— Moich też — rzekł Ahn-kin.
— I moich — dodał lord Chen. Członkowie Zarządu spojrzeli na niego. — Posiadam statki — przypomniał — i znam się na projektach statków. — Poklepał displej przed sobą. — To są okręty wojenne pod każdym względem z wyjątkiem uzbrojenia i właściwych schronów dla załogi, ale stocznie floty mogą w krótkim czasie uzupełnić te braki — Spojrzał na Ahn-kina. — Czy dysponujecie oceną, kiedy te jednostki zostaną ukończone?
— Przynajmniej dwa z nich powinny już być gotowe. Te dwa budowano na Loatynie i przechodziły testy, kiedy wybuchła rebelia. Ponieważ Loatyn wkrótce potem poddał się rebeliantom, chyba możemy uznać, że zakończyła się ich przebudowa i dołączyły do wrogiej floty. Przynajmniej trzy dalsze powinny dołączyć do floty lada dzień. Wyposażanie pozostałych pięciu może się właśnie kończyć, ale ponieważ trzy z nich muszą być wyposażone aż na Naxas, znajdują się one co najmniej dwa miesiące drogi od głównej wrogiej koncentracji przy Magarii.
Lorda Chena zmroziło, gdy pomyślał nagle o strategii maskującej lorda Saida, o fałszywych wiadomościach od dysydentów, które według lorda seniora opóźniały atak rebeliantów. Nie wiadomo, czy Naksydzi wierzyli tym wiadomościom, ale to nie rzekoma konspiracja opóźniała ich atak. Opóźniali go sami, gdyż czekali na nowe fregaty, które zapewnią im miażdżącą przewagę nad lojalistami.
Naksydzi wkrótce będą mogli wystawić czterdzieści pięć okrętów przeciwko dwudziestu pięciu broniącym stolicy, a liczba atakujących wzrośnie do pięćdziesięciu trzech, jeśli uwzględnić pięć statków z Protipanu. Bez względu na to, jak wspaniale by manewrował lord Dowódca Floty Kangas, jednak z tak przeważającymi siłami wygrać nie miał szans. Lojaliści zostaliby zalani i unicestwieni.
Członkowie Zarządu zadali jeszcze kilka pytań, odzwierciedlających ich oszołomienie i brak nadziei, po czym odprawiono oficerów z Sekcji Wywiadu. Zapadło długie, otępiałe, rozpaczliwe milczenie. W końcu odezwał się lord Tork.
— Milordowie — powiedział powoli. — Stało się teraz oczywiste, że nie możemy się spodziewać, że utrzymamy Zanshaa. Musimy przyjąć inny plan.
— Plan Martineza? — spytał z naciskiem Chen i poczuł podłe ukłucie satysfakcji, widząc krzywą minę Pezziniego.
Lord Tork zwrócił swą bladą twarz ku Chenowi.
— Lord Sald, relacjonując mi pańską niedawną wizytę, nazwał to „planem Chena”. Może powinniśmy utrzymać to określenie.
Lord Chen, który właśnie zdał sobie sprawę, że Tork wiedział o odbytej za jego plecami wizycie u lorda seniora, uznał, że nie okaże zażenowania.
— Wasza lordowska mość przypisuje mi zbyt wiele — oznajmił. Lord Tork zwrócił swą żałobną twarz ku pozostałym członkom Zarządu.
— Zażądam natychmiastowej rozmowy z lordem Saidem — oznajmił. — Ufam, że wszyscy będziecie przy niej obecni?
Lord Chen wstawał z fotela, wspominając swoją desperację w ciągu ostatnich kilku dni, swoje gorączkowe wysiłki lobbystyczne, mające na celu zmuszenie rządu, by przyjął ten plan, który lord Tork i inni konserwatyści po prostu zaakceptowali bez słowa sprzeciwu… a potem wpadła mu do głowy dziwna myśclass="underline" Czyżby już działało tu szczęście Martinezów?
Walpurga miała podczas swojego wesela wyraz twarzy na poły zamyślony, na poły zaciekawiony, jakby z zainteresowaniem obserwowała dziwaczne rytuały plemienia Yormaków.
Natomiast P.J. Ngeni wyglądał tak, jakby uczestniczył we własnym pogrzebie.
W punkcie kulminacyjnym rytuału zaślubin Walpurga przysiadła na brzegu łóżka, dyndając nogami, a pan młody siedział na podłodze, trzymał jej stopy na kolanach i zdejmował jej pantofle. Może w większości domów ta ceremonia odbywała się w prawdziwej sypialni, ale w Pałacu Shelleyów — tak jak przed dwoma dniami w Pałacu Yoshitoshich — przeniesiono wielkie łoże do salonu.
Na wesele Walpurgii przyszło znacznie mniej gości niż na wesele Vipsanii. Okoliczności zaślubin chyba wymagały mniejszego świętowania i każda z rodzin zaprosiła tylko najbliższych. W sumie przybyło około pięćdziesięciu osób.
P.J. rozwiązał wstążki jednego pantofla i z melancholijną miną na swej długiej twarzy zastygł, by umożliwić zrobienie zdjęć. Z ramionami skrzyżowanymi na piersiach stał obok niego Lord Pierre Ngeni, by zagwarantować, że kuzyn się z tym wszystkim upora. Roland, widocznie bardziej ufając w pomyślne zakończenie, zajął miejsce dalej i uśmiechał się swobodnie.
Martinez patrzył na to z większym współczuciem niż zamierzał i zastanawiał się, jaki wyraz jego twarzy uwiecznią fotografowie za dwa dni na jego własnym ślubie.
P.J. zakończył rytuał przy uprzejmych oklaskach. Paznokcie nóg Walpurgi, polakierowane jaskrawym odcieniem szkarłatu, pasowały do sukni weselnej z czerwono-złotej materii. Para wstała i znowu się pocałowała przy akompaniamencie brzęczących kamer.
Martineza ogarnął nagły gniew. Nie chcę, żeby mój ślub był taką farsą, myślał.
Walpurga włożyła pantofle i tłum zaczął się rozpraszać. Martinez podszedł do Terzy. Obserwowała ceremonię z radosnym uśmiechem. Martinez uznałby go za dziwaczny, ale w czasie ich krótkiej znajomości dowiedział się już, że to zwykły wyraz jej twarzy, pod którym ukrywała prawdziwe myśli.
Terza, widząc, że do niej podchodzi, uśmiechnęła się w inny sposób — Martinez miał nadzieję, że to bardziej szczery uśmiech. Próbował spędzać jak najwięcej czasu ze swą przyszłą żoną, chociaż z powodu tylu pośpiesznych przygotowań sprowadziło się to do kilku godzin. Ojciec Terzy zajmował się wyłącznie Konwokacją i Zarządem Floty, matka w ogóle odmówiła udziału w przygotowaniach, a wielu krewnych uciekło ze stolicy, więc Terza była zmuszona do organizowania własnego wesela. I miała na to jedynie kilka dni.
— Musisz sprawić, by zaszła w ciążę — napominał go dziś rano Roland. — Powiedz jej, że chcesz dzieci natychmiast, że powinna usunąć implant i zażyć progesten czy coś w tym rodzaju, by wywołać jajeczkowanie. — A kiedy zirytowany Martinez spytał go, dlaczego, do diabła, ma to robić, Roland cierpliwie wyjaśniał: — Kiedy po wojnie rodzina Chenów znów stanie na nogi, tata Chen może zmuszać córkę, by się z tobą rozwiodła. Chcę, żebyś wtedy był już ojcem paru brykających dziedziców. A jeśli Chen spróbuje ich wydziedziczyć na korzyść dzieci jakiegoś innego ojca, klan Martinezów doręczy mu pozew, który go usadzi.
Martineza nie uradowało to, że Roland już planuje wszystko, włącznie z jego rozwodem.
— Przejdziemy się po ogrodzie? — zaproponował teraz Terzie.
— Chętnie.
Ogród na podwórcu Pałacu Shelleyów był stary i zarośnięty, ocieniony skomplikowanym gmachem pałacu, budowanego w ciągu wielu wieków i w różnych stylach. Obydwoje stali przed alegorią Triumfu Cnoty nad Występkiem. Dwie centralne postacie były tak stare i zniszczone, że ich twarze stały się niemal identycznymi abstrakcjami: miały skorodowane ślepe oczy nad zapadniętymi, żałobnymi ustami.
— Kto to taki? — spytała Terza, wskazując na starszą Terrankę w lekkiej letniej sukience, spacerującej wśród wybujałych krzaków forsycji. — Nie jest ubrana na wesele.
— Nie jestem pewien kto to — odrzekł Martinez. — Ale, rozumiesz, do nas należy tylko przód pałacu. Krewni, klienci i emerytowani służący Shelleyów mieszkają na zapleczu. Jest ich tam cały tłum, a ja mieszkałem tu dość krótko i nie wszystkich poznałem.
— Czasami mam ten sam problem w naszych majątkach — powiedziała Terza — choć oczywiście powinnam ich znać, wszyscy pracują dla nas.