Językiem znów próbowała smaku jego skóry. To nie był smak Kulasa. Nie był zapach Kulasa. To nie ręce Kulasa pieściły ją, to nie jego usta całowały.
Odpinał górny guzik sukni.
— Niewiele mam pod spodem. Tylko pończochy i…
— W pończochach możesz zostać — odparł nieco z przymusem i Sula poczuła grzeszną satysfakcję, że tak szybko ujawniła jeden z jego fetyszy.
Prześcieradła szeleściły, gdy osunęli się na łóżko, Martinez nagi, Sula tylko w pończochach. Przywarła do niego, całując go wilgotnie, namiętnie, a on wędrował dłońmi po jej ciele.
To nie jest łóżko Kulasa. To nie jego usta. To nie jego ręce.
Podniecenie Martineza było już oczywiste.
To nie Kulas, pomyślała.
— Muszę cię uprzedzić — mówił Martinez ściśniętym głosem — że od pewnej chwili nie będę mógł przestać.
Spojrzała mu w oczy, iskrzące się diamentami w świetle świec.
— Miałam nadzieję, że już wieki temu przekroczyliśmy ten punkt.
Rzucił się na nią, ustami wpił się w jej szyję, językiem lizał ramiona, dłońmi wzniecał ogień. Westchnęła i – mimo popłochu, pulsującego w jej piersiach — pomyślała: „to nie Kulas”.
I rzeczywiście nie był Kulasem. Jego ręce dały jej najpierw przyjemność, potem radość, potem gwałtowną zgodę. W dawnym życiu nigdy tego nie doświadczyła. Kulas był chłopcem dzikim, a ten dojrzałym mężczyzną, pewnym swej siły; inteligentny i przemyślny, i zdecydowany, pragnął dać przyjemność…
I stał się chłopcem, gdy rozwagę przesłoniło wzbierające pożądanie, a Sula poczuła radość władzy, świadoma, że doprowadziła go — bezbronnego — do tego stanu. Wtem jej siła zniknęła, zmieciona jak pył w ocean żądzy, która upomniała się o swoje prawa, i krzyk Suli wzniósł się w gwiezdne sklepienie nocy.
SIEDEM
Martineza rozbawiło to, że w nocy Sula wstawała i buszowała w kuchni.
— Nic nie jadłaś na przyjęciu?
— Nie. Chcesz coś? — Spojrzała na niego przez ramię.
— Nie, dziękuję.
Nie ubrali się aż do południa; wtedy zjedli śniadanie złożone z tego, co pozostało w kuchni. Jedzenie walało się na stole ustrojonym w przywiędłe żonkile. Blat wspierały kariatydy o obwisłych piersiach, wypukłych kolanach i wyłupiastych oczach. Sula wydała polecenie, by otwarły się okna — do mieszkania wleciał wiosenny powiew i światło.
Martinez zawsze z największą przyjemnością jadł śniadanie z kochanką. W stanie przyjemnego zaspokojenia mógł się jej przyglądać, świadom, że wie o niej sześć, osiem, nawet sto razy więcej niż poprzednio. Wie, w jakich sytuacjach jest śmiała, w jakich niechętna, gdzie wstydliwa czy znów żywiołowa. Znał przynajmniej niektóre sekretne miejsca, które lubiły dotyk. Dowiedział się, jak lubi spędzać czas między daniami miłosnego bankietu. Sula lubiła grzebać w lodówce.
Rankiem dowiadywał się, co kochanka jada na śniadanie. Alikhan wiedział co ma podać: mocną kawę i rybę wędzoną lub w galarecie, bo Martinez potrzebował trochę białka na starcie. Sula wolała węglowodany i słodycze: chlebek wroncho z ostrym czatni śliwkowo-imbirowym, przysmażony słodki kozi serek polany dżemem truskawkowym i kawa jak syrop, posłodzona cukrem trzcinowym.
Martinez tryskał energią. Chciał wygłosić przemówienie przed konwokatami, poprowadzić okręt do bitwy, skomponować symfonię. Czuł, że mógłby dokonać tych trzech rzeczy jednocześnie.
Może zaśpiewam arię, pomyślał. „O, kobieto na plaży…”.
Już miał wydobyć z siebie pierwszy dźwięk, gdy zadzwonił komunikator Suli. Sula powiedziała coś do portiera, potem podeszła do drzwi i pokwitowała odbiór koperty od umundurowanego urzędnika. Wróciła do jadalni i złamała pieczęć.
Nerwy Martineza dygotały, gdy pomyślał sobie, że może wysyłają Sulę gdzieś daleko na delegację.
— Rozkazy? — spytał.
— Nie. Proces w sprawie Blitshartsa. — Podeszła do otwartego okna i przysunęła dokument do światła. — Za trzy dni mam złożyć zeznania.
Martinez zauważył, że na jej dolnej wardze coś błyszczy — to plamka dżemu truskawkowego. Miał ochotę ją zlizać.
Sula odłożyła wezwanie. Popatrzyła poważnie na Martineza.
— Po zeznaniach dostanę jakiś przydział. Wkrótce kończy się mój miesięczny urlop.
— Może zostaniesz w stolicy. — Uśmiechnął się. — A jeśli nie, pojadę po prostu za tobą, bo mam jeszcze miesiąc urlopu.
W jej oczach dostrzegł smutek.
— Jeśli Naksydzi nie nadciągną — powiedziała.
— Jeśli nie nadciągną — powtórzył.
Znała szanse równie dobrze jak on. Trzydzieści pięć statków do dwudziestu pięciu, przy czym dwie eskadry lojalistów to prowizorka — zebrano statki, które normalnie nie tworzyłyby jednego oddziału. A ośmiu statków Naksydów, widzianych ostatnio w Protipanu, nadal nie można się było doliczyć.
— Do-faq ćwiczy nowe rozwiązania taktyczne… nasze nowe rozwiązania — powiedział. — Może uda mu się przekonać Michi Chen. Może tych dwoje zdoła przekonać nowego dowódcę floty.
— Sądzisz, że nowa taktyka wystarczy? — spytała Sula. — Wystarczy, by przeważyć szanse na naszą stronę?
— Musielibyśmy mieć dużo szczęścia — odparł powoli, wzdychając.
Zielonymi oczyma patrzyła przez niego w jakąś otchłań czasu.
— Nie bałam się Naksydów aż do tej chwili. — Mówiła dziwnym głosem, rozwlekłe spółgłoski, charakterystyczne dla wymowy z Zanshaa, brzmiały ostrzej. Mięśnie jej twarzy drgały, jakby właśnie uświadomiła sobie, gdzie jest. Skupiła wzrok na Martinezie, na teraźniejszości. — Boję się stracić to, co właśnie odnalazłam — powiedziała głosem, który odzyskał zanshaańską miękkość. — Boję się, że stracę ciebie.
Powolny, smętny dreszcz odezwał się w nim jak karylion. Martinez wstał z krzesła i mocno objął Sulę od tyłu. Odchyliła głowę i oparła mu ją na ramieniu. Martinez zlizał dżem z dolnej wargi Suli.
— Przejdziemy przez to — rzekł. Stłumił ton beznadziei, który już wdzierał się do jego głosu. — Dostanę statek i zażądam, by dano ci przydział na porucznika. Przez połowę każdego dnia będziemy obmyślać strategie w rurze rekreacyjnej, a reszta załogi będzie się śliniła z zazdrości.
Uśmiech zmazał smutek z jej ust. Miękkie, ciepłe włosy pieszczotliwie dotykały jego policzka.
— Nie rozumiem nawet, dlaczego usiłują utrzymać Zanshaa — powiedziała. — Przecież zdrowy rozsądek każe ją zostawić.
Martinez czuł, jak wysychają mu usta. Zimna, wyrachowana energia śpiewała w jego nerwach, gdy udzielał spodziewanej odpowiedzi:
— Zanshaa to stolica. To rząd. Gdy upadnie Zanshaa, z nią upadnie całe imperium. — Gdy to mówił, pojął, że to błędna argumentacja.
— Nieprawda. — Sula odwróciła się i spojrzała na niego poważnie. — Stolica to nie to samo co rząd. Rząd… konwokacja i starsi funkcjonariusze mogą być gdziekolwiek. Powinniśmy wsadzić ich na statek i wysłać daleko od Naksydów.
Obecnie flota jest tu uwiązana — ciągnęła Sula — ma bronić Zanshaa przed siłami, których nie da się pokonać. Buduje się dodatkowe statki, by uzupełnić straty, ale na to potrzeba czasu. — Postukała palcem w jego pierś. — Na wojnie czas to to samo co odległość. Jeśli podciągniemy własne siły w kierunku naszego zaopatrzenia, to cofając się, zbliżymy się do naszych posiłków. Jeśli Naksydzi pogonią za nami, rozciągną swoje linie zaopatrzenia. — Rozchyliła wargi, odsłaniając ostre siekacze. — Zwłaszcza gdy dopilnujemy, żeby nie mogli otrzymać wsparcia stąd, z Zanshaa.