Na ten wieczór Sula kupiła czarną suknię z rodzaju ponadczasowych. Miała nadzieję, że rzeczywiście tak jest, bo gdy dobrała sobie buty i odpowiedni żakiet, stwierdziła zgorszona, że wydała nieco ponad pięć procent całej swojej fortuny i miała przynajmniej nadzieję, że czarna sukienka wystarczy na wiele lat.
Zdecydowanie nie konkurowała z tym, co widziała wokół siebie, z papuzimi kolorami, koronkami, falbanami i brokatem. Moda przechodziła fazę bogatej zdobności; może to opór wobec siermiężnych standardów wojny. Nawet Torminele, pokryci bujnym futrem i skąpo ubrani z obawy przed udarem cieplnym, włożyli kamizelki i szorty, gęsto wyszywane koralikami i klejnotami.
Była przekonana, że nie pasuje do reszty towarzystwa, jednakże otrzymała kilka komplementów od osób, które nie miały interesu, by się jej przypodobać.
A już spojrzenie, jakim obdarzył ją Martinez, gdy ujrzał ją po raz pierwszy, było wręcz bezcenne.
— Czy te korale są z porcelany? — Martinez sunął wzrokiem po szyi Suli.
Pochyliła głowę, by mógł się lepiej przyjrzeć.
— Dmuchane szkło. — Każdy koralik, o wirujących, nakładanych warstwami żywych barwach, był indywidualnym dziełem sztuki, niedrogim w porównaniu z resztą kreacji.
— Bardzo ładne. — Ledwo dostrzegalnie poruszył nozdrzami. — Czy Zmierzch na Sandamie również stanowi część dzisiejszej toalety?
— Owszem.
Uśmiechnął się uszczęśliwiony.
— Tak się cieszę, lady Sula, że zaszczyciła pani moje przyjęcie. Podziękowała oficjalnym skinieniem głowy. Czuła napięcie, trzepoczące w piersi jak ptak w klatce.
— Tak się cieszę, że tu jestem — odparła.
Na czas przyjęcia rozsunięto drzwi — dwa salony, bawialnia i oficjalny pokój jadalny utworzyły długą salę recepcyjną. Martinez zaprowadził Sulę do bufetu i zaproponował, że nałoży jej na talerz coś do jedzenia. Była zbyt zdenerwowana i nie miała apetytu, ale zdołała przełknąć dwa małe ciasteczka w kształcie kokardek.
Nie popsuj tego spotkania, napominała się. Pamiętaj, że temu naprawdę się podobasz. Pamiętaj, że dał ci drugą szansę, choć zniszczyłaś poprzednią.
Przyniósł butelkę gazowanej wody mineralnej.
— Przygotowałem zapasy wody specjalnie dla ciebie. — Nalał wody z fioletowej butelki.
— O wszystkim pomyślałeś.
— Tak. Pomyślałem. — Uśmiechnął się, zadowolony z siebie.
Miał na sobie zieloną bluzę munduru. Pod szyją przypiął medal Złotego Globu — okrągły dysk słoneczny na złoto-czarnej wstążce — który nosił zamiast ciężkiego oryginału. Na piersi skrzyły się dwa odznaczenia: Medal Zasługi Pierwszej Klasy za akcję ratunkową Blitshartsa i Medal Obłoków z Diamentami za Bitwę o Hone-bar.
Dziś rano Sula widziała, jak lord Chen przypina Martinezowi Medal Obłoków. Nieobecny był lord Tork, przewodniczący Zarządu Floty, ten sam, który wręczał medal Suli. Brakowało również wszystkich innych członków Zarządu. Sula przypuszczała, że są na nadzwyczajnym zebraniu w sprawie członka Zarządu lady San-torath — aresztowano ją poprzedniej nocy pod zarzutem konspiracji, która miała na celu wstrzymanie informacji o ruchach wroga w Hone-bar. Przed sędzią Sądu Najwyższego odbył się o północy proces zakończony wyrokiem skazującym: lady San-torath miała umrzeć dokładnie o tej samej porze, gdy dekorowano Martineza.
Umrzeć w mękach. Sula pamiętała, z jaką satysfakcją wymawiał to lord Iwan Snow dwa dni temu. Już wtedy znał los San-torath: kruche, puste kości ramion i nóg połamane stalowymi prętami, potem odcięte specjalnymi hydraulicznymi nożycami; żyjący ciągle korpus zrzucony z akropolu, z miejsca w pobliżu dużej granitowej kopuły Wielkiego Azylu. Nowe prawa przewidywały zrzucenie zdrajcy z wysokości, co miało naśladować zepchnięcie Naksydów z tarasu konwokacji, gdy ogłosili rebelię. Na tarasie nie wykonywano już egzekucji — lordowie konwokaci mogliby stracić apetyt, a Shaa, którzy kiedyś mieszkali w Wielkim Azylu, nie mieli w tej sprawie nic do powiedzenia, bo nie żyli.
Dziś rano przekazano również triumfalną informację o pojmaniu konspiratorów w Hone-bar. Tamtych zepchnięto ze znacznie większej wysokości: wpakowano ich w skafandry próżniowe i z dużą siłą wyrzucono z pierścienia akceleracyjnego Hone-bar; zapas powietrza starannie obliczono, tak że zdrajcy mieli spłonąć żywcem w atmosferze, zanim się uduszą. Obrazy wideo dopiero po ponad trzech dniach dotrą do Zanshaa, wtedy nada się je wielokrotnie w wiadomościach i na specjalnym kanale, transmitującym egzekucje.
Bardzo pomysłowe, zauważyła w duchu Sula. Gdyby tyle pomysłowości wykazywano w działaniach wojennych, a nie tylko podczas tortur.
Sula stała z rodziną Martineza na galerii nad Salą Ceremonii i klaskała, gdy lord Chen wziął Martineza za rękę i cicho wypowiedział starannie dobrane słowa, a równocześnie dwóch adiutantów przypinało Martinezowi nowe kapitańskie epolety. Potem Dalkeith, pierwszy oficer ze statku Martineza, otrzymała Medal Zasługi Drugiej Klasy i awans o jeden szczebel do porucznika-kapitana. Inni oficerowie też otrzymali wyrazy uznania i awanse.
Na uroczystości pojawiło się sporo załogantów „Korony”. Był drobny młodziutki blondynek — porucznik — kilku kadetów oraz paru starszych podoficerów — ci mieli sumiaste wąsy. Sula zauważyła brak porucznika kapitana Kamarullaha — tego, który odebrał Martinezowi dowództwo eskadry — nie przyznano mu żadnych odznaczeń. Najbardziej zastanawiała nieobecność lady Sempronii Martinez.
Gdy oficerom dawano awanse, a konspiratorzy umierali w mękach, równocześnie na statku flagowym, orbitującym wokół słońca Zanshaa, oficjalny zwycięzca z Hone-bar, Do-faq, dostawał odznaczenie i awans o dwa szczeble na starszego dowódcę eskadry. Część jego oficerów również wyróżniono. Cały ten cyrk — procesy, kary śmierci, błyszczące medale — miał staranną oprawę: rządowi zależało na tym, by wydarzenie przyniosło władzy jak największe zyski. Wideo z uroczystości Do-faqa miało nadejść za pięć godzin świetlnych, wideo z egzekucji na Hone-bar — za trzy dni, więc honorowanie szlachetnych i degradacja podłych zajmie uwagę opinii publicznej przez pewien czas. Sula poprawiła na piersi Martineza błyszczące odznaczenie.
— Dobrze na tobie wygląda — powiedziała.
— Prawda? — zadowolony, chciał potwierdzenia. Ujął jej dłoń. — Masz zimne ręce.
— Tak. Jestem… — zaczerpnęła tchu — bardzo zdenerwowana. Zrobił zatroskaną minę, wziął Sulę za rękę i poszli w stronę holu.
— Zabiorę cię tam, gdzie znajdziemy trochę prywatności. — Spojrzał na nią. — Chyba że to jeszcze bardziej cię zdenerwuje, zamiast uspokoić.
— Zgadzam się… cokolwiek zaproponujesz.
Postanowiła zdać się na jego doświadczenie. Gdy szli, Martinez miał władczą minę i nikt do nich nie próbował podejść. Sula zobaczyła go teraz takim, jaki był na „Koronie”: kategoryczny, zasadniczy, surowy. Wyprowadził ją z sali, potem korytarzem poszli do bawialni i dalej do małego pokoju, skromnie umeblowanego.
— To gabinet Rolanda — powiedział. Kostkami palców przejechał po orzechowym biurku ze złotą inkrustacją i dyskretną wstawką, skąd był dostęp do rozmaitych systemów cybernetycznych pałacu. Usiadł na brzegu biurka, wziął od Suli szklankę z wodą mineralną, odstawił na stół i przyciągnął dziewczynę do siebie. Na nagich ramionach i twarzy czuła ciepło jego ciała.
— Czy na twoje zdenerwowanie pomoże pocałunek? — spytał. Zaśmiała się nerwowo, przelotnie.
— Nie zaszkodzi — odparła.
Przyciągnął ją jeszcze bliżej i dotknął ustami jej ust. Czuła, że są elastyczne i niezbyt natarczywe — obie te cechy bardzo ceniła. Terkoczące nerwy zaczynały się odprężać.