Выбрать главу

Martinez cofnął się nieco.

— Zaczynam rozumieć, co szczególnego jest w zmierzchu na Sandamie.

Znów nerwowo się zaśmiała. Jego brązowe oczy pod mocno zarysowanymi brwiami, częściowo przesłonięte, podziwiały ją, choć bez bezczelności, jaką widziała u innych mężczyzn. Miły trik, pomyślała.

— Jesteś taka piękna. — Czuła jego ciepły oddech na policzku. — A ja jestem największym szczęściarzem w całym imperium… zresztą kiedyś mi na to zwróciłaś uwagę.

Sula okryła się rumieńcem. Spojrzała na podłogę.

— Nigdy nie wiem co w takich chwilach odpowiedzieć.

— Mogłabyś wymyślić jakąś pochwałę mojego wyglądu — odparł Martinez — ale jeśli taka nieszczerość jest ponad twoje siły, możesz tylko podziękować i zarumienić się tak ślicznie, jak teraz.

— Dziękuję — rzekła cicho.

Objął ją i znów pocałował. Miała rozpaloną skórę. W nagłym impulsie ujęła w dłonie jego głowę i oddała mu pocałunek; mile zaskoczony, odpowiedział. Ogień trawił jej żyły. Martinez odetchnął po pocałunku i oparł głowę na jej karku. Poczuła na plecach drżenie, gdy dotykał ustami zagłębienia pod szyją, tuż nad tętnicą, która pulsowała krwią. Przeczesała dłońmi jego faliste, brązowe włosy.

Znów westchnął, odsunął się i spojrzał na nią.

— W tym pokoju są dyskretne drzwi — mówił pośpiesznie, gorączkowo. — Wyjdźmy z tego przyjęcia. Nie musimy iść do tego twojego słynnego łóżka, jeśli ci niezręcznie, ale chodźmy gdzieś, żeby być razem. Gdzie tylko chcesz.

Patrzyła na niego zdziwiona.

— Nie mogę cię wyciągać z twojego przyjęcia. Jesteś tu gościem honorowym.

— To moje przyjęcie i mogę je opuścić w każdej chwili. — Znów zaczął całować jej szyję. Zadrżała i długo trzymała go tuż przy sobie. Potem zdecydowanie odepchnęła go dłonią.

— Nie, nie bądź nieuprzejmy dla swoich gości.

— To nie są moi goście! — zaprotestował. — To goście Rolanda! I Walpurgi, i Vipsanii! Prawie nikogo nie znam.

— Zostań z nimi parę godzin, ze zwykłej uprzejmości. A potem — ujęła palcami odznakę Złotego Globu i przyciągnęła Martineza do siebie — chcę twojej stuprocentowej uwagi przez resztę wieczoru.

— Będziesz miała — odparł. — Jestem w najlepszej formie i chcę cię o tym przekonać.

— Za jakieś dwie godziny… (gdy już oszaleję z niecierpliwości, pomyślała)… podziękuję ci uprzejmie za miło spędzony czas i wyjdę. Potem oczekuję, że w ciągu godziny pojawisz się w moim mieszkaniu.

Spojrzał wzrokiem pełnym nadziei.

— A jeśli dotrę tam przed tobą…

— Nie — ucięła. — Przynajmniej raz zastosuj się do planu operacyjnego bez improwizowania.

— Ale… — Wtem zadzwonił jego komunikator mankietowy. — Do diabła! — zaklął, gdy Sula puściła medal i cofnęła się poza zasięg guzikowej kamery.

Z displeju odezwał się Roland.

— Gdzie jesteś? Chcę wygłosić ważne oświadczenie. Martinez westchnął.

— Zaraz tam przyjdę.

Był tak zirytowany, że to aż rozbawiło Sulę. Gdy wyłączył komunikator, podeszła do niego i mocno go pocałowała. Jego ramiona uniosły się, by ją objąć, ale Sula się cofnęła i zaczęła poprawiać ubranie, chcąc wyjść do ludzi bez skrępowania. Martinez starł z twarzy chusteczką ślad szminki.

— Cieszę się, że przynajmniej zaradziłem coś na to twoje zdenerwowanie. Widzę, że jest pod kontrolą. Chwilowo, pomyślała.

— Dziękuję — odparła. — Bardzo dobrze to… załatwiłeś. Spojrzał na nią. Sula podniosła swoją szklankę, a Martinez wziął ją za rękę i poprowadził do sali. Gdy tylko tam weszli, goście się rozstąpili i wtedy Sula zobaczyła osobę, przez którą cała odzyskana pewność siebie wysypała się z niej jak trociny z rozerwanej szmacianej lalki.

Sula nie znała jej imienia, ale rozpoznała lśniące kasztanowate włosy i zachwycającą figurę w kształcie klepsydry. Kobieta rozwiązała problem, co na siebie włożyć na przyjęcie wysoko urodzonych parów: w zasadzie nic, tylko błyszczącą, mieniącą się, obcisłą powłokę, która krępowała ją w pewnych rejonach ciała, a w innych pozwalała rozkwitnąć. Kobieta była wyższa od Suli, miała płowe ramiona i olśniewająco biały uśmiech.

Sula widziała ją kiedyś z Martinezem w Teatrze Imperial, wkrótce po tamtym burzliwym rozstaniu. Pamiętała szarpiące uczucia zazdrości i zawiści, jakie czuła, widząc kobietę o wdziękach tak obfitych. O Martinezie mówiono, że ma powodzenie u kobiet, i Sula wyobrażała sobie, że na pewno u tej kobiety również.

Kadeci na dyżurze w Dowództwie, z którymi Sula kiedyś służyła, z lekceważeniem mówili o podbojach Martineza. Uważali, że jego zdobycze pochodzą wyłącznie z warstw niższych. Z jakiej warstwy pochodziła ta ciemnowłosa piękność? Na pewno nie z niższej, a najprawdopodobniej z zupełnie innego świata.

Martinez uśmiechnął się układnie.

— Chorąży Amando Taen, miło mi przedstawić porucznik lady Sulę.

— Ach, pani jest słynna. — Oczy chorążej Taen rozszerzyły się. — Widziałam panią w wideo. Jest pani wspaniała!

Sula czuła, jak ciarki biegną jej po skórze, jakby w odpowiedzi na feromony, które — jak się wydawało — płynęły od Amandy falami niczym ciepły przypływ, omywający bujne tropikalne wybrzeże.

— Gdzie pani stacjonowała? — spytała Sula.

— Na pierścieniu Zanshaa — odparła Amanda Taen. — Dowodziłam kutrem, który naprawiał i konserwował satelity.

— Dowodziłaś? — spytał Martinez. — Dostałaś awans?

— Jestem chorążym pierwszej klasy. — Uśmiechnęła się promiennie.

— Gratulacje — zdołała powiedzieć Sula mimo zaciśniętej przepony.

— To ja powinnam pani gratulować! — powiedziała donośnie Amanda Taen. — Wam obojgu. Ja tylko zdałam egzamin, ale wy… jesteście znakomici! Dokonaliście wielkich rzeczy!

Rozległ się gong i Sula podziękowała losowi, że nie musi kontynuować tej rozmowy z żywym, oddychającym wcieleniem męskich gonadalnych fantazji. Wszyscy zwrócili się w stronę Rolanda, który stał z drewnianym młotkiem w dłoni. Ponownie uderzył w duży antyczny gong, zadowolony z efektu, po czym odwiesił młotek na rzemyku i z uśmiechem zwrócił się do gości.

— Wiem, że zebraliśmy się tu na cześć mego brata Garetha… — spojrzał na Martineza — i jego błyskotliwych działań przeciwko naksydzkim rebeliantom. Chciałbym jednak na chwilę zgasić reflektor skierowany na brata, by ogłosić ważną dla rodziny wiadomość.

Wskazał Vipsanię, która stała obok uśmiechniętego mężczyzny, ona w ozdobionej paciorkami sukni, on w ciemnoczerwonym płaszczu konwokata.

— Chciałbym zapowiedzieć małżeństwo lady Vipsanii z lordem konwokatem Odą Yoshitoshim.

Yoshitoshi był mężczyzną o szerokich ramionach i lśniących włosach, ze spektakularnie bielejącymi skroniami. Uśmiechnął się, ujmując dłoń Vipsanii. Zerwały się brawa.

Sula czuła, że Martinez przyjmuje to z zaskoczeniem.

— Nie wiedziałeś, że coś takiego się święci? — spytała.

— Ani trochę. Nie wiem nawet dokładnie, kto to taki — przyznał.

Sula też nie wiedziała. Słyszała o starszym kapitanie lordzie Simonie Yoshitoshim, który zginął przy Magarii, dowodząc „Objawieniem Praxis”, jednym z wielkich pancerników klasy Praxis. To była cała jej wiedza na temat klanu Yoshitoshich.