— Zmarzłaś. Chcesz gdzieś wstąpić i się rozgrzać?
— Nie zmarzłam. Wszystko w porządku. — Zmusiła się do uśmiechu. — Nie chcę słuchać dziś innej muzyki. Nie dorówna tamtej.
Odwróciła się do niego, nadal z rumieńcami na twarzy. Miała olśniewający uśmiech. Martinez wprowadził ją w podcienia sklepu, objął i pocałował. Przez chwilę cieszył się ciepłem jej oddechu na policzku, miękkością warg, smakiem cytrusowej lemoniady na figlarnym języku, a potem się wycofał. Zmierzch na Sandamie zawirował mu w zmysłach. Serce biło głucho dziwnym rozkołysanym rytmem i odnosił wrażenie, że jego mózg również się kołysze, a z jego ciemnych zakamarków błyskają niedorzeczne myśli i wrażenia. Zmusił je do właściwego biegu.
— Posłuchaj, wcale nie żartowałem, gdy mówiłem, że chcę wejść do twojej rodziny.
Uśmiechnęła się rozbawiona.
— Myślę, że zdołam załatwić formalności związane z twoim przysposobieniem. Choć nie planowałam zostać matką w tak młodym wieku.
— Istnieje prostszy sposób, żeby mnie dokooptować — oznajmił Martinez. — Moglibyśmy się pobrać.
Sula patrzyła na niego rozszerzonymi źrenicami w zielonych oczach, a potem przemknął jej przez twarz wyraz podejrzliwości.
— Nie żartujesz, prawda, kapitanie?
— N-nie. — Martinez próbował opanować jąkanie, które nagle zawładnęło jego językiem. — Mówię z całą powagą.
Twarz Suli pojaśniała, olśniewała blaskiem. Dalsze słowa wydały się już niepotrzebne. Wargi Martineza wzięły odpowiedź z jej warg.
Chwilę później, rozgorączkowany, prowadził ją ulicą, świadom, że uśmiecha się idiotycznie. W piersi rozkwitało mu szczęście.
— Twoja rodzina naprawdę to akceptuje? — spytała Sula. Wcześniej, tego wieczoru, opowiedział jej, co spotkało Sempronię — wygnanie za miłość do mężczyzny o niewystarczającej pozycji.
— Mają co do ciebie plany — oznajmił Martinez. — Chcą cię obładować kilkoma milionami zenitów, kupić ci okazały pałac w Górnym Mieście i posiadłość wiejską, gdzie moglibyśmy przyjmować gości. — Uśmiechnął się szeroko. — A jeśli którejś z tych rzeczy nie chcesz, będziesz musiała okazać stanowczość.
Zmrużyła oczy.
— A w zamian, co dokładnie będę musiała zrobić?
— Wyważyć kilkoro drzwi w Górnym Mieście, które inaczej pozostałyby zamknięte dla prowincjuszy.
Z rozbawieniem wzruszyła ramionami.
— Jestem znacznie brutalniejszym narzędziem niż łom — powiedziała. — Może udałoby mi się otworzyć drzwi, ale nie odpowiadam za to, co ludzie z drugiej strony o tym pomyślą.
— Najlepiej niech nad tym wszystkim popracuje sam Roland. Sula zaśmiała się nagle radośnie i, trzymając go za rękę, podskoczyła na chodniku jak dziecko ze skakanką.
— A co będzie dalej?
— Moglibyśmy ogłosić nasz ślub jutro po południu, na przyjęciu z okazji ślubu Vipsanii. — Uśmiechnął się do niej szeroko. — Będzie miała za swoje, za to, że odwróciła uwagę gości na moim przyjęciu. — Śmiała się, a on ruchem dłoni pomagał jej podskakiwać. — Wcześniej, przed południem, możemy złożyć wizytę w Parowskim Banku Genów i odfajkować całą papierkową robotę.
Spojrzała na niego przestraszona, z niedowierzaniem, i puściła jego dłoń.
— Gdzie?
— Nie martw się. Oni biorą tylko kroplę krwi.
— W jakim banku? — naciskała.
— W Parowskim Banku Genów — wyjaśnił Martinez. — Po prostu, żeby zarejestrować wszystkie linie krwi.
Odwróciła się i ruszyła ulicą, Martinez za nią. Zobaczył jej twarz odbitą w szybie — falującego, ciemnookiego ducha.
— Czy to naprawdę niezbędne? — zapytała. Na jej twarzy pojawił się sceptycyzm. — Nigdy nie słyszałam o takim miejscu.
— Nie przypuszczam, żeby Bank Genów się reklamował. — Martinez wzruszył ramionami. — Ale z drugiej strony, nie muszą tego robić. Takie mamy prawo, przynajmniej tutaj, na Zanshaa, jeśli jesteś parem i chcesz wziąć ślub. Na Laredo też mamy bank genów, choć jest nie tylko dla parów.
— Na Spannanie nie było nic podobnego. — Martinez wiedział, że chodzi o planetę, gdzie wychowywała się po egzekucji rodziców.
— Przypuszczam, że niektórzy parowie bardziej dbają o swoje linie krwi niż inni. To głupia, stara instytucja, ale co robić?
Podeszli do jednego z kanałów Dolnego Miasta i skręcili w lewo, do mostu, który widzieli w oddali. Zapach kanału — jod i zgnilizna — napełniał powietrze.
Rysy twarzy Suli stwardniały.
— Więc co dzieje się z pobraną kroplą krwi?
— Nic. Po prostu idzie do archiwum.
— A kto przegląda archiwa?
Barka sunęła z warkotem obok nich, jej światła pozycyjne drżały na ciemnej wodzie. Tłustawy kilwater uderzył o kamienne nadbrzeże. Martinez podniósł głos, żeby zagłuszyć warkot.
— Myślę, że nikt ich nie przegląda. Chyba że zaistnieją wątpliwości dotyczące pochodzenia dzieci. — Kiedy szli, wślizgnął się za nią i objął ją ramionami. Przysunął twarz do ucha Suli. — Nie planujesz mieć dzieci z kimś innym, prawda?
Czuł napięcie jej ramion, a potem próbę rozluźnienia mięśni.
— Tylko z tobą — powiedziała z roztargnieniem. Zwolniła, potem obróciła się ku niemu i obdarzyła go szybkim pocałunkiem. — To takie nieoczekiwane — stwierdziła. — Kilka minut temu byłam po prostu kobietą z medalem i bez pracy, a teraz…
— Teraz jesteś moim partnerem na całe życie. — Nie mógł pohamować szerokiego uśmiechu.
Spojrzała nań z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
— Nie unosi cię przypadkiem jakiś rodzaj owczego pędu? Ileż to ślubów odbywa się teraz w twojej rodzinie?
— Razem z nami trzy. A może cztery, ale nie jestem pewien, czy Sempronia się liczy, nawet nie wiem, czy rzeczywiście bierze ślub, czy to tylko pogróżki.
Jej ramiona zacisnęły się wokół niego niczym drut. Mocno przywarła policzkiem do piersi Martineza. Zmierzch na Sandamie unosił się w powietrzu.
— Trzy śluby naraz. Czy to nie przynosi pecha?
— Mnie przyniesie szczęście — oznajmił Martinez.
— Słyszę bicie twego serca — powiedziała Sula ni z tego, ni z owego. Pogłaskał jej włosy koloru bladego złota. Zimny poryw wiatru ochłodził go. Woda tłukła o nadbrzeże.
— O co chodzi? — spytał.
Zapadła chwila milczenia i Martinez poczuł, jak nieufność dotyka jego nerwów. Sula rozluźniła ramiona i spojrzała w górę na jego twarz.
— Posłuchaj — powiedziała. — To wszystko dzieje się tak szybko. Nie oswoiłam się jeszcze z tą myślą.
Spoglądał na nią z oszałamiającym uczuciem, że właśnie stanął na krawędzi otchłani i że jeden mylny krok spowoduje, że zleci w przepaść.
— Co właściwie chcesz mi powiedzieć? — zapytał ostrożnie. Pocałowała go delikatnie i uśmiechnęła się nieśmiało.
— Czy nie możemy przez pewien czas ciągnąć tego tak jak dotąd?
Spojrzał na nią uważnie.
— Nie mamy wiele czasu. Po prostu chciałbym, żeby to się stało, zanim…
Gdzieś przed nimi otwarły się drzwi i zabrzmiała muzyka. Torminele w brązowych mundurach służby cywilnej wyleli się na zewnątrz i stanęli w przejściu, nawołując się wzajemnie. Muzyka wyła, instrumenty strunowe skrzeczały w tonacji molowej. Sula pochyliła głowę i zakryła dłońmi uszy przed łomotem niezbornych czyneli.