Выбрать главу

— Ja tu cały dzień pracuję dla rodziny, a ty przyłazisz po południu do domu i cuchniesz seksualnym zaspokojeniem.

— To mundur — odparł Martinez. — Mundur tak cudownie działa na kobiety.

— Najwyraźniej zdziałał cuda w stosunku do tej Amandy — zauważył Roland. — Może byś jednak łaskawie rozważył bardziej stabilny związek, biorąc przykład z siostry.

Martinez uśmiechnął się w duchu i postanowił nie wyprowadzać Rolanda z błędu co do kobiety, z którą spędził noc.

— A gdzie jest ta szczęśliwa narzeczona?

— U naszego prawnika. Ja też się tam wybieram. — Roland przejrzał się w lustrze i znów poprawił klapy płaszcza. — Trzeba wygładzić ostatnie drobne zmarszczki w kontrakcie małżeńskim.

— Sądziłem, że zmarszczki w kontrakcie to główny sens tego małżeństwa — powiedział Martinez. — Bo wczorajszego wieczoru ani razu nie widziałem razem naszej szczęśliwej pary, a nawet nie słyszałem, żeby wspominano o narzeczonym.

— Słyszałbyś, gdybyś tak dużo nie spał przez ostatnie dni. — Roland podszedł do drzwi i położył dłoń na wypolerowanej mosiężnej klamce, ale w ostatniej chwili odwrócił się do brata. — Ale co w tym dziwnego, że młodzi nie poznali się zbyt dobrze? Co w tym dziwnego, że małżeństwo to sprawa pieniędzy, własności i dziedziczenia? Gdyby nie to, po co zawracać sobie głowę małżeństwem?

— To twoje beztroskie, romantyczne podejście wpakuje cię kiedyś w kłopoty — stwierdził Martinez.

Roland chrząknął zirytowany i wyszedł. Martinez ruszył za nim.

— Więc jakie to klejnoty wpadną w ręce naszej rodziny dzięki temu związkowi? — spytał Martinez, doganiając brata.

— Lord Oda jest bratankiem lorda Yoshitoshiego — wyjaśniał Roland, patrząc przed siebie. — Lord Yoshitoshi ma dwoje dzieci. Starsza córka, lady Samantha, została wydziedziczona z powodów, których nie podano do publicznej wiadomości, ale przypuszcza się, że… — Szukał odpowiednich słów.

— Z tych co zwykle — dokończył Martinez.

— Właśnie, z tych co zwykle. — Roland zmarszczył czoło. — Młodszy syn i dziedzic, lord Simon, zginął przy Magarii. Zatem brat lorda Yoshitoshiego, lord Eizo, zostaje dziedzicem. A lord Oda jest jego najstarszym dzieckiem.

— I prawdopodobnie dziedzicem klanu Yoshitishich. Znakomicie. Ale te spodziewane rosnące szanse lorda Ody nie umknęły uwagi innych klanów, które mają córki na wydaniu. Jak to się stało, że złowiliśmy go dla Vipsanii?

Flegmatyczna mina Rolanda zmieniła się w wyraz ponurej satysfakcji.

— Lord Oda to tylko prawdopodobny dziedzic — wyjaśnił. — Starsi Yoshitoshi są bardzo surowi, świadczy o tym choćby wydziedziczenie córki, i Oda ma młodsze rodzeństwo, które chce prawa dziedziczenia. Ponadto Oda ma pewne długi i wolałby, żeby jego ojciec i wuj nie dowiedzieli się o tym…

Martinez zaczął dusić się ze śmiechu.

— Długi?

— Zwykła sprawa. — Roland uśmiechnął się krzywo.

— Więc wykupiłeś jego długi i…

— Długi zostaną pokryte po ceremonii ślubnej — oznajmił Roland. — Wstrzymywało nas tylko to, że lord Yoshitoshi nalegał na osobistą rozmowę z Vipsanią. Dopiero wczoraj zawiadomił nas, że przesłuchanie Vipsanii wypadło pomyślnie. — Roland uśmiechnął się. — Teraz zobaczymy, jak Vipsania poradzi sobie z zarządzaniem firmą wideo.

Martinez stłumił rosnącą wesołość.

— Firmą wideo?

— Klan Yoshitoshich i ich klienci mają większość udziałów w Telewizji Imperium. To dwa kanały rozrywkowe, cztery sportowe i jeden informacyjny, nadawane do czterdziestu jeden układów słonecznych, nie licząc tych, które obecnie okupują Naksydzi. Zamierzamy prosić lorda Yoshitoshiego, by pozwolił Vipsanii poprowadzić firmę. Sądzimy, że się zgodzi: uważa telewizję za rozrywkę plebejską, nie to, co wysoka kultura tu w Górnym Mieście, która ma dla niego jakieś znaczenie.

— Vipsania umie zarządzać wielką firmą nadawczą? — Martinez był bardzo zdziwiony.

Zatrudni fachowców — odparł zirytowany Roland. — Chodzi o to, że będzie miała wpływ na opinię publiczną co do… — zrobił nieokreślony ruch ręką — istotnych dla nas spraw. Na przykład, dlaczego nie dostałeś ważnego stanowiska? — Spod krzaczastych brwi spojrzał przenikliwie na Martineza. — Chyba nie będziesz miał za złe pochlebnego programu dokumentalnego o twoich wyczynach?

Słysząc ten pomysł, Martinez poczuł leciutką przyjemność, ale ostrożność przeważyła.

— Możliwe, ale przecież to nie szeroka publiczność decyduje o podziale stanowisk.

— Wolałbym subtelniejsze metody, ale propagandę zawsze możemy mieć w rezerwie. — Roland ukłonił się znajomemu, idącemu z naprzeciwka. — Nawiasem mówiąc, ślub wkrótce. Zbliża się moment, w którym zapragnę, żeby jak najwięcej moich krewniaków opuściło tę planetę.

— Od ponad miesiąca ci to mówię.

Roland postanowił zlekceważyć tę uwagę. Idąc chodnikiem, przeciskali się przez grupę szpanerów — młodych, modnie ubranych, rozgadanych ludzi, wokół których unosił się odgłos śmiechu i zapach pomady do włosów. Szpanerzy byli popularni przed rebelią Naksydów, ale wobec powagi wojny ruch przygasł i dzisiaj Martinez widział tych ludzi po raz pierwszy po swoim powrocie.

— Gdyby się udało przed odlotem ożenić ciebie i wydać za mąż Walpurgę! — ciągnął Roland.

Martinez uśmiechnął się tylko i brat spojrzał na niego bacznie.

— Czyżbyś miał kogoś na myśli? Kogoś, kto nie jest chorążym? Martinez zrobił jeszcze bardziej tajemniczą minę.

— Niewykluczone. A jak wyglądają perspektywy Walpurgi?

— Nic konkretnego, choć jest parę możliwości.

— Wywieź ją, Vipsanię i Proney, i sam wyjedź z tej planety. Natychmiast, nawet jeśli nie wyjdą za mąż. — Martinez mówił to z wielkim naciskiem. — Zanosi się tu na coś bardzo złego. Myślę, że flota znów dostanie cięgi.

Roland ponuro skinął głową.

— Tak, chyba masz rację.

I co się wtedy stanie z twoimi intrygami? — chciał zapytać Martinez. Nie spytał jednak, bo bał się usłyszeć, że Roland cały czas stawiał na Naksydów.

— Dlatego właśnie idę z tobą — powiedział. — Muszę uzyskać, widzenie z lordem Chenem, i to jak najszybciej.

Roland spojrzał na brata uważnie.

— Nie chodzi o przydział dla ciebie?

— Nie. Chodzi o… — Martinez uświadomił sobie, że zabrzmi to absurdalnie — mam plan innego rozmieszczenia floty i uratowania imperium.

Ku jego zdziwieniu Roland stanął, uniósł rękę i uaktywnił displej mankietowy.

— Osobiste i pilne od lorda Rolanda Martineza do lorda Chena. Proszę o przyjęcie mojego brata. Spotkanie musi się odbyć jak najszybciej. Proszę o odpowiedź.

Opuścił rękę i spojrzał na Martineza.

— Zrobione. Reszta zależy od ciebie.

* * *

— Sam pan wymyślił ten plan? — spytał lord Chen. Zważywszy na okoliczności, przyjął Martineza uprzejmie, w swoim ogrodzie, pośród zapachów fioletowych kwiatów lu-doi, rosnących po obu stronach alejki. Późnym popołudniem na ogród padał cień wywiniętych dachów w stylu Nayanidów. Robiło się chłodno.

— Razem z… — Martinez zawahał się — z lady Sulą. Lord Chen skinął głową. Miał zamyślony wzrok.

— Dwoje najsłynniejszych oficerów — powiedział. — To daje rękojmię tym pomysłom. Zdaje pan sobie jednak sprawę, że to nie jest decyzja wyłącznie wojskowa. Przede wszystkim polityczna, i to na najwyższym szczeblu.