Выбрать главу

— Muszę się zastanowić — stwierdziła zdecydowanym głosem. Nagła złość gorąco ciachnęła Martineza w pierś. Podniósł głos, przekrzykując ryczącą muzykę.

— Oszczędzę ci trudu — powiedział. — Chwila zastanowienia i wiedziałabyś, że to twoja najlepsza szansa na bezpieczeństwo i odbudowę imienia twej rodziny, nie mówiąc już o trudnościach ze znalezieniem patrona we flocie. Moja krótka analiza wskazuje, że twoim problemem nie są pieniądze, pałac czy rezydencja na wsi, twoim problemem jestem ja…

Sula podniosła na niego wzrok. Jej oczy były rozszerzone, zielone jak morze, zimne.

— Oszczędź mi tego komentarza — powiedziała głosem twardym niczym diament. — Nic nie wiesz o moich problemach.

Martinez poczuł, jak pod spojrzeniem Suli sztywnieje mu kark. Jego myśli gnały naprzód — ciemny zamęt, oświetlony postrzępionymi błyskami gniewu.

— Pozwalam sobie mieć inne zdanie, milady — rzekł. — Twój problem: utraciłaś pieniądze, pozycję i wszystkich ludzi, których kochałaś. A teraz boisz się miłości, ponieważ…

— Nie zamierzam tego słuchać! — Głos Suli ciął jak chlaśnięcie biczem. Płaskie dłonie nadal przyciskała do uszu. Złote światło z otwartych drzwi żarzyło się w jej oczach gniewnym płomieniem. — Nie potrzeba mi tych pompatycznych idiotyzmów! Nic nie wiesz!

Torminele patrzyli teraz na nich swymi ogromnymi oczyma nocnych łowców. Czynele, nastrojone w dziwacznych molowych tonacjach, znowu załoskotały w uszach Martineza.

— Ja…

— Tu nie chodzi o ciebie! — krzyknęła Sula. — Wbij sobie łaskawie do głowy, że tu nie chodzi o ciebie!

Odwróciła się na pięcie i odeszła zdecydowanym krokiem. Gdy przeciskała się między Torminelami, jej blade nogi błyskały pod rąbkiem czarnej sukni. Martinez stał na chodniku i patrzył za nią, a w jego żyłach pulsowało dzikie niedowierzanie…

Znowu się to działo.

Już raz patrzył, jak Sula oddala się w noc, jak jej obcasy mocno stukają na ulicy, a światła Dolnego Miasta ozłacają jej włosy. Ponownie głupio stał i patrzył, jak odchodzi z jego życia. Zimna poranna wichura wyła wzdłuż kanału, a jego duszę przepełniało zdumienie, gniew i cierpienie.

Nie będzie trzeciego razu, przysiągł sobie Martinez. Zacisnął pięści. Już nie.

„Tu nie chodzi o ciebie!”, krzyczała. Miłe zapewnienie.

Ten cały bałagan to sprawa Suli. Niech wydobywa się z niego sama.

* * *

Martinez wszedł do Pałacu Shelleyów, rzucił płaszcz na brzydkiego, brązowego Lai-owna sterczącego na słupku poręczy schodów, i cicho wszedł na górę. To czysty pech, że spotkał Rolanda, który wystawiał do holu tacę z resztkami swej późnej kolacji, by służący mógł je rano zabrać. Roland wyprostował się, poprawił szlafrok i spojrzał na Martineza z chłodnym zainteresowaniem.

— Zakładam, że twoje matrymonialne plany zostały pokrzyżowane?

— Och, choć raz bądź cicho, dobrze? — Martinez przecisnął się obok Rolanda w stronę swego pokoju.

Głos Rolanda prześladował go.

— Czy chcesz, bym podjął twoją sprawę?

Martinez zatrzymał się przy swoich drzwiach. W gardle wezbrał mu dziki śmiech.

— Ty? Chcesz wstawić się za mną u lady Suli?

— Z kimś porozmawiać. — W łagodnym spojrzeniu Rolanda pojawiła się nuta zaciekawienia. — Na czym dokładnie polega problem? Wydawało mi się, że pochwyci szansę, którą jej oferowałeś.

— Problem polega na tym — oznajmił Martinez przez zaciśnięte zęby — że to wariatka.

— Dobrze, że dowiedziałeś się o tym teraz, a nie później — stwierdził współczująco Roland.

Współczucie brata było ostatnią rzeczą, której w tej chwili Martinez potrzebował. To samo dotyczyło pomocy. Życzył więc bratu dobrej nocy i poszedł do siebie. Zerwał marynarkę i w gniewie rzucił na łóżko, a potem skakał na jednej i na drugiej nodze, zdejmując buty i wkopując je pod meble.

To ona do mnie zadzwoniła, myślał z zimną pasją. To Sula nawiązała kontakt po swej poprzedniej ucieczce. To właśnie ona wjechała windą na spotkanie, gdy wychodził z „Korony”. To ona go szukała.

Cóż. Poszukiwania najwyraźniej się skończyły.

Martinez przez chwilę patrzył gniewnie na tapetę, a potem mimowolnie opuścił wzrok na komunikator.

Zadzwoń do niej, pomyślał. Zadzwoń do niej i zażądaj wyjaśnień.

Postąpił krok ku komunikatorowi i zatrzymał się. Nic mu nie wyjaśniała za pierwszym razem, gdy od niego odeszła. Skąd nadzieja, że teraz mu coś wyjaśni?

Usiadł na łóżku, jego wielkie dłonie zwisały bezużytecznie między nogami.

Znowu wstał. Potem usiadł. Potem rzucił się do komunikatora.

Sula nie odpowiedziała. Gdy włączyła się automatyczna poczta głosowa, Martinez przerwał połączenie.

Nie chciał zostawiać wiadomości. Z wiadomości mogłaby się śmiać.

„Dobrze, że dowiedziałeś się o tym teraz, a nie później”. Słowa Rolanda brzmiały echem w jego czaszce.

Martinez zadzwonił znowu po dwudziestu minutach. I ponownie po godzinie.

Wiedział, że Sula musi być w swoim mieszkaniu. Wyobraził sobie: siedzi przed displejem komunikatora, obserwuje, jak wezwania rejestrują się jedno po drugim, a w jej zielonych oczach pobłyskuje pogarda.

Podszedł do okna i wpatrywał się w ciemną, pustą ulicę. Przez wiatr zawodzący nad okapami wyraźnie słyszał dźwięk marzeń, spokojnie zamieniających się w pył.

* * *

Sula leżała skulona w swym brzydkim łożu Sevigny i przyciskała do piersi poduszkę, jakby to był kochanek. Jasne poranne światło wpadało przez szczelinę w zaciągniętych zasłonach. Sulę piekły oczy. Łóżko nadal słabo pachniało Martinezem, a poduszka była mokra od łez.

Nie płakała przez lata, od chwili gdy wzięła poduszkę, bardzo podobną do tej, i przycisnęła do twarzy Caro Suli. Tamten wysiłek wysuszył w niej ostatnie łzy i zmienił ją w kamień na wysokim, zimnym górskim pustkowiu. Zajęła pozycję społeczną Suli i przeniosła się do miejsca, które dla tamtej zarezerwowano, i przez cały czas pogardzała wszystkimi, których zwiodła, którzy — jak Jeremy Foote — uważali się za koronę stworzenia. Widziała, co Górne Miasto uważało za obycie, i wiedziała, że żaden z tych rzekomych wyrafinowanych światowców nie widział tego, co widziała ona, żaden nie ośmieliłby się dokonać wyborów, których ona ochoczo dokonała.

To wszystko skończyło się wraz z Martinezem. Kiedy się zjawił, poczuła pierwszy deszcz w jałowej pustce, którą nazywała sercem. Zazieleniła się pod jego dotykiem, rozkwitła niczym pustynia po pierwszych deszczach.

A teraz nieustępliwa dłoń wyrzutów sumienia znowu wyżymała z niej tę wilgoć, kropla po kropli.

Dlaczego nie mogę mu zaufać? Gniew zwinął w pięści jej dłonie. Tłukła w poduszkę, jakby wybijała życie z jakiegoś wroga.

Zadzwonił budzik, przypominając, że trzeba złożyć zeznanie na procesie Blitshartsa. Wątpiła, czy w ogóle zmrużyła oczy. Wstała z łóżka i poczuła dźgnięcie bólu w zesztywniałych plecach.

Wzięła prysznic i włożyła mundur polowy. Nalała filiżankę herbaty, ale nie mogła się zmusić do jej wypicia. Displej komunikatora świecił z biurka we frontowym pokoju — w pewnej chwili, w czasie długich rozpaczliwych nocnych godzin, kazała komunikatorowi odrzucać wszystkie zewnętrzne wezwania i poświęcić się całkowicie zbieraniu wszelkich dostępnych informacji o Parowskim Banku Genów. Załadowała informacje do swego displeju mankietowego i przeglądała je w taksówce, i później, czekając na wezwanie do złożenia zeznań.