Выбрать главу

— Tak, milordzie. — Miał tego świadomość. Fakt, że po raz pierwszy od dwunastu tysięcy lat rząd ma opuścić Zanshaa, był sprawą wielkiej wagi.

Chen zmarszczył czoło.

— Prześlę ten plan swojej siostrze z prośbą o opinię.

Martinez miał nadzieję, że lord Chen tak zrobi. Dowódca eskadry lady Chen od miesiąca latała wokół układu, wpatrując się w nicość Wormholu Trzy, przez który Naksydzi mieli przylecieć z Magarii z anihilującymi siłami, strzelając z baterii pocisków. Prawdopodobnie chętnie przywitałaby plan, który pozwoliłby jej uniknąć konfrontacji.

— Pozwolę sobie nadużyć cierpliwości dowódcy eskadry Do-faqa i jemu również przesłać ten plan — powiedział Martinez.

— Bardzo dobrze, lordzie Gareth. Niech pan go poprosi, by przesłał do mnie kopię swojej opinii.

— Poproszę.

Na ustach lorda Chena igrał subtelny uśmiech.

— Wysadzić pierścień — mówił częściowo do siebie — ten pomysł ma jakąś barbarzyńską energię. — Wstał. — Wybaczy pan, czeka na mnie kilku klientów.

Martinez odsunął krzesło, zrobione ze spiralnych prętów — Dziękuję, że mnie pan przyjął, mimo tak późnego zaanonsowania.

Chen machnął ręką, dając do zrozumienia, że to nic wielkiego.

— Z radością wyświadczyłem przysługę pańskiemu bratu. Proszę przekazać mu najlepsze życzenia przy najbliższej okazji.

Martinez odwrócił się, słysząc odgłos kroków na żwirowej ścieżce. Zobaczył młodą kobietę z tacą, na której stały filiżanki i czajniczek. Wysoka, czarnowłosa, miała na sobie miękki kostium z supełkowej tkaniny o pomarańczowej, jesiennej barwie. W estetycznej asymetrii, na jednym ramieniu, z białej kokardy zwisały żałobne wstążki.

— Nie chciałam ci przeszkadzać — powiedziała cicho — ale słyszałam, że masz gości, więc…

Wskazała na tacę.

— Bardzo miło z twojej strony — odparł lord Chen. Zwrócił się do Martineza: — Pozwolę sobie przedstawić swoją córkę Terzę. Terzo, to…

— Naturalnie, poznaję lorda kapitana Martineza — powiedziała. Ciemnymi oczyma spojrzała na Martineza. — Napiłbyś się herbaty, milordzie?

— W zasadzie… — Martinez wahał się. Spotkanie z Chenem dobiegło końca i nie miało sensu zostawanie tu dłużej.

— Muszę już iść — oznajmił Chen — ale jeśli pan zechce wypić filiżankę herbaty z Terzą, proszę zostać. — Spojrzał na córkę. — W gabinecie oczekuje mnie Embraq.

— Rozumiem — odparła Terza i zwróciła się do Martineza. — Proszę zostać, jeśli ma pan czas.

Martinez przyjął zaproszenie.

— Moje wyrazy współczucia — powiedział. Nie miał pojęcia, kto z jej bliskich umarł, ale po bitwie przy Magarii wiele rodzin parów nosiło białe żałobne wstążki.

Nalała herbaty eleganckimi ruchami dłoni, które wydawały się bardzo blade w mrocznym podwórcu.

— Dziękuję — rzekła — mówiono mi, że załoga go podziwiała.

— O, z całą pewnością, milady — potwierdził Martinez.

— Poranne doniesienia mówią, że pańska siostra zamierza poślubić lorda Odę. Proszę przekazać jej moje powinszowania.

— Zna pani Vipsanię?

— Oczywiście. Nasze rodziny poznały się dość dawno temu, gdy pan był poza planetą i zdobywał sławę. — Uśmiechnęła się. — W tych okolicznościach nie można oczekiwać, że będzie pan znał wszystkich przyjaciół pańskich sióstr.

Martinez podniósł delikatną filiżankę z wzorem liści — Sula na pewno by wiedziała, skąd ta porcelana pochodzi — i poczuł dymny aromat herbaty. Już miał powiedzieć, że nie widział Terzy na wczorajszym przyjęciu, ale uświadomił sobie, że przecież jako osoba w żałobie nie mogła przyjść.

Upił łyk herbaty, by dać sobie czas na przygotowanie neutralnej uwagi.

— Cudowna herbata.

— Z naszej posiadłości w górach To-bai-to — wyjaśniła. — Liście z pierwszego zbioru.

— Bardzo smaczna.

Martinez czuł chłód zmierzchającego dnia, ale herbata go rozgrzewała. Wyszedł po półgodzinie, które spędził na przyjemnej pogawędce z kobietą o łagodnym głosie, przy dymnej herbacie i wśród słodkiego zapachu kwiatów lu-doi.

Gdyby spotkał Terzę rok temu, postarałby się złożyć ponowną wizytę, ale teraz, gdy drzwi pałacu Chenów zamknęły się za nim, od razu powędrował myślami do Suli.

Zjedzą kolację, potem wspólna wyprawa do teatru lub klubu, a potem w jej mieszkaniu, w łóżku, zanurzą się w zapachu Zmierzchu na Sandamie.

Wrócił do pałacu Shelleyów, odkręcił gorącą wodę i wlał do kąpieli olejek chmielowy. Wtedy przypomniał sobie, że miał wysłać wiadomość do dowódcy eskadry Do-faqa. Sprawa jest pilna, pomyślał, więc lepiej zrobię to natychmiast.

Wyszczotkował włosy, a gdy zapinał mundur, lekko się zaniepokoił, gdyż palce nie napotkały przy szyi medalu Złotego Globu. Przeszukał kieszenie i nagle przypomniał sobie, gdzie go ostatnio widział: order na wstążce zwisał z uniesionego fallusa jednej z postaci, wygiętych nad łożem Suli.

Trudno. Wtedy wydawało się to zabawne.

Postanowił przesłać wiadomość bez medalu. Usiadł przy biurku, włączył kamerę zainstalowaną w lustrze i wygłosił pełne uszanowania, umiarkowanie przypochlebne przemówienie.

— Z zainteresowaniem czekamy na uwagi, jakie zechciałby pan poczynić — zakończył.

Patrzył, jak jego słowa drukują się na biurku, dokonał drobnej redakcji i ponownie całość zarejestrował, bez zbędnych przerywników i z bardziej uładzonymi zdaniami. Dołączył kopię planu, załadowaną z pamięci mankietowej bluzy, i wszystko wysłał. Transmisja zajmie trzy, cztery godziny, zastanie eskadrę Do-faqa pędzącą po drugiej stronie Shaamah, więc odpowiedzi można się spodziewać najwcześniej następnego dnia rano.

Wypełniwszy obowiązek wobec imperium, Martinez rozebrał się i wszedł do wanny. Zapach chmielu napływał do nozdrzy. Para unosiła się. Ciepło przenikało kończyny.

Wspomniał, jak światło świec igrało na krągłościach ciała Suli. Dotyk jej ust. Wspaniałe szaleństwo w jej oczach, gdy pomagała mu naszkicować plan operacyjny.

Zastanawiał się, czy potrafiłby dalej żyć bez tych wrażeń.

Odezwał się komunikator podwójnym sygnałem: w sypialni i w łazience. Martinez chciał odpowiedzieć, ale doszedł do wniosku, że zasługuje na spokojne chwile w kąpieli.

Sygnał zamilkł. Cisza trwała kilka sekund, po czym zadzwonił komunikator mankietu wyższym tonem niż tamten domowy. Martinez pomyślał, że wiadomość raczej nie zasługuje na to, by wychodził z wanny i odpowiadając, jeszcze moczył rękaw bluzy.

Tym razem cisza trwała kilka minut. Martinez kazał kranowi dolać gorącej wody. Zamknął oczy i już zapadał w drzemkę, gdy z trzaskiem otworzyły się ciężkie tekowe drzwi pokoju, aż zatrząsł się cały dom.

— Cholera, Prony, biorę kąpiel! — wrzasnął kapitańskim głosem. Irytowały go te gwałtowne wejścia Sempronii.

Jeśli zacznie ciskać przedmiotami, będę w wannie idealnym nieruchomym celem, pomyślał.

— Nie jestem Sempronią — rozległ się lodowaty głos. Martinez spojrzał z wanny i zobaczył stojącą w drzwiach Vipsanię.

— Nigdy nie odpowiadasz na wezwania? — spytała ostro. — Na dole zwołaliśmy pilne zebranie rodzinne. Mamy kryzys, i to bardzo poważny.

Vipsania odwróciła się i wyszła.

— Kontrakt małżeński nie wypalił? — zapytał, ale nie uzyskał odpowiedzi.

Wytarł się, narzucił na siebie coś luźnego i zbiegł na dół. W jednym z salonów zastał Vipsanię, Walpurgę i Rolanda, który odwrócił ku niemu głowę.