A później, gdy Martinez milczał, Roland znowu się nachylił i powiedział mu do ucha, jedwabiście mrucząc:
— Wiesz, pomyślałem sobie, że może to odpowiednio skieruje twoje zainteresowania.
DZIEWIĘĆ
Martinez wędrował przez Pałac Yoshitoshich otumaniony. Głowę, niezdolną zebrać myśli, zalewały przypadkowe fale czystych emocji: najpierw ślepego gniewu, potem dziwacznej wesołości, abstrakcyjnej ironii, i głębokiego wstrętu. Wstręt i ironia zdawały się dominować; uczucia tak silne, że czuł ich smak.
Ironia smakowała jak kawowe fusy, a wstręt jak miedź.
Gracja i subtelne maniery, myślał, dobrze skrojone mundury, brokat i wyszywanki z pereł — a w środku nie ma nic. Tłuste, bezwłose zwierzęta, mielące zębami trzonowymi, żuchwami ociekającymi gęstym sokiem wspólnego koryta.
Chciał na nich wrzasnąć. Wrzasnąć. Ale nie słuchaliby, nie zaprzestali żarcia, nawet gdyby nagle z mgły wynurzyli się Naksydzi, grożąc, że rozwalą ten cały cuchnący chlew.
Martinez znalazł Terzę przy papierowym parawanie, całkowicie białym z wyjątkiem jednego bladoniebieskiego panelu. Jej suknia stanowiła promienny kontrast z surowością panującego wokół stylu. Uszyta w bardzo popularnym od chwili rozpoczęcia wojny, ozdobnym i wyszukanym stylu, w kolorze głęboko złocistym z wzorem zielonej roślinności i jaskrawych szkarłatnych kwiatów. Cała we frędzlach i falbanach, z rozcięciami, odsłaniającymi satynową halkę. Włosy Terzy, związane białą żałobną nicią, pokrywała delikatna siateczka białych kwiatuszków. Dziewczynę otaczała grupa przyjaciółek, a ona zdawała się ich słuchać ze staranną uwagą.
Martinez zawahał się na jej widok, a potem przeszedł przez tłum i stanął u jej boku. Odwróciła się do niego, rozchylając wargi w nieśmiałym uśmiechu.
— Kapitanie Martinez.
— Milady — odpowiedział. Odwrócił się do jej przyjaciółek. — Proszę wybaczyć, że zabiorę lady Terzę.
Odprowadził ją na stronę, bocznym korytarzem. Nerwy wysyłały sygnały sprzecznych impulsów: śmiać się, jęczeć, zerwać z siebie ubranie i z wrzaskiem pomknąć holem. Zamiast tego zapytał:
— Czy pani ojciec z panią rozmawiał?
— Tak — odpowiedziała łagodnym głosem. — Tuż przed naszym wyjściem z domu.
— Otrzymała pani tę wiadomość przede mną. — Terza poruszała się z doskonałą gracją w swej wymyślnej, szeleszczącej sukni. Martinez na chybił trafił nacisnął klamkę jakichś drzwi. Otworzyły się na sypialnie-salon: ponure łóżko w czerniach i bielach i jasnopopielate biurko, z papierem, szklanymi piórami do kaligrafii i laską gotowego do użycia tuszu. Wciągnął dziewczynę do środka i zamknął drzwi.
— Przepraszam za nici żałobne. — Terza gestem wskazała swoje włosy. — Wiem, że nie powinnam nosić żałoby, kiedy jesteśmy zaręczeni, ale ojciec rozmawiał ze mną po tym, jak już się ubrałam.
— Wszystko w porządku — odparł Martinez. — Z tego, co słyszałem o lordzie Richardzie, wynika, że w pełni zasługuje na żałobę.
Terza odwróciła wzrok. Zapadła niezręczna cisza. Martinez ujął swe myśli w karby.
— Niech pani posłucha — powiedział. — Jeśli pani tego nie chce, odwołamy to. I po wszystkim.
Przez jej twarz przemknęło niewyraźne zdziwienie.
— Ja… — Jej wargi ułożyły się w słowo, którego nie wypowiedziała. Jej wzrok przeskoczył na Martineza. — Nie sprzeciwiam się — oznajmiła. — Wiem, że rodziny aranżują takie rzeczy. Moje zaręczyny z lordem Richardem zostały zaaranżowane.
— Ale przynajmniej znała go pani. Obracaliście się w tym samym kręgu. Mnie pani ledwie zna.
Terza płynnie skinęła głową.
— To prawda, ale… — W jej oczach igrała jakaś myśl. — Jest pan osobą, która odnosi sukcesy i na której można polegać. Jest pan inteligentny. Pana rodzina ma pieniądze. O ile mogę stwierdzić, jest pan uprzejmy. — Suknia zaszeleściła, gdy Terza uniosła dłoń i dotknęła rękawa Martineza. — U męża to zalety.
Martinez czuł, jak świat wiruje w zawrotnych pętlach wokół małego pokoju z biurkiem i ascetycznym małym łóżkiem. Patrzył na stojącą przed nim młodą kobietę, na idealnie wyszkolone ciało i jego gibki wdzięk, na eleganckie dłonie, na śliczną pogodną twarz, gładką skórę i zastanawiał się, czy to, co ogląda jest całkowicie sztuczne — czy to wytrenowana reakcja kobiety, która zna i wykonuje swoje obowiązki wobec klanu, choć może czuć do tego obrzydzenie. A jeśli przypadkiem za słowami kryją się szczere uczucia? Czy pod warstwą brokatu i elegancji, jest ona jednym z tych zmorowatych stworzeń, które widział stłoczone przy korycie, czy też jest tym, czym się wydaje — piękną i łagodną istotą ludzką?
Nawet jeśli była zmorą, nawet jeśli za maską skrywała się chciwość i wyrachowanie, to co z tego? W takim wypadku jedyne właściwe postępowanie to dopchać się do koryta i złapać dla siebie, co się da. Funkcja w eskadrze Michi Chen to tylko przekąska.
A jeśli Terza Chen była tym, czym się wydawała, to jeszcze lepiej i był szczęściarzem. Sula kiedyś nazwała go największym szczęściarzem we wszechświecie. Z pewnością miał sporo szczęścia, że uciekł od Suli. Może Terza Chen była następnym wielkim szczęśliwym trafem?
W dali zadźwięczał gong na kolację. Goście weselni kierowali się ku sali balowej, gdzie zastawiono stoły.
Spojrzał na Terzę i położył dłoń na jej dłoni.
— Po prostu pamiętaj: miałaś swoją szansę ucieczki — powiedział.
Świadomy lekkiego dotyku jej ramienia — nie dotyku kobiety, którą kochał, lecz kogoś obcego — Martinez odwrócił się i poszedł z Terzą ku oczekującemu ich losowi.
Zebrawszy informacje na temat Banku Genów, Sula nie odkryła luk w przepisach określających działanie banku i po chwili łzy zaczęły jej przesłaniać widok displeju. Drgnęła zdziwiona melodyjnym sygnałem komunikatora. Wytarła spuchnięte oczy wierzchem dłoni i odebrała wiadomość. Kilka minut później kwitowała pakiet rozkazów z Dowództwa.
Jej urlop oficjalnie się skończył i następnego dnia miała dołączyć do sztabu Dowódcy Floty Ro-daia, kierującego ciałem o nazwie „Zarząd Konsolidacji Logistycznej” z siedzibą w biurowcu w Dolnym Mieście.
Sula odgrzała poranną herbatę i osłodziła ją syropem z trzciny cukrowej. Przeglądała rozkazy, wydrukowane na szeleszczącym uszlachetnionym papierze Dowództwa.
„Poleca się pani stawienie o godzinie 09:01 w pokoju 890 Dix Building”… Było to takie konkretne: kremowy papier, ostre kontury liter, bezpośrednie i jasne sformułowania rozkazu. I ta rzeczywistość spowodowała, że Sula podjęła decyzję.
Pójdzie za róg, do Pałacu Shelleyów i zobaczy się z Martinezem. Zmusi go do rozmowy, jeśli to potrzebne, utrzymując, że dostała rozkazy z Dowództwa — przecież ma w ręku kopertę i papier. Powie Martinezowi, że nie jest prawdziwą lady Sulą, ale uzurpatorką, która zajęła jej miejsce. Zda się na jego łaskę. „Uderz mnie, napluj mi w twarz, wydaj mnie władzom… albo się ze mną ożeń”.
Jego wybór.
Pomysł był tak niebezpieczny, że poczuła spodziewany napływ adrenaliny i zjeżyły się jej włoski na karku. W głębi duszy poczuła śpiew dzikiego wichru wyzwolenia. Ujawnienie sekretu zdawało się upijać jak wolność.
Sula umyła twarz i nałożyła makijaż. Włożyła rozkazy z powrotem do koperty. Usiłowała znów ją zapieczętować, ale uznała, że nie ma to znaczenia. Mimo wszystko, nie były to tak naprawdę rozkazy dla Martineza.