W salonie i w bawialni nikogo nie było. Przypuszczalnie wszyscy zebrali się w pokoju z tyłu domu i omawiali dąsy Sempronii.
W salonie nalał sobie do kryształowej szklaneczki laredańskiej whisky. Popijał alkohol, zaglądając do pokojów. Zobaczył Rolanda przed jego gabinetem — brat przesuwał duży mebel przez hol do magazynu.
Martinez spojrzał na specjalną kanapę, na której mogło się wygodnie pomieścić dwoje ludzi, ale która bardziej nadawała się dla wypoczywającego czteronogiego ciała wielkości bardzo dużego psa.
— Odwiedzili cię Naksydzi? — spytał Martinez zdziwiony. Roland spojrzał na niego.
— Tak. Pomóż mi, dobrze?
Martinez postawił drinka na starym, porysowanym parkiecie i pomógł Rolandowi przenieść kanapę do magazynu w końcu korytarza — dołączyła do innych mebli, dostosowanych do szczególnej budowy ciała rozmaitych istot, żyjących w Praxis. Potem wynieśli drugą kanapę z gabinetu, wreszcie ponownie wstawili meble o rozmiarach bardziej odpowiednich dla ludzi, usunięte poprzednio z gabinetu brata dla wygody gości.
— Mógłbym to zlecić służącym, ale byłyby plotki — powiedział Roland.
Martinez wziął swojego drinka i wrócił do gabinetu Rolanda. Zauważył prywatne wejście, prowadzące do dyskretnej alejki przy murze pałacu — tędy przychodzili reprezentanci najbardziej podejrzanego gatunku imperium, gdy składali poufne wizyty.
— Dlaczego przyjmujesz Naksydów? Roland popatrzył na niego z rozbawieniem.
— Nie konspiruję przeciw porządkowi publicznemu, w razie gdybyś to podejrzewał. To bardzo szacowni Naksydzi. Tym Naksydom konspiratorzy nie zdradzili swoich planów. Oni byli tak samo jak my zaskoczeni wybuchem rebelii.
Martinez sączył alkohol, rozmyślając.
— I czy z tego powodu nie są przypadkiem mniej godni zaufania?
— Ja im nie ufam. Ja im pomagam w interesach. — Roland, widząc drinka Martineza, podszedł do oszklonej serwantki za biurkiem, otworzył ją kluczem i nalał sobie whisky. — Dolać ci?
— Poproszę.
Kryształowa karafka dźwięcznie stuknęła o kryształową szklaneczkę.
— Po wybuchu rebelii Naksydzi do tego stopnia zniknęli z pola widzenia, że zaczęli cierpieć i oni, i ich klienci. Wszystkie kontrakty wojskowe i zaopatrzeniowe dla floty przechodzą im koło nosa — oni tak to widzą.
— Jasne — odparł Martinez.
Whisky zalała mu język torfiastym smakiem. Roland odstawił karafkę do serwantki i zamknął drzwiczki na klucz.
— Naksydzi w rodzaju moich gości, lorda Ummira czy lady konwokat Khaa, są przygotowani do życia w atmosferze podejrzeń do końca wojny — powiedział. — Rozumieją, że to nieuniknione. Oni i ich rodziny mają środki, by przetrwać zły okres. Ale zajmują takie pozycje, że trudno im robić interesy w imieniu swoich klientów, a nie wszyscy ich klienci są Naksydami.
Martinez powoli skinął głową.
— Aha, rozumiem. Roland uśmiechnął się.
— Dajemy klientom Naksydów część dobrych rzeczy… i tak by to dostali, gdyby ich patroni nie mieli niefortunnych związków rasowych.
— A w zamian?
— Obrócimy to na własną korzyść, ale głównie po wojnie. Chcę zaskarbić sobie wdzięczność Naksydów.
Martinez poczuł złość.
— A dlaczego mamy chcieć, by Naksydzi byli nam wdzięczni?
— Ponieważ po naszym zwycięstwie pozwoli im się na odzyskanie części władzy i ta władza zostanie dobrze spożytkowana. A poza tym… — Stuknął się z Martinezem szklaneczkami. Gdy kryształowy dźwięk przebrzmiał, Roland powiedział: — Jeśli przegramy wojnę, ich wdzięczność może uchronić cię przed egzekucją. A także nas wszystkich.
Rozbrojona złość Martineza kołatała się w próżni. Wyszedł za bratem z jego gabinetu do salonu, gdzie Vipsania przygotowywała koktajle.
Gościem wieczoru był lord Pierre Ngeni, który przybył o umówionej godzinie. Było mu bardzo do twarzy w mundurze barwy wina — mundurze lorda konwokata. Młody, miał kulistą głowę i mocną szczękę. Z powodu nieobecności swego ojca to on reprezentował interesy klanu Martinezów w stolicy.
Jeśli chodzi o sposób bycia, lord Pierre stanowił przeciwieństwo swego kuzyna P.J. Był rzeczowy i nieco szorstki.
— Rozmawiałem z różnymi ludźmi, żeby załatwić panu nominację — zwrócił się do Martineza. — Przygotowałem grunt. Jutrzejszy komunikat da impet. A jeśli będzie to konieczne… — patrzył zakłopotany — mogę wnieść sprawę pod obrady Konwokacji. Zarząd, który najbardziej zasłużonemu kapitanowi floty odmawia znaczącego stanowiska, powinien poddać swe decyzje pod dyskusję.
Ale ty nie chciałbyś być tym, który wystawia głowę i podnosi tę sprawę, pomyślał Martinez.
— Przy odrobinie szczęścia nie dojdzie do tego — stwierdził Roland. — Jeden z członków Zarządu — zwrócił się do brata — bardzo sprzyja naszej sprawie. Jutrzejsze obwieszczenie przyda jego wnioskom dodatkowej wagi.
Lord Pierre i Roland nie mieli nic więcej do powiedzenia na temat sytuacji Martineza. Wiele natomiast mówili o innych sprawach — okazało się, że w toku są liczne projekty, kontrakty mają być przyznane, dzierżawy udzielone, należy dotrzymać jakichś terminów. Vipsania i Walpurga, które przyszły w momencie, gdy Roland i lord Pierre zaczynali omawiać szczegóły, sprawiały wrażenie osób równie biegłych w temacie jak Roland. Martineza bardzo to zdumiało.
Ciekawe, czy lord Pierre wie o lady Khaa i lordzie Ummirze, zastanawiał się.
Nawet gdyby wiedział, pomyślał Martinez ponuro, prawdopodobnie nie byłby oburzony, tylko domagał się swojej doli.
Tak to chyba działało.
SZEŚĆ
W pałacu Shelleyów, pośród tłumu gości, podeszła do Martineza i pogratulowała mu. Zobaczyła, jak rozszerzają się jego oczy.
— Nigdy nie widziałem cię po cywilnemu — powiedział, biorąc ją za rękę.
W jej żyłach stukotał niepokój i dlatego uśmiech zdradzał napięcie.
— Spodziewałam się, że zrobię ci niespodziankę.
— Mam nadzieję, że to nie ostatnia niespodzianka dzisiejszego wieczoru. — Wziął ją za rękę i zaprowadził do bufetu.
Przez wiele lat Sula nosiła mundur, ponieważ na inne ubranie nie mogła sobie pozwolić. Kobiety z klasy parów, wychowane od kołyski w posłuszeństwie dla zasad piękna, mody, etykiety, zmieniały garderobę co sezon, by pozostać w zgodzie z jasnymi, choć niepisanymi kanonami. Dochody Suli nie wystarczyłyby na to, a poza tym taki styl bycia wydawał jej się zniechęcający: istniało niebezpieczeństwo nieustannego popełnienia błędów. Na szczęście mundur był dla oficera floty zawsze stosowny.
Kiedyś żyła w wirze mody. Miała kochanka — linkboja, takie typy nazywa się w melodramatach „królami zbrodni”, choć oczywiście pomniejszego kalibru. Lubił dawać jej ekstrawaganckie, drogie stroje. Co kilka dni coś jej kupował, a szafy puchły. Sporo rzeczy oddawała znajomym, by zrobić miejsce na nowe ubrania. W tamtym czasie poznała pewną osobę — nie chciała teraz o niej myśleć — która lubiła ją ubierać. Pozbyła się prawie wszystkich swoich strojów, gdy stała się lady Sulą, i opuściła Spannan, by studiować w akademii, i odtąd nosiła tylko przepisowe mundury floty.
Zresztą szałowe ciuchy ze Spannan nie przydałyby się na Zanshaa. Tu ubierano się wytworniej, bardziej dostatnio i w innym stylu.