— Zamknij za sobą drzwi — polecił brat. Miał ponurą minę. — Nie chcę, żeby podsłuchiwał ktoś spoza rodziny.
Martinez zasunął ciężkie drzwi i opadł w miękki fotel. Siostry siedziały na satynowych poduszkach na sofie z kości słoniowej, a Roland, niczym niekoronowany król, zajmował potężny, skórzany fotel z baldachimem.
— Dostałem właśnie histeryczny telefon od P.J. Ngeniego — powiedziała Vipsania do Martineza. — P.J. otrzymał wiadomość od Sempronii, że zrywa zaręczyny i ucieka z innym mężczyzną, „z mężczyzną, którego kocha”, jak określiła.
Martinez poczuł we krwi rozkołysany powoli posępny dzwon fatum.
— Powiedziała, o kogo chodzi? — spytał ze ściśniętym gardłem.
— Chyba nie. Łamiemy sobie głowę, kto to może być — rzekła Vipsania.
— To prawie nie ma znaczenia — stwierdziła Walpurga. — Sempronia nie jest jeszcze w takim wieku, żeby mogła wyjść za mąż bez zgody rodziny.
Roland szarpnął brodą z wściekłością.
— Uciekła z mężczyzną i nie może go poślubić — powiedział z pogardą. — Czy to polepsza sytuację? Gdybyśmy posłali za nią policję lub prywatnego detektywa — rozważał na głos — skandal byłby jeszcze większy. Jedyna nadzieja w osobistym apelu. — Zwrócił się do Martineza. — Czy domyślasz się… masz jakąś wskazówkę… kto to mógłby być?
— Zastanawiam się — odparł Martinez, a myślał: „Shankaracharya, ty mały draniu”. Zwrócił się do Vipsanii. — Jak się czuje P.J.?
— Porażony. Rozpacza. Płacze. — Tonem głosu wyrażała dezaprobatę. — Popełnił chyba błąd i ją pokochał.
— Wszyscy popełniliśmy ten błąd — zauważył Roland ponuro. Przeciągnął dłonią po czole, jakby zmazując kłopotliwe wrażenie. — Nie możemy pozwolić sobie na to, żeby Ngeni stali się naszymi wrogami. To nasi patroni, odgrywają zbyt ważną rolę w naszych planach. — Zwrócił się do Walpurgi: — Bardzo mi przykro, ale poślubisz P.J. Jak najszybciej. Nie możemy przeciągać twoich zaręczyn jak w wypadku Sempronii.
Walpurga przyjęła tę wiadomość z długim westchnieniem. Jej ciemne oczy miały twardy wyraz.
— Dobrze — odrzekła.
Mina Rolanda świadczyła o intensywnych spekulacjach.
— Myślę, że małżeństwo nie potrwa długo. A potem… — uśmiechnął się uspokajająco — spłacimy P.J. i znajdziemy kandydata bardziej ci miłego. — Pogładził dłonią miękki skórzany podłokietnik fotela. — Skontaktuję się z lordem Pierrem i wszystko zorganizujemy.
W Martinezie wzbierała złość.
— Zaraz, zaraz. Te całe zaręczyny z P.J. Ngenim to lipa. Wiem, że to było oszustwo… moje oszustwo, ja to wymyśliłem. To nigdy nie miało być prawdziwe małżeństwo. — Teraz mówił do Walpurgi: — Nie musisz tego robić… nie musisz płacić za błąd Sempronii.
— Ktoś musi za to zapłacić — stwierdziła Vipsania obojętnym tonem. — Inaczej skompromitujemy się w oczach najwyższych parów i rodziny Ngenich.
— Ngeni pogodzą się z tym — rzekł Martinez. — Inni również. Wszyscy wiedzą, co jest wart P.J. Wystarczy go upić, a sam im wszystko o sobie powie. — Wskazał na Walpurgę. — Zabraniam ci wychodzić za niego. Jesteś warta dwudziestu P.J. i wiesz o tym.
Lekki rumieniec wystąpił na jej policzki. Patrzyła na swoje dłonie.
— Nie — powiedziała. — To konieczne. Poślubię P.J. Martinez walnął pięścią w podłokietnik fotela. Echo uderzenia odbiło się od panelowych ścian.
— Jeśli uważasz — zwrócił się do Rolanda — że P.J. jest tak wiele wart, to sam się za niego wydaj.
Na ustach Rolanda pojawił się lekki uśmiech.
— On chyba nie ma stosownego odchylenia hormonalnego. — Spojrzał na brata. — Gare, przestań myśleć jak oficer. Nie można wziąć Górnego Miasta szturmem. Trzeba do niego przeniknąć.
Martinez wstał i gniewnym krokiem podszedł do brata.
— O co grasz? Co tak cennego jest w Górnym Mieście, że warto sprzedać własną siostrę jakiemuś P.J. Ngeniemu?
Roland uniósł podbródek.
— Gramy o właściwe miejsce w strukturze imperium. Jaka inna stawka byłaby warta gry? — Podniósł na Martineza spojrzenie łagodnych brązowych oczu. — A ty, Gare? Nie zauważyłem u ciebie braku ambicji. Ukartowałeś te fikcyjne zaręczyny częściowo dla własnych korzyści, a teraz Walpurga ma płacić za to, że coś się nie udało.
Wściekłość wybuchła w żyłach Martineza. Podszedł jeszcze bliżej do Rolanda i uniósł pięść. Ten nawet nie drgnął; przyglądał się bratu z beznamiętnym, uważnym zainteresowaniem.
Po chwili Martinez odwrócił się do Walpurgi, powoli opuszczając pięść.
— Nie będę walczyć w twojej sprawie, jeśli ty nie walczysz — oznajmił.
Walpurga nic nie odrzekła. Zwróciła się do Rolanda:
— Zadzwoń.
— Powariowaliście! — krzyknął Martinez i szybko wyszedł z salonu.
Wbiegł po schodach do swojego pokoju, nadal pachnącego chmielem, i długą chwilę chodził wściekły przy nogach łóżka. Podniósł bluzę munduru i włączył displej komunikatora.
— Pilne do porucznika lorda Nikkula Shankaracharyi — powiedział. — Tu kapitan Martinez. Masz się ze mną natychmiast skontaktować.
Odpowiedź przyszła za parę minut, odpowiedź od Sempronii. Jej zwężone oczy patrzyły na niego z displeju mankietu.
— Za późno — powiedziała.
— Nie jest za późno. Twoje zaręczyny z P.J. były żartem. Nikt nigdy nie zamierzał tego zrealizować. Nic mnie nie obchodzi, co robisz z Shankaracharyą, może nawet P.J. to nie obchodzi, ale teraz, gdy uciekłaś, Walpurga będzie musiała zawrzeć twoje małżeństwo.
Sempronia pogardliwie prychnęła przez wydęte usta.
— No i co? Walpurga nie miała oporów w stosunku do P.J., gdy ja byłam z nim zaręczona. Teraz dla odmiany niech ona go zabawia.
— Proney…
— Gareth, nie jestem twoim pionkiem! — syknęła. — To ty przykułeś mnie kajdanami do P.J.! Potem zniszczyłeś karierę Nikkula! — Displej obrócił się i Martinez dojrzał przez sekundę sufit, potem podłogę i stół, za którym siedział potulnie Shankaracharya. Rozległ się dźwięk czegoś gniecionego przy mikrofonie i po chwili Sempronia znów pojawiała się w kadrze, pokazując duże oficjalne zaświadczenie, na którym eleganckie litery wykaligrafowano złotym atramentem.
— Masz! Oboje byliśmy w Parowskim Banku Genów! Nasza wizyta zostanie jutro zamieszczona w oficjalnym protokole. Teraz możemy się pobrać. — Wyzywająco spojrzała w kamerę. — Kazałeś mi, żebym pomogła Nikkulowi wybrać inną drogę. Właśnie to zamierzam zrobić.
— Nie możesz wyjść za mąż bez pozwolenia. — Martinez, słysząc siebie, bał się, że sprowokował kolejną burzę.
— Więc rodzina da pozwolenie — rzekła Sempronia. — A jeśli nie dacie, zamieszkamy razem, aż będziemy mogli pobrać się samodzielnie. — Odsunęła zaświadczenie z kadru. — Na pewno nie zdołacie nas powstrzymać, bo gdybyście próbowali nam przeszkodzić, ludzie dowiedzą się o pewnych interesach Rolanda, zwłaszcza z takimi osobami, jak lord Ummir czy lady konwokat Khaa.
Godni szacunku Naksydzi, jak określił ich Roland, ale Martinez podejrzewał, że inni mogą nie podzielać opinii brata.
— Czy mógłbym porozmawiać z porucznikiem Shankaracharyą? — spytał.
W tle usłyszał, jak Shankaracharya mówi coś cicho, ale Sempronia natychmiast odpowiedziała:
— Nie, nie możesz. On cię bardzo szanuje, ale lepiej nie. Komunikator: koniec przekazu.