Выбрать главу

Lord Chen udał zaciekawienie, którego nie czuł.

— Moja siostra i lord dowódca eskadry Do-faq, oboje poparli ten plan. Jakie są pańskie zastrzeżenia?

— Zanshaa jest sercem imperium! — zaśpiewał Tork. — Stolicy poddać nie można.

— Broniąc Zanshaa, stawiamy wszystko na jedną bitwę, w której od początku nie mamy szans — oznajmił Chen.

— Jeśli rząd można przenieść… — zaczęła lady Seekin.

— Rząd się stąd nie ruszy — oświadczył lord Tork. — Lord Said nie pozwoli na krok aż tak radykalny.

Załatwimy to, pomyślał ponuro lord Chen. Postaram się o osobiste spotkanie z lordem seniorem.

Ośmioro członków Zarządu Floty siedziało wokół czarnego szerokiego stołu w wielkiej, cienistej sali Dowództwa. Zapomniano powiedzieć obsłudze, żeby usunęła dziewiąty fotel, przystosowany do długiego mostka Lai-ownów. Stał pusty jako przypomnienie o lady San-torath, zrzuconej przed dwoma dniami ze skały w Górnym Mieście.

— Chciałbym ponadto zauważyć — ciągnął Tork — że to niestosowne, żeby młodszy kapitan składał Zarządowi takie memoriały. Młodsi kapitanowie powinni w milczeniu wykonywać przydzielone im zadania i oszczędzać nam swoich opinii.

Lord Chen podejrzewał, że wpada w pułapkę, ale jednak zabrał głos, należało bowiem wyjaśnić pewne sprawy.

— Proszę o wybaczenie, lordzie Dowódco Floty, ale to nie jakiś młodszy kapitan przedłożył ten plan Zarządowi. To ja go przedłożyłem — oznajmił.

Wiedząc, że Zarząd jest uprzedzony do Martineza, poinformował ich tylko, że to dzieło dwóch oficerów, którzy pokazali mu swe opracowanie.

Tork zwrócił białą, okrągłooką twarz ku lordowi Chenowi. Pasmo martwego ciała dyndało mu z podbródka jak wielki zakręcony zwierzęcy wąs.

— Dowódca eskadry Do-faq przedłożył mi ten memoriał dziś rano i jako autora podał kapitana Martineza.

— Martineza! — wykrzyknął młodszy dowódca floty Pezzini, jakby właśnie potwierdzono jego osobistą straszną teorię, i walnął z irytacją otwartą dłonią w blat stołu.

Lord Chen chętnie by wspomniał o lady Suli jako współautorce, ale podejrzewał, że tylko by ją w ten sposób pogrążył.

— Kapitan Martinez ma zwyczaj składania memoriałów swym zwierzchnikom — ciągnął Tork z dezaprobatą w głosie. — Przedstawił radykalną teorię taktyczną Do-faqowi, a Do-faq dał to pańskiej siostrze. Teraz oboje zarządzają manewry szkodliwe dla wojskowej tradycji i praktyki.

— Czy on nigdy nie przestanie się wtrącać? — ozwał się Pezzini, uprzedzając replikę Chena. — Parę dni temu rzucił cień na imię mego klienta, młodzieńca całkowicie godnego zaufania, który ogromnie go poważał… poważał wbrew moim radom, muszę to podkreślić.

— Nie znajduję w tym wszystkim ani krzty czegoś niewłaściwego — oświadczył lord Chen. — Kapitan Martinez przekazał swoje sugestie zwierzchnikom z właściwym respektem i oznakami szacunku. A teraz wasi dowódcy dostrzegli zalety tych propozycji.

— Zgnilizna szeroko się rozprzestrzenia — odparł Tork. — Ufam, że lord dowódca Floty Kangas powstrzyma infekcję i odbuduje dyscyplinę. Jedynie taktyka naszych przodków stosowana nieugięcie zdoła, być może, ocalić stolicę.

— Niech Martinez sobie gnije w tej cholernej wojskowej zawodówce — powiedział Pezzini. — To powinno ostudzić jego ambicje.

Twarz Chena nie wyrażała nic, ale wnętrzności skręcały mu się z narastającej pogardy. Chciał wrzasnąć: „Umiecie tylko przegrywać wojny. Pokazano wam, jak można zwyciężyć, a wy tego nie widzicie”.

Ale zachował milczenie. Wiedział, że wobec sztywnej postawy lorda Torka jego protesty zdałyby się na nic; lobbował też osobiście u innych członków Zarządu, ale na razie ich nie przekonał, by głosowali przeciwko przewodniczącemu.

Wyślę lordowi seniorowi wiadomość z prośbą o natychmiastowe spotkanie. I mam nadzieję, że sprawy potoczą się we właściwym kierunku, pomyślał.

* * *

Martinez, w doskonałym humorze, wszedł do foyer Pałacu Shelleyów, okręcając wstęgę Złotego Globu wokół palca. Już chciał pomknąć schodami w górę do swego pokoju, gdy podeszła do niego pokojówka — grubonoga i brzydka. Siostry Martineza zatrudniały takie osoby, by mieć pewność, że same będą zawsze najpiękniejszymi kobietami w pałacu.

— Kapitanie Martinez, lord Roland prosił o przekazanie, że chciałby się z panem spotkać w swoim gabinecie.

W pamięci Martineza odżył obraz dziewczyny żonglującej latającymi nożami. Chwycił medal w dłoń, westchnął i powiedział:

— Doskonale, dziękuję.

Roland siedział przy biurku i rozmawiał z Torminelką widoczną na displeju.

— Spodziewamy się, że pani przyjdzie, skoro była pani dla nas tak miła, od kiedy tu przybyliśmy.

Nieznajoma Torminelka przyjęła zaproszenie z przyjemnością. Roland wylogował się i podniósł wzrok.

— Mam nadzieję, że oderwiesz się na chwilę od swych cielesnych przygód i przyjdziesz na ślub swojej siostry, jutro o szesnastej jeden.

Martinez opadł na fotel.

— O której siostrze mowa?

— O Vipsanii. Po ślubie Vipsania uda się z lordem Odą i jego krewnymi z wizytą do klientów rodziny lorda na Zarafanie.

Martinez oparł stopy na blacie Rolandowego biurka. W pogodny nastrój wprawiło go nie tylko wspomnienie nocy w ramionach Suli. Rankiem otrzymał wiadomość od Do-faqa, że aprobuje on plan Martineza i przekazuje go do Zarządu Floty. Do-faq przysłał również wyniki swej ostatniej serii eksperymentów z zastosowaniem nowej taktyki, a Martinez z Sulą analizowali je przy śniadaniu. Zaspokojenie fizyczne, a po nim pożyteczne ćwiczenie umysłowe — wszystko z partnerką, której wyobraźnia i inteligencja cudownie wzbogacały i uzupełniały jego własne idee. Teraz nic nie mogło popsuć mu humoru. Biedna Vipsania, pomyślał.

— Czeka ją wspaniały miodowy miesiąc — zauważył. — Na statku z parą zasuszonych teściów. Czy swoim imperium medialnym będzie kierowała z Zarafanu?

— Prawdopodobnie, chyba że z kolei na Zarafanie zrobi się niebezpiecznie.

Roland splótł dłonie na biurku i spojrzał na Martineza ponad błyszczącymi czubkami butów brata.

— Jeśli Sempronia zechce się z tobą kontaktować, byłbym zobowiązany, gdybyś nie reagował.

Martinez uniósł brwi.

— Zostanie wydziedziczona — wyjaśnił Roland. — Żadnych pieniędzy, wiadomości, kontaktów. Jak znajdziemy czas, żeby zapakować wszystkie jej rzeczy, przekażemy je organizacji dobroczynnej.

— Organizacji dobroczynnej — powtórzył Martinez, jakby nie słyszał nigdy wcześniej tego określenia.

— Walpurga nalegała, by siostrę wygnać, a po groźbie Sempronii nie sprzeciwiam się temu. Och, czy już o tym wspominałem?… Sempronia się zgadza. — Roland uśmiechnął się z ponurą satysfakcją. — Rozmawiałem z nią wczoraj wieczorem i dzisiaj rano. Dostanie zgodę na małżeństwo, ale od tej chwili stanie się jedną z Shankaracharyów — to mąż będzie musiał zaspokajać jej kaprysy, nie my.

— Zdaje się, że jest bogaty — zauważył Martinez.

— Klan Shankaracharyów wiele zainwestował w farmaceutyki i biochemię. — Można liczyć na Rolanda, że będzie wiedział o takich rzeczach, pomyślał Martinez. — Ale nie na Zanshaa. Spodziewamy się, że po wojnie Sempronia tu nie pozostanie.

— To bez wątpienia straszny cios — oznajmił Martinez. Roland najwyraźniej zapomniał, że wydziedziczanie to prerogatywa ojca, jedna z czynności, których ojciec nie mógł powierzać dzieciom. Niewykluczone, że Martinez zdoła zmienić tę decyzję, wysyłając osobisty list może nie do lorda Martineza, ale do jego lady, kobiety z natury romantycznej. Istniały szanse, że ucieczka kochanków przemówi jej do wyobraźni.