Roland spojrzał z zaciekawieniem na Martineza.
— Co zrobiłeś, że wprawiło to Sempronię w aż taką wściekłość? Nigdy wcześniej nie słyszałem u niej podobnego słownictwa.
Martinez milczał. Roland wzruszył ramionami i ciągnął:
— Ustaliłem z lordem Pierrem, że ślub Walpurgi z P.J. odbędzie się za trzy dni. Niezbyt wystawny, ale spodziewamy się, że przyjdziesz.
— Nie masz nic przeciwko temu, że włożę żałobę? — Martinez nie musiał się wysilać, wymyślając tę sarkastyczną odpowiedź.
Roland nawet nie mrugnął. Patrzył na brata.
— Wiesz, że ten ślub jest konieczny.
— Nic podobnego. — Martinez podrzucił i złapał medal Złotego Globu. — Chcesz Ngenich, ponieważ umożliwią ci dostęp do najwyższych kręgów towarzyskich w stolicy. — Zdjął nogi ze stołu i pochylił się, spoglądając Rolandowi prosto w oczy. — Przypuśćmy, że to ja sam załatwię ci to wszystko? Przypuśćmy, że to ja się poświęcę zamiast Walpurgi?
Roland patrzył bez drgnienia powiek.
— Chciałbyś się ożenić?
— Tak. — Martinez znów podrzucił medal. Roland cofnął się z zamyśloną miną.
— Sam bym ci to zaproponował, ale wiem, jak cieszy cię stan kawalerski. Zakładałem, że po prostu byś mi odmówił.
— Może i tak. Ale skoro wokół panuje taka romantyczna atmosfera, jak mogę się jej oprzeć?
Roland spojrzał w nieokreśloną dal.
— Mógłbym zasugerować kilka młodych dam… — Już mam kogoś na myśli.
Roland zmrużył oczy.
— To przypadkiem nie ta chorąży Amanda? Bo moja cierpliwość…
— Lady Sula — powiedział Martinez, wymawiając słowa dobitnie i z uczuciem.
Roland mrugnął, a Martineza ucieszyło jego zdziwienie.
— Rozumiem — rzekł Roland powoli — A więc nie z panną Amandą spędziłeś parę ostatnich nocy, ale z…
— Nie twój interes.
— Rzeczywiście. — Roland pogłaskał się po brodzie. — Oczywiście jest bez grosza.
— Ma tylko tytuł Sulów, który należy do najwyższych. W archiwach nie znajdziesz wspanialszego rodowodu. A przecież rodowód i tytuł otwierają drzwi na salony i do ministerstw, czyli tam, gdzie nie otworzą się tylko przed pieniędzmi.
— To prawda. A jednak musielibyśmy wyłożyć fortunę, żeby was dwoje zainstalować w Wysokim Mieście. — Roland nadal kalkulował. — Potrzebny byłby pałac, rezydencja na wsi. Ona jeździ konno, prawda?
— Nie mam pojęcia. — Martinez uśmiechnął się szeroko. — Ale z pewnością będzie potrzebna kolekcja porcelany klasy imperialnej.
— Porcelany? — Roland szczerze się zdumiał. — Co porcelana ma wspólnego z czymkolwiek? Postawiła taki warunek?
— Nie, ale uwierz mi, znam swoją narzeczoną. Rolandowi wpadła do głowy pewna myśl.
— Oświadczyłeś się jej chociaż?
— Nie, ale dzisiaj to zrobię. — Martinez miał ochotę ponuro się roześmiać. — Jak mogłaby się oprzeć takiej rodzinie jak nasza?
— Z pewnością się nie oprze — rzekł cicho Roland. — Na pewno ma dość bycia biedakiem w świecie bogaczy.
Martinez klasnął.
— Tak jest! Więc już dasz Walpurdze spokój? — spytał, podnosząc się z fotela.
Roland prychnął protekcjonalnie.
— Skądże? Nie bądź śmieszny. Nie mogę cofnąć słowa danego lordowi Pierre’owi.
Martinez spojrzał na brata przeciągle i z gniewem. Roland przez chwilę patrzył mu w oczy, po czym chrząknął z irytacją.
— Nie patrz na mnie, jakbyś był w sterowni swojego statku. Nosisz zbyt nowe naramienniki, a ja nie jestem jednym z twoich smarkatych kadetów.
— Myślałem, że zawarliśmy umowę.
— Jeśli chodzi o Caroline Sulę, to nie. — Roland starannie oglądał paznokcie u rąk. — Ngeni są bogaci, mają już miejsce w Konwokacji i ministerstwach. I nie stracili wpływów. Rehabilitacja lady Suli byłaby zadaniem na całe lata. W końcu by się to opłacało, ale Ngeni są opłacalni już teraz. — Oderwał wzrok od paznokci. — Nie chcę jednak zniechęcać cię do twoich planów matrymonialnych. Sula jest piękna i inteligentna, czyli tą ostatnią cechą nad tobą góruje.
— Idź do diabła.
Roland wzruszył ramionami. Martinez wstał i wyszedł z gabinetu.
Ona dziedziczy tytuł, a ja nie. I, dzięki Bogu, wszystkie moje dzieci będą Sulami.
— Nie — oznajmił lord Said. — Wykluczone. Imperium rządzono z Górnego Miasta przez sto dwadzieścia wieków i tak pozostanie przez następne dziesięć milionów lat.
Gabinet lorda seniora, w odróżnieniu od mrocznej sali Dowództwa był bardzo jasny. Jedna z przezroczystych ścian ukazywała wielką granitową kopułę Wielkiego Azylu, z którego Shaa rządzili swym imperium, a za nim roztaczał się spektakularny widok Dolnego Miasta. Chen ze swego miejsca widział prywatną galerię, którą poprzednicy Lorda Saida przechodzili do Wielkiego Azylu, gdzie otrzymywali rozkazy od swych panów. Ale Wielki Azyl był teraz zamknięty, a ogólnikowe plany zorganizowania tam muzeum przerwała wojna. Pierwsza osoba imperium siedziała przed Chenem, usadowiona wygodnie w ogromnym fotelu z baldachimem. Twarz lorda seniora ocieniał rozkloszowany kaptur.
— Górne Miasto i rząd nie są tożsame — stwierdził lord Chen, parafrazując memoriał Martineza. — Rząd może znajdować się gdziekolwiek — nawet powinien być gdzie indziej, gdzie zabłąkany pocisk go nie unicestwi. Gdzie, w razie bitwy z wrogiem, nie zostanie uwięziony na planecie.
— Cóż może być wspanialszego od śmierci w służbie Praxis? — spytał lord Said. Miał ponad dziewięćdziesiątkę. Siwe włosy uczesał w krótką grzywkę, a starość przyciągnęła jego ostry nos i wąsy bliżej wystającego podbródka. Klan Saidów był znany z zagorzałego konserwatyzmu, a na czele rządu postawiono Saida właśnie w dniu wybuchu rebelii, kiedy w Konwokacji publicznie oskarżył naksydzkiego lorda seniora i stawił opór, co doprowadziło do zrzucenia buntowników z tarasu siedziby Konwokacji.
Chen spojrzał na niego.
— Czyżby rząd postanowił umrzeć? — zapytał. Miał wrażenie, że Salda nieco zaskoczyły te słowa.
— Postanowiliśmy zachować zarówno stolicę, jak i Praxis. — Namyślał się: oczy mu pociemniały. Po chwili powiedział: — Lordzie konwokacie, powierzę ci pewną tajemnicę i ufam, że nikomu jej nie przekażesz. Prawie od samego początku mamy kontakt z rządem buntowników na Naxas, tak zwanym Komitetem Ocalenia Praxis.
— Milordzie? — Chen był zszokowany.
— Łańcuch wormholowych stacji przekaźnikowych między Zanshaa i Magarią nigdy nie został przecięty — wyjaśnił Said. — Jeśli zachodzi potrzeba, możemy ze sobą rozmawiać. Zażądali od nas kapitulacji, a myśmy odmówili… oficjalnie.
Coś w tonie Saida spowodowało, że Chen poczuł w mózgu zimny podmuch podejrzenia.
— A nieoficjalnie?
— Od klęski przy Magarii z Naksydami kontaktuje się rzekoma organizacja dysydencka w łonie naszego rządu. Utrzymuje ona, że ma zwolenników zarówno w Konwokacji, jak i we flocie. Prosi o trochę czasu, by mogła obalić mój… — Said uśmiechnął się — nieustępliwy rząd. I nasi fałszywi zdrajcy używają tego kanału, by dostarczać im fałszywej informacji. Na przykład, że Czwarta Flota przy Harzapidzie jest w dobrym stanie i że można się tu jej spodziewać w każdej chwili.