronia wstała i pobiegła do drzwi, rzucając mu przez ramię ostatnie wściekłe spojrzenie.

— Ty draniu! Jesteś do niczego! — I ciężkie drzwi zatrzasnęły się za nią.

Martinez stał przez chwilę w dudniącej ciszy, potem westchnął i spojrzał na łóżko. Doszedł do wniosku, że już teraz nie zaśnie, włożył więc koszulę, spodnie i cywilną marynarkę oraz buty z krótkimi cholewkami, wypolerowane rano przez Alikhana. Z wojskowym drylem uporządkował przedmioty, którymi ciskała Sempronia, i zszedł na parter.