— Jak to zrobić?
Sula wzruszyła ramionami.
— Wysadzić pierścień akceleracyjny.
Martinez mimowolnie spojrzał w sufit, w kierunku srebrnego pierścienia, który od ponad dziesięciu tysięcy lat otaczał planetę.
— Nigdy się na to nie zgodzą — stwierdził. — Zanshaa to centrum. Wszyscy Wielcy Mistrzowie spoczywają w Leżu Wieczności tu w Górnym Mieście. Gdybyśmy rzucali na planetę kawałki pierścienia, byłaby to profanacja. Rząd straciłby legitymację, nikt by go nie słuchał.
Martinez poczuł, jak mięśnie Suli się napinają.
— Po wygranej przez nas wojnie wszyscy by słuchali — odparła. — Nie mieliby innego wyboru. — Miękko uwolniła się z jego objęć i sięgnęła po filiżankę kawy. — Ale i tak do profanacji by nie doszło. Pierścień jest tak skonstruowany, że można go oddzielić od planety.
— Chyba żartujesz.
— Mówię poważnie. Dowiedziałam się o tym, gdy przydzielono mnie do straży terminalu po wybuchu rebelii. Zajrzałam do archiwów, by sprawdzić, gdzie są słabe punkty terminalu. I wtedy dowiedziałam się o zabezpieczeniach wbudowanych w całą strukturę. — Upiła łyk kawy. — Inżynierowie niegłupio to wymyślili. Przygotowali wszystko na wszelki wypadek. Nie chcieli, żeby na planetę spadła cała masa pierścienia, zwłaszcza z antymaterią. Tak więc pierścień umieszczono na takiej orbicie, że gdyby pękły kable, zwolniona siła dośrodkowa łagodnie odepchnęłaby go od planety, a nie pchnęła w jej kierunku.
— Ale trzeba by było podzielić pierścień na kawałki.
— Zgadza się. Inżynierowie wyznaczyli miejsca, gdzie należy umieścić ładunki niszczące. I zostały one tam umieszczone. Były silnie strzeżone przez lata… aż Shaa uzyskali pewność, że pierścień pozostanie w takiej pozycji, w jakiej go umieszczono.
— A liny?
— Gdy pierścień wymknie się z zaczepów, liny owiną się wokół planety.
Sula posmarowała płaski chlebek śliwkowym czatni.
— Inżynierowie sprytnie to zrobili. Mechanizmy zwalniające lin są wbudowane tutaj, na powierzchni planety. Kable ulecą w przestrzeń i więcej ich nie zobaczymy. — Sula ugryzła kawałek chlebka, przeżuła i przełknęła. — Wyobrażasz sobie zdumienie Naksydów: przylatują tutaj, spodziewając się, że wysadzą rząd na pierścieniu i zjadą windą na dół, a w ogóle nie będą w stanie dostać się na planetę. Wszyscy ich oficjele utkną na górze i zaczną wydawać dekrety, których nie będą w stanie wyegzekwować, przynajmniej do czasu, aż sprowadzą dość promów z Magarii, żeby przenieść swój rząd na dół.
Martinez otrząsnął się ze zdumienia nad tym niestandardowym pomysłem i jego mózg już pracował nad wnioskami.
— Na ziemi można byłoby im zgotować gorące przyjęcie. Zgromadziłbym tysiące żołnierzy do obrony miasta Zanshaa.
— I co by to dało? — spytała Sula. — Naksydzi spaliliby twoją armię z orbity.
Twarz Martineza rozświetlił triumfalny uśmiech.
— Mogą spalić każde miasto, ale nie Zanshaa. Nie uderzą w stolicę z takich samych powodów, z jakich my nie zrzucilibyśmy na nią kawałków pierścienia… byłaby to profanacja najświętszego miejsca w imperium. Spalić Leże Wieczności? Konwokację? Wielki Azyl? Oryginalne Tablice Praxis? Nie ośmieliliby się.
Radość napłynęła na oblicze Suli.
— Twoje wojsko mogłoby trzymać się w stolicy całą wieczność. Wzruszył ramionami.
— A przynajmniej bardzo długo. Żeby ich pokonać, Naksydzi musieliby przetransportować promami bardzo dużo swoich oddziałów.
— A tymczasem w dalekich rejonach imperium flota odbudowałaby swoją potęgę — powiedziała Sula z satysfakcją. — Żeby tu powrócić…
— Taak. — Martinez rozważał coś. — Ale Naksydzi też się odbudują. Muszą. — Spojrzał na Sulę. — Co by zrobili Naksydzi, gdybyśmy nie bronili Zanshaa? Tylko wysadzili pierścień i wycofali się? Co by zrobili? Gonili nas?
W oczach Suli zapłonął zielony ogień. Rozważała możliwości.
— Nie mogliby.
— Dlaczego?
— Bo nie będą wiedzieli, gdzie flota poleciała. Zanshaa ma osiem wormholi. Jeśli Naksydzi zanurkują w jeden z nich — nawet gdyby to był ten właściwy — nasza flota może zawrócić przez inną bramę i odbić Zanshaa. Jeśli zostawią mniejsze siły do utrzymania stolicy, możemy je zniszczyć. Czyli muszą tu zostać. — Zamyślona, ugryzła kawałek chleba. — Tak, utkną tutaj.
— W takim wypadku — mówił powoli Martinez — nasze siły mogą zrobić coś więcej, niż tylko wycofać się i zająć nieruchome pozycje. Przeciwnie, mogą działać ofensywnie.
Sula koncentrowała się i widać to było po jej twarzy.
— Tak, mogą ominąć Zanshaa i uderzyć w rejony, gdzie Naksydzi przejęli kontrolę. Zakłócić handel, sabotować zaopatrzenie…
— …likwidować posiłki i to wszystko, co właśnie buduje się w stoczniach — dodał Martinez.
— A tymczasem główne oddziały Naksydów utkną przy Zanshaa i będą usiłowały znaleźć sposób na pokonanie twojej armii i zabezpieczenie Górnego Miasta — powiedziała Sula.
— I gdy dokona się dużych zniszczeń i zgromadzą się nowe siły lojalistów…
— My się spotkamy, wrócimy na Zanshaa i odbijemy stolicę! — Sula niemal triumfalnie krzyknęła, lecz jej euforia szybko opadła.
— Ale kto słucha takich jak my? — spytała. — O ile wiemy, flota jest przyszpilona do Zanshaa, ma jej bronić lub zginąć.
Martinez liczył w duchu ludzi, którzy mogliby się przydać. Lord Chen, może lord Pierre Ngeni, Do-faq ostatnio awansowany. Może da się namówić Shankaracharya, by skontaktował się ze swoim patronem lordem Pezzinim.
W razie konieczności lord Said — był obecny, gdy wręczano Martinezowi Złoty Glob i wtedy wymienili ze sobą parę słów. Martinez wiedział, że szef rządu jest człowiekiem zajętym, ale miał nadzieję, że dzięki Złotemu Globowi uda mu się uzyskać krótką rozmowę z lordem seniorem.
— Musimy sformułować wnioski — powiedział powoli. — Formalną propozycję, przedstawiającą wszystkie opcje. — Nie chciał przedwcześnie wyskakiwać z pomysłem, nim cała idea nie dojrzeje. Popełnił ten błąd poprzednio, gdy chodziło o nową taktykę, i naraził się na śmieszność.
Sula była do tego nastawiona sceptycznie.
— Kto to w ogóle przeczyta?
— Pomyślę o tym później. Najpierw propozycja. Sprzątnęli po śniadaniu, zrobili sobie nową kawę i kazali stołowi Sevigny wyświetlić opcje cybernetyczne.
Musieli zredukować swoje pomysły do kilku wykonalnych. W tych sprawach nie warto było nadmiernie rozwijać wyobraźni.
Po południu Martinez szedł do pałacu Shelleyów, a na ustach ciągle czuł pożegnalny pocałunek Suli. Umysł miał przesycony czymś w rodzaju podziwu. Odnosił wrażenie, że jego mózg wyładował się z całej energii jak kondensator i potrzebuje teraz kilku godzin na regenerację. Wraz z Sulą tworzyli idealny zespół, ich umysły pracowały jak w tandemie. Jedno z nich dostarczało szczegółów, gdy drugie przechodziło do następnego punktu, potem razem opracowywali jakiś szczególnie zawiły problem. Martinez nie pamiętał już, który pomysł zrodził się w czyjej głowie, wszystko było tak gładko, doskonale, zachwycająco sprzęgnięte.
Jak cudowny seks. A to był dodatek do cudownego seksu.
Wskakiwał po schodach pałacu, mrucząc „Ach, kobieto na wybrzeżu”. W foyer spotkał brata, który szykował się do wyjścia. Spojrzał posępnie na Martineza, poprawił płaszcz na ramionach i wygładził klapy.