Na displeju pojawił się pomarańczowy symbol.
— Komunikator: zapisz przekaz — polecił Martinez z ponurą miną.
Zadzwonił do Rolanda.
— Sempronia jest z porucznikiem lordem Shankaracharya. Czoło Rolanda zachmurzyło się.
— To chyba jeden z twoich oficerów?
— Teraz jest oficerem Sempronii. Przesyłam ci nagraną przed chwilą rozmowę. Zwróć szczególną uwagę na groźby przy końcu.
Przesłał nagranie, po czym wymazał je z matrycy u siebie i zgasił displej. Kameleonowa tkanina wróciła do normalnego zielonego koloru.
Przez długą chwilę stał w ciszy pokoju. Gotował się ze złości. „To chyba jeden z twoich oficerów?”. Teraz wiadomo, kogo będzie się winić za ucieczkę Sempronii.
Postanowił nie czekać, aż oskarżenia spadną na jego głowę. Zobaczył, że drzwi do salonu nadal są zamknięte; narada rodzinna trwała, kartowano małżeństwa i wydawano wyroki.
Wyszedł z pałacu w aksamitny zmierzch i nastrój nieco mu się poprawił. W porze przed kolacją na ulicach panował niewielki ruch, przechodniów też było mało. Na pociemniałym niebie widniało trochę gwiazd, a cień Zanshaa wycinał szeroki łuk ze srebrnego pierścienia akceleracyjnego. Żagiew statkowej antymaterii świeciła tuż nad głową — najjaśniejszy teraz obiekt na niebie zmierzał prawdopodobnie do Wormholu Cztery i do Seizho. Martinez pomyślał o Suli i jego nerwy przeszedł dreszcz.
Na rogu ulicy kupił naręcze kwiatów z wózka Torminela — drapieżnik handlujący kwiatami! — potem zakręcił w zaułek i poszedł do domu Suli. Powitała go w drzwiach mieszkania. W oczach miała resztki zdziwienia.
— Przyszedłeś wcześniej — powiedziała. Miała na sobie zielony kombinezon floty. Widocznie tak zwykle chodziła po domu.
— Przepraszam. Nie mogłem się doczekać. — Wręczył jej bukiet. — Chciałem zastąpić te skradzione żonkile.
Spojrzała na bujny bukiet speszona, choć radosna.
— Jeśli utrzymasz takie tempo, będziesz mi musiał podarować więcej wazonów.
Stał w szkaradnie wybujałym przedpokoju w stylu Sevigny, a Sula napełniała wazony, równie szkaradne, które ustawiono na postumentach, prawdopodobnie po to, by je wyeksponować. Oficerowie floty, wychowani w tradycji porządku — każdy przedmiot musiał mieć swoje miejsce w szufladzie, komorze lub schowku — należeli do istot schludnych. Jednakże pokój Suli był nadnaturalnie zadbany: nawet zapiski z rozwiązaniami zagadek matematycznych — hobby Suli — leżały równo na stole, a kartki, wzajemnie lekko przesunięte, odsłaniały numery kolejnych stron w prawym górnym rogu. Wazony z kwiatami były jedynym śladem obecności Martineza w tym pokoju. Mimowolnie westchnął, leciutko tym przygnębiony.
— Miałam wziąć kąpiel i się przebrać — wyjaśniła Sula, z powrotem stawiając wazon na postumencie.
Martinez rozpogodził się.
— Chciałabyś mieć towarzystwo w kąpieli?
— Litości! Nie.
Zdumiony odpowiedzią, mrugnął. Sula zorientowała się, że może jest zbyt obcesowa, więc podeszła do Martineza i objęła go.
— Kąpiele są tylko dla mnie — powiedziała. — To taki mój kaprys. Wybacz.
— W porządku. — Martinez nie wyobrażał sobie, jak we flocie udaje jej się zadośćuczynić swoim wymaganiom prywatności.
Pocałował ją.
— Czy miałabyś coś przeciwko, żebym opuścił swoją rodzinę i dołączył do twojej?
Spojrzała na niego dziwnie.
— Moja rodzina nie żyje.
— To też ma swoje zalety — rzekł. — A w ogóle to chciałbym dołączyć właśnie do ciebie.
Wyraz jej twarzy złagodniał. Martinez znów pocałował Sulę, a ona dłońmi przytrzymała jego głowę, oddając pocałunek. Dołączyć do rodziny Suli? — pomyślał. Mógłby. Wierzył, że może.
OSIEM
Sula obserwowała wirującą w tańcu dziewczynę, otoczoną zawieruchą ostrzy. Światło pochodni migotało na hartowanej stali. Noże, przymocowane gumkami do kostek, bioder i przegubów, żonglerka wyrzucała nad głowy widzów. Powracały błyskawicznie. Dziewczyna musiała je łapać i natychmiast rzucać ponownie lub pozwalać, by gumy owijały się wokół jej korpusu, głowy czy kończyn. Odrzucała je wtedy, obracając się gwałtownie lub szarpiąc głową.
Wyczucie czasu zapierało dech. Wystarczyła najmniejsza niezręczność i dziewczyna zostałaby zraniona — a gdyby przypadkowo nóż przeciął gumę, mógłby utkwić w oku kogoś z publiczności.
Oddech Suli zamarzał w chłodnym nocnym powietrzu. Martinez oplótł ją ramionami z tyłu — odchyliła się, szukając jego ciepła.
Odwiedzili wiele klubów w Dolnym Mieście, a kiedy wracali, na szerokiej płycie przed dolną stacją kolejki linowej natrafili na grupę ulicznych kuglarzy. Wśród pochodni dobosze Cree wybijali rytm, daimońscy akrobaci balansowali na krzesłach, beczkach lub nawzajem na własnych ciałach, a cieniolubni Torminele, o ogromnych oczach szeroko rozwartych w półmroku, odgrywali slapstickową komedię. W powietrzu unosił się ciężki zapach pieczonych kasztanów i kolb kukurydzy, przysyłanych tu z południowej półkuli Zanshaa i sprzedawanych bezpośrednio z rusztów na węgiel drzewny. Akurat teraz terrańska dziewczyna, dziecko prawie, odważnie komenderowała latającymi nożami z miną kamienną i pełną skupienia. Suli aż zaschły z podziwu usta.
— Masz, spróbuj — powiedział Martinez.
W ręce trzymał kandyzowaną taswę — kupił ją na straganie. Sula zatopiła zęby w owocu. Jaskrawe iskierki słodyczy eksplodowały na języku, ale natychmiast cierpkość zalała usta.
— Dzięki — powiedziała skrzywionymi kwasem wargami. Żonglująca dziewczyna rozmyła się w plamie ruchu, jaskrawe noże trzaskały wokół jak bicze. Sula słyszała na bruku odgłos jej miękkich skórzanych podeszew. Dziewczyna podskoczyła i skręconym saltem wpadła tuż za pole rażenia noży. Jej dłonie rozmazywały się w oczach widzów, gdy chwytała w powietrzu stalowe ostrza. Metal szczękał o metal. I nagle stanęła w bezruchu z pękiem noży w dłoniach. W zupełnej ciszy dostawiła do siebie stopy i skłoniła się.
Publiczność — około setki osób, wracających do Górnego Miasta — zaczęła bić brawo i krzyczeć z zachwytu. Sula również wyrażała wielki podziw, klaskała, aż jej dłonie poczerwieniały, a kiedy jeden z Tormineli podszedł po datki z przenośnym terminalem, wklepała sporą sumę.
Podczas kolejnego występu smętny Terranin odbijał jedynie piłkę o płytę, ale czynił to w zadziwiający sposób. Ręce Martineza cały czas oplatały Sulę. Odgryzła kawałek kandyzowanej taswy.
Siedzę w kręgu pochodni, patrzę, jak dorosły człowiek odbija piłkę i czuję… co?
Szczęście… Ten wniosek tak ją zaskoczył, że, zdumiona, głęboko wciągnęła przesycone węglowym dymem powietrze.
Szczęście. Rozkosz. Zadowolenie.
Samo pojęcie szczęścia musiała zbadać starannie, niczym saper badający minę. Wydało jej się podejrzane. Chwile szczęścia miewała w życiu rzadko, a od kiedy grała rolę lady Suli, nie zdarzały się nigdy. Nie sądziła, że szczęście jest możliwe — przecież całe jej życie było oszustwem i stale musiała się pilnować, by nie zdemaskował jej jakiś lapsus.
Występujący zareagował na piłkę odbitą w niespodziewanym kierunku i Sula zaśmiała się. Przycisnęła do siebie ręce Martineza. Jej mózg zalała leniwa przyjemność.
Szczęście. Co za szok.
— Nie — oznajmił lord Tork. — Nigdy. Porzucić stolicę? To absolutnie nie do pomyślenia.