Nadzieja ogarnęła jej serce. Wyprostowała ramiona, założyła czapkę mundurową i wyszła z mieszkania z szeleszczącą kopertą w lewej ręce. W jej mózgu takt wybijał werbel, kiedy maszerowała po chodniku we właściwym wojskowym stylu. Na rogu wykonała staranny zwrot w prawo i przedefilowała przed front Pałacu Shelleyów.
Na jej dzwonek zareagowała jedna z brzydkich pokojówek sióstr Martineza.
— Z kapitanem Martinezem, proszę. Rozkazy z Dowództwa — oznajmiła.
Służąca, lekko zaczerwieniona, miała twarz wykrzywioną w uśmiechu, który świadczył o tym, że Sula przerwała jej niezły chichot.
— Kapitana Martineza nie ma w domu, milady. Chyba jest ze swoją narzeczoną.
— Mam na myśli lorda Garetha — uściśliła Sula — nie lorda Rolanda. — I pomyślała natychmiast, ale o wiele za późno: „czyżby Roland się żenił?”.
Służąca wyglądała na trochę zdziwioną.
— To lord Gareth się żeni, milady. Z lady Terzą Chen. Wszystkim nam to niedawno powiedziano. — Zaszokowana mina Suli chyba ją zdziwiła. — Jeśli to pilne, może pani próbować go znaleźć w Pałacu Chenów, panienko.
— Dziękuję — powiedziała Sula. — Właśnie tak zrobię. Drzwi się zamknęły.
— Aha — powiedziała Sula.
Uratowały ją wojskowe odruchy. Choć w kolanach nagle zabrakło siły, Sula zdołała wykonać obrót, zwrot o dziewięćdziesiąt stopni na ulicy i następny zwrot na rogu.
Po drodze do mieszkania poszarpała kopertę i jej zawartość na drobne kawałeczki.
Dziwka, dziwka! On należał do mnie.
— Gratuluję nowego zięcia — powiedział lord Pezzini. — Teraz rozumiem, dlaczego z takim uporem promował pan jego karierę.
Lord Chen, spojrzał na Pezziniego. Miał myśli przepełnione goryczą, twarz bez wyrazu.
— Dziękuję, milordzie — powiedział. — Choć wierzę, że pomoc, którą usiłowałem okazać kapitanowi Martinezowi, spowodowały wyłącznie jego zasługi.
Wargi Pezziniego wykrzywiły się w protekcjonalnym uśmiechu.
— Oczywiście — powiedział.
Lord Chen rozważał, co z tym uśmieszkiem zrobiłby wymierzony otwartą dłonią policzek, i smakował ten obraz oczyma duszy, gdy razem z Pezzinim szli do ponurej, cichej sali posiedzeń Zarządu.
Pezzini nie był pierwszym, który uśmiechem wyższości zareagował na tę nowinę. Kiedy poprzedniego popołudnia na weselnym bankiecie ogłoszono zaręczyny Terzy z Martinezem, nastąpiły uprzejme brawa i gratulacje, ale Chen widział spojrzenia wymieniane przez gości — zdziwienie, po którym następowało poczucie wyższości, litość i pogarda. Jeszcze jedna wielka stara rodzina spadła do poziomu klanu parweniuszy Martinezów. Ngeni, Yoshitoshi, a teraz Chen. Jakąż zachętę zaproponował lord Roland, by przekonać lorda Chena do zgody na taki pośpieszny, niewskazany alians? I jakież to roje wsiowych, nieokrzesanych kuzynów, bratanków i siostrzenic Martinezów wyroją się niedługo w Górnym Mieście, by ograbić wielkie rodziny z ich synów i córek?
Zachęty Rolanda Martineza były rozliczne. Rozliczne były również zawoalowane groźby. Forsowanie linii obrony lorda Chena zabrało Rolandowi cały ranek. Raz czy może nawet dwukrotnie Chen chciał już wołać służbę, by wyrzuciła Rolanda z domu.
Nawet teraz ledwie wierzył, że oddał swoją córkę — nie, poprawił się bezlitośnie, nie oddał. Sprzedał.
Sprzedał człowiekowi, który bez wątpienia na swój sposób zasługiwał na pochwały. Sprytny — to właściwe określenie — pomysłowy osobnik, który radził sobie dobrze w wybranej dziedzinie, ale w żadnym wypadku nie zasługiwał na mariaż z którymś z Chenów. Sam fakt, że był użyteczny, wcale nie oznaczał, iż zasługuje, by być ojcem następnego dziedzica klanu. No bo kim byli jego przodkowie? Ilu pałaców w Górnym Mieście byli właścicielami? Ile stuleci nimi władali?
Terza dobrze przyjęła tę wiadomość. Po prostu pochyliła głowę, pomyślała przez chwilę i powiedziała łagodnie: „Tak, ojcze”. Widok córki, która w swoim pokoju otrzymuje taką wiadomość, ubrana w wykwintną suknię, mając nadal we włosach żałobne wstążki po lordzie Richardzie, omal nie złamał Chenowi serca.
Lady Chen okazała się o wiele mniej rozsądna. Wrzeszczała, płakała i groziła, a kiedy nic nie poskutkowało, zamknęła się w swoim pokoju i odmówiła pójścia na wesele Yoshitoshiego. Lord Chen miał wrażenie, że już nic więcej nie zdoła zrobić, by namówić żonę do uczestniczenia w ślubie własnej córki To kwestia szczęścia, myślał lord Chen, kiedy zajmował miejsce przy czarnym jak noc stole w sali Zarządu. Klan Martinezów miał szczęście, a klan Chenów nie. Potrzebował szczęścia Martinezów.
Ale pewnego dnia, przyrzekał sobie, szczęście się odwróci. Klan Chenów powróci do poprzedniej chwały i stanie samodzielnie, bez żadnej pomocy.
Wtedy jego córka stanie się wolna. Nie będzie już zakładnikiem złego losu. Będzie mogła pozbyć się tego kompromitującego małżonka i prowadzić życie godne dziedziczki jednej z wielkich rodzin imperium.
Tak przyrzekał sobie lord Chen. A do tej pory, jeśli Martinez nie będzie traktował Terzy z najwyższym szacunkiem, jeśli podniesie na nią rękę albo zada jej cierpienie, to on, Chen, chce widzieć Martineza trupem.
Wysoko urodzony par mógł zaaranżować niektóre sytuacje. Istnieli klienci klanu Chen, którzy zajmowali się rzeczami niezbyt zgodnymi z prawem i którzy bardzo by chcieli wyświadczyć przysługę głowie klanu. Zięć uśmiercony w tajemniczy sposób — to dość łatwo zorganizować.
Chen zwracał uwagę na innych wchodzących do sali członków Zarządu. Po cichu lobbował u nich na rzecz przyjęcia planu ewakuacji stolicy — planu tego użytecznego człowieka Martineza — i perswazja Chena odnosiła skutek. Prócz Chena troje chciało promować tę koncepcję w Konwokacji, ale troje nie wystarczało. Równoważyły ich trzy głosy, na jakie mógł liczyć Tork.
To prawdopodobnie spowoduje impas w głosowaniu. Gdyby tylko lord Said wyznaczył lady San-torath swoim następcą, cała sprawa byłaby rozwiązana, ale lord senior chyba się z tym nie śpieszył. Z powodu tej zwłoki lord Chen zgrzytał zębami. Prawie czuł na karku nacisk fali nacierających Naksydów.
Wkroczył lord Tork, a z nim grupa trzech oficerów floty w pełnym galowym umundurowaniu. Pierwszy z nich był Lai-ownem w mundurze starszego kapitana, a pozostali to najwyraźniej jego adiutanci, Terranin i Torminelka. Ta ostatnia w ciężkich, ciemnych okularach, chroniących jej wielkie oczy.
Lord Chen uważnie przyglądał się przybyszom. Czarne naszywki, myślał, to znaczy Sekcja Wywiadu. Przed wojną Sekcja Wywiadu była chyba najmniejszą jednostką we flocie — mimo wszystko nie było wroga, o którym należało zbierać informacje. Rywal sekcji, Służba Śledcza kierowana przez Lorda Inspektora Snowa, badająca kryminalną działalność w obrębie floty, rozkwitała kosztem konkurentów. Ale Służba Śledcza otrzymała policzek za to, że nie odkryła planów buntowników, a Sekcja Wywiadu dostała nowy cel i nowe fundusze. Próbowała stosować pomysłowe metody monitorowania wroga, a nawet umieszczania szpiegów na terytorium opanowanym przez Naksydów, ale obecnie większość pracy polegała na analizowaniu możliwości buntowników. Rada regularnie otrzymywała sprawozdania od Sekcji Wywiadu i innych służb, zbierających informacje, jednak w grupie, która weszła z Torkiem, nie było nikogo znajomego.
Dwoje adiutantów cicho zamknęło drzwi, izolując Radę Floty i jej gości w wyciszonej, słabo oświetlonej sali. Sekretarz rady, Cree, wziął swój rylec i ustawił nagrywarki, które zapiszą przebieg zebrania dla potomności. Adiutantka Torminelka zdjęła okulary.