— I Naksydzi w to wierzą?
Lord senior wzruszył lekko ramionami.
— Wedle wszelkich oznak. Mamy nadzieję, że opóźnimy ich i Zanshaa zdąży otrzymać posiłki.
— To bardzo niebezpieczna gra, milordzie — stwierdził Chen. — Nigdy nie można być pewnym, kto kogo oszukuje. A oni i tak mogą przyśpieszyć bieg wydarzeń i przylecieć tutaj.
Said potaknął w zamyśleniu.
— To prawda, lordzie konwokacie. Ale jakiż mamy wybór?
Chen opuścił gabinet lorda seniora z głową pełną wrzących myśli. Był parem najwyższej kasty i aż do wczoraj czuł gotowość spotkania się z przeznaczeniem para: umrzeć za Praxis w ogniu bomb z antymaterii lub przystawić sobie pistolet do skroni, gdy naksydzcy żandarmi wyłamią drzwi pałacu Chenów.
Gdyby oceniał, że sytuacja jest absolutnie beznadziejna, zastrzeliłby najpierw swoją żonę i córkę, oczekując, że okażą one tę samą obojętność względem losu, jaką on miał nadzieję okazać.
Jednakże ta determinacja skończyła się, gdy wczoraj po południu, w cichym ogrodzie wśród woni kwiecia lu-doi, porozmawiał z Martinezem. Chen dostrzegł nowe możliwości, otwierające się przed nim niczym kwiat.
Uświadomił sobie, że jego żona i córka mogą przeżyć, i równie niewykluczone, że on też przeżyje. Dlatego musi przekonać wystarczająco wielu członków własnej kasty do zalet planu opracowanego przez kogoś o niższej od nich pozycji społecznej.
Zaledwie kilka dni temu sam wyśmiałby ten pomysł. Ale było to przed rozmową z Martinezem.
Już sporządził w myślach listę osób, z którymi trzeba porozmawiać, zarówno wśród podwładnych Saida, jak i osób od niego niezależnych.
Wszedł do swego gabinetu i kazał sekretarzowi skontaktować się z pierwszą osobą z listy.
Na scenie pojawiła się śpiewaczka. Miała na sobie tradycyjne dla derivoo falbaniaste spódnice. Włosy ściągnęła mocno na szczycie głowy w przechylony do przodu czub, pobieliła twarz, a na każdym policzku namalowała idealne czerwone koło.
Publiczność oczekiwała w ciszy. Przy akompaniamencie jedynie trzech muzyków kobieta zaczęła śpiewać pieśń o miłości i tęsknocie. Mimo staroświeckiego wyglądu pieśniarki jej głos był zadziwiający, pieścił każdą sylabę z jedwabistą starannością ospałej kochanki. Dłonie, pobielone tak jak twarz, trzepotały w powietrzu niczym gołębie, podkreślały gestem słowa pieśni. Czasami pieśniarka przerywała, by wzmocnić napięcie i Sula wstrzymywała dech, póki śpiew nie rozładował emocji.
Po występie zerwały się ekstatyczne brawa. Sula widziała derivoo, ale tylko w wideo; nie zdawała sobie sprawy z potęgi występu na żywo.
— Fantastyczna, prawda? — zapytał Martinez.
— Tak — przyznała Sula. Jego dłoń przesunęła się po stole i ujęła dłoń dziewczyny. Ręka Martineza była wielka, ciepła i niezbyt wilgotna. Sula uznała, że to niezła ręka.
Następnie śpiewaczka wykonała pieśń o śmierci: matka błagała niepoznawalnego o powrót swego dziecka. Pieszczotliwy wcześniej głos był teraz rozpaczliwy, surowy, wyrażał idealną uczuciową rozpacz, tnącą jak brzytwa. Przy końcu występu pobieloną twarz śpiewaczki przeorał ślad pojedynczej łzy.
Sula uwolniła dłoń, by bić brawo. Słuchając śpiewaczki, miała wrażenie przypalania nerwów kwasem, ale z jakiegoś powodu było to uczucie dobre. Pieśni o żałobie i miłości odsłoniły nabrzmiały emocjami, podstawowy fakt istnienia wszechświata, czegoś prawdziwego, pierwotnego i wielkiego. Pieśń mówiła: śmierć i tęsknota to niezmienne elementy istnienia; właśnie to oznacza być człowiekiem.
Derivoo to sztuka prawie całkowicie ludzka. Choć temperacja stroju była jednym z wielkich wkładów Ziemi do cywilizacji imperialnej, tylko niewielu wybitnych kompozytorów czy wykonawców, wykorzystujących to odkrycie, było ludźmi. Ponieważ twarze Daimongów nic nie wyrażały, ich melodyjne głosy przenosiły wszystkie uczucia, niuanse i konteksty; Daimongowie rodzili się w środowisku muzycznym i spędzali w nim całe życie. Wykazywali ogromny talent i subtelność interpretacji, chociaż ich muzykę najlepiej doceniano w nagraniach: zapach gnijącego ciała zwykle psuł efekt koncertów na żywo i najlepsze miejsca do słuchania wspaniałych masowych chórów Daimongów znajdowały się daleko, ustawione pod wiatr.
Ogólnie natomiast przyznawano, że Cree byli samą muzyką. Ich wzrok — oczy jak prymitywne plamki — został z nawiązką skompensowany wrażliwym słuchem dzięki ogromnym uszom; ich melodyjne głosy miały bardzo szeroką skalę. Cree lgnęli do radosnej strony uczuciowego spektrum, a muzyka, którą tworzyli, doskonale wyrażała zadowolenie i rozkosz. Najpopularniejsi wykonawcy i kompozytorzy pochodzili z Cree i nawet jeśli pieśń stworzył członek innego gatunku, przeważnie jakiś Cree nagrywał jej ostateczną wersję.
Kiedy muzyczny wyraz przepychu, radości i tańca stał się domeną innych gatunków, Terranom pozostawiono tragedie, lamenty i smutek. Inne gatunki były zafascynowane sposobem, w jaki Terranie bezpośrednio wyrażają rozpacz, jak konfrontują się z bolesnymi prawdami. Nawet Shaa to aprobowali. Uważali, że samo pojęcie tragedii uszlachetnia i jest całkowicie zgodne z ich własną surową etyką, ich wiarą, że wszystko, prócz ich własnych idei przemija i jest śmiertelne. I jeśli ludzie w rodzaju Leara czy Edypa oddawali się rozpaczy, to tylko z powodu niedostatecznego zrozumienia Praxis.
Derivoo było proste — jeden śpiewak, kilku akompaniatorów i absolutna czystość ekspresji. Nie miało nic z daimońskiej wspaniałości ani z gwarnej radości Cree. Wyrażało natomiast konfrontację samotnej duszy z mrokiem, duszy posiadającej niezachwianą wiedzę, że mrok zatriumfuje, jednak mimo to pragnącej wykrzyczeć fakt swego istnienia w twarz wyjącego kosmicznego wichru.
Sula słuchała oczarowana. Śpiewaczka odznaczała się wspaniałą indywidualnością sceniczną, a muzycy wiedzieli, jak wzmocnić efekt, nie niszcząc prostoty wykonania. Niepokojący głos i czystość uczuć chwyciły w garść serce Suli. Wydawało się jej, że słyszy, jak słowa pieśni przedzierają się przez zasłonę z krwi. Dla Suli śmierć była starą znajomą.
Na „Delhi” Sula pomagała wynosić martwych ze spalonej sterowni, załogantów skulonych w zwęglonych skorupach ciał, ważących tyle co dzieci, zostawiających na jej rękach pył zwęglonej śmiertelności.
Zabiła co najmniej dwa tysiące Naksydów przy Magarii.
Jako dziecko zabiła i kazała wrzucić do rzeki dorosłego.
Kiedyś zabiła nieszczęśliwą, zagubioną młodą dziewczynę.
Śmiertelność utkała sieć wokół niej, zaręczając, że także płomyk Suli jest chwilowy, że ona także jest pyłem w rękach przeznaczenia.
Przekonana, poczuła, jak uśmiech wpełza jej na wargi. Wiedziała gdzie jest.
Była w domu.
Od twarzy Suli bił blask, jej policzki zaróżowiły się, a zielone oczy wypełnił nieziemski żar. Derivoo tak ją odmieniło. Martinez patrzył zafascynowany, jak Sula ulega duchowi songu, jej oblicze — kość słoniowa i róże — promieniowało w łagodnym oświetleniu; miał ochotę ucałować tę doskonałą twarz, a powstrzymywała go tylko myśl, że wszystko by zepsuł i przerwał wspaniały trans.
Ośmielił się ją pocałować dopiero, gdy wyszli z klubu, gdy poczuł, jak Sula drży od nocnego chłodu. Wtedy objął ją ciepłymi ramionami i przycisnął wargi do jej warg.
— To było cudowne — powiedziała po chwili. Był rozczarowany, że mówi o derivoo, a nie o jego pocałunku.
— To jedna z najlepszych pieśniarek — odparł. Ujął ją pod rękę i poprowadził ulicą w stronę kolejki linowej. Drzwi jakiegoś klubu otworzyły się, z wnętrza na chodnik padło ciepłe światło. Z klubów dobiegała głośna muzyka.