Martinez być może był zaskoczony przyszłym szwagrem, lecz gdy brawa ucichły, podniósł kieliszek i wiwatował na cześć młodej pary. Sula sączyła wodę mineralną. Inni również wznosili toasty, potem śpieszono z życzeniami.
Gdy tłum wokół Vipsaniii i Yoshitoshiego się rozstąpił, Sula zobaczyła, że Martinez znalazł się po przeciwnej stronie sali, a do jego boku klei się obfita Amanda Taen. Rozmawiali, okazując sobie wyraźną bliskość.
Przygnębiona, przeszła w róg pomieszczenia i wdała się w pogawędkę z P.J. Ngenim; oparty o brązowy posąg wojowniczki w zbroi, też wyglądał na nieszczęśliwego.
— Gdzie jest Sempronia? — spytała. — Nie widziałam jej tu dzisiaj.
P.J. patrzył w swoją whisky, obserwując pływające kostki lodu.
— Źle się czuła przez ostatnie dwa dni i nie wychodzi ze swojego pokoju. Nie pozwolono mi nawet odwiedzić chorej.
— Czyli to coś poważnego. P.J. miał zbolały wzrok.
— Właśnie. — Wbił spojrzenie w szklankę. Jego twarz była ponurym odbiciem tego, co czuło złamane serce Suli. — Muszę przyznać, że narzeczeństwo z Sempronią nie wygląda tak, jak się spodziewałem. Myślałem, że ona, taka wesoła, zechce bywać w mieście, że weekendy będziemy spędzać na wsi, że będziemy się pojawiać w klubach. Ale widuję ją bardzo rzadko i wtedy są zawsze takie tłumy, że trudno mi znaleźć się z nią sam na sam.
Sula spojrzała na Martineza z Amandą Taen uwieszoną na jego ramieniu.
— Wiem co masz na myśli — powiedziała.
To ja nalegałam, by powrócić na przyjęcie, pomyślała. Nie skorzystałam z okazji i mam teraz za swoje. P.J. zmierzył ją smętnym wzrokiem.
— Pozwalam sobie zauważyć, że świetnie wyglądasz.
— Dziękuję. — Spojrzała w stronę bufetu i otwartego barku. — Mam zamiar upić się do nieprzytomności.
— Wspaniały pomysł — stwierdził P.J. — Powinnaś. Masz do tego prawo.
P.J. był już całkiem pijany i gdyby dziewczę z brązu go nie podtrzymywało, runąłby jak długi na marmurową posadzkę.
— Moja droga, zasłużyłaś sobie na prawo zrobienia tego, co chcesz. Wszystkiego. W przeciwieństwie do mnie… nie zasługuję na nic. Nie zabiłem żadnego Naksyda, nie udało mi się zostać szpiegiem, nawet nie zorganizowałem aukcji dobroczynnej.
Sula musiałaby się upić, żeby śledzić jego gonitwę myśli.
— Nie jest za późno — zachęcała go.
— Wierzę, że nie, wierzę, że nie — zaprzeczał żarliwie. — Tak pragnę zostać kimś wartościowym!
Rozwijał ten temat w rozwlekłym monologu, mówił, jak chciałby wziąć udział w wojnie. Przesadnie wychwalał Sulę. Wychwalał Sempronię, Martineza. Opowiadał, jak jest nieszczęśliwy.
— Potrafię tylko fundować obiady! — Łkał. — A naprawdę chcę być donosicielem!
Sula nie była w stanie podążać za zawiłym wywodem nieszczęsnego P.J. Od czasu do czasu wtrącała krótką uwagę, sama pogrążając się w desperacji. Jakoś przetrwała następne dwie godziny. Usiłowała nie patrzeć w stronę Martineza, który nalał Amandzie Taen drinka, przedstawiał ją innym gościom, śmiał się z czegoś, co powiedziała mu do ucha. W końcu Sula pozbierała resztki godności, podziękowała Rolandowi i jego siostrom, i z sercem w gardle podeszła do Martineza, by mu powiedzieć, że wychodzi.
— Było mi bardzo miło panią poznać. — Oczy Amandy Taen błyszczały. — Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy!
Nie przyjdzie, myślała Sula, skręcając w ulicę prowadzącą do jej domu. Dlaczego miałby przyjść? Jestem wybuchowa, trudna i nieobliczalna… nie jestem nawet tą osobą, za którą się podaję… a chorąży Taen jest… taka na swoim miejscu. Taka dostępna.
Mimo to, gdy weszła do mieszkania, zapaliła pachnące świece, które wcześniej przygotowała. Poprawiła włosy, odświeżyła makijaż, ale robiła to z poczuciem nierzeczywistości, jakby te rytuały nie były z niczym związane.
Ależ jestem żałosna! — myślała, spacerując po cichym, wonnym pokoju. Światła świec trzepotały na ścianach jak nerwowe motyle.
Nie przyjdzie, myślała. Napięte nerwy niemal śpiewały.
I wtedy przez komunikator otrzymała od portiera Daimonga wiadomość, że przyszedł z wizytą kapitan Martinez.
Po chwili stał w drzwiach. Kołnierzyk munduru miał rozpięty, wstążka Złotego Globu wystawała z kieszonki, gdzie niedbale tkwił order.
Sula zastanawiała się przez chwilę, czy zdoła wydusić z siebie choćby słowo.
— Dość szybko dotarłeś — powiedziała na próbę.
— Czekałem trzy minuty. Tylko tyle mogłem wytrzymać. — Wszedł do pokoju i pokazał to, co chował za plecami: wazon Guraware, z potarganym bukietem żonkili.
— Mówiłaś, że chcesz mieć drugi do kompletu. Musiałem zamówić w sklepie w Tuli. Kwiaty buchnąłem z przyjęcia.
Sula objęła Martineza, przywarła policzkiem do jego ramienia. Spowił ją ciepły zapach i cały niepokój ulotnił się w długim westchnieniu.
— Trzy minuty to za długo — stwierdziła. — Już sobie wyobrażałam, że jesteś z panną Taen.
Wolną ręką głaskał ją po plecach.
— Amanda to wesoła osoba, ale cały czas myślałem o tobie. Gdy jestem z jakąś kobietą, zawsze widzę ciebie. — Zaśmiał się smętnie. — Cieszę się, że mojej mamy nie ma na tej planecie.
Stłumiła śmiech. Martinez pocałował ją w kark. Palcami głaskał delikatne meszek na plecach. Drżała.
— Mogę wejść? Ten dywan w holu rozprasza.
— Poczekaj, aż zobaczysz łóżko. — Wciągnęła go do środka.
W mroku przedpokoju odstawił wazon na pierwszej napotkanej poziomej powierzchni. Sula, głodna jego smaku, rozpinała po kolei guziki bluzy, lizała jego szyję. Dużymi, ciepłymi dłońmi objął łopatki Suli. Pochylił się do jej ust, całował mocno. Przypomniała sobie, jak ostatni raz była z mężczyzną. Może dosłownie nie był to wtedy gwałt, ale jednak akt brutalny: Kulas uderzył ją w twarz, pięścią trafił w splot słoneczny, potem pośpiesznie załatwił sprawę w łóżku i wcisnął do ręki pieniądze.
— Co się stało? — spytał Martinez. Wyczuł u niej napięcie. W migoczącym mroku patrzył szerokimi oczami.
— Nic — odparła szybko. — Złe wspomnienia.
— Nie będziemy się śpieszyć. — Ręką wodził po jej ramionach. — Nie chcę, żeby dręczyły cię złe wspomnienia, gdy jesteś ze mną. Nie chcę, żebyś uciekła.
Ujęła jego dłoń i podniosła ją do ust.
— Wykazałeś już dużo cierpliwości. To ja byłam nie w porządku.
— Ja… — Chciał zaprotestować, ale uciszyła go, kładąc mu palec na ustach. Wzięła go za rękę i pociągnęła do sypialni. Zobaczył łoże: ciemne drewniane wsporniki z rzeźbami karykaturalnie uproszczonych, tańczących postaci o idealnie okrągłych, rozchylonych ustach i nastroszonych włosach. Cztery wygięte sylwetki — dwie z piersiami jak balony, dwie ze wzniesionymi fallusami — podtrzymywały baldachim z plecionej trawy.
— Mieszkanie było już umeblowane — zaznaczyła Sula.
— Ojej! Zamierzają nas obserwować przez całą noc?
— Jeśli zamkniesz oczy, nie będziesz ich widział.
— Ale wtedy nie będę widział również ciebie — odparł, patrząc na nią.
Pod wpływem tego intensywnego spojrzenia w żyłach Suli rozlewały się płomienie. Zmusiła się jednak do bardziej praktycznych czynności i zaczęła go stopniowo rozbierać, odsłoniła długi, silny tors na przykrótkich nogach. Z powodu tej cechy budowy oraz dużych, długich ramion, kadeci służący w Dowództwie przezywali go „troglodytą”.
Zawistni dranie.