Выбрать главу

Martinez ujął Terzę pod ramię i prowadził ją od skorodowanych posągów po starym, nierównym ceglanym chodniku, gdzie mech tłumił odgłos stóp.

— Wyobrażam sobie, że bycie dziedziczką Chenów to ciężka praca.

— Jeszcze nie. — Spojrzała na niego. — Mój ojciec przekazał mi pod opiekę kilku swoich klientów i kilka posiadłości. Ale to nie jest prawdziwa praca. Teraz mam mnóstwo czasu na muzykę i życie towarzyskie.

— Może chce, żebyś cieszyła się wolnością, póki jesteś młoda. Terza zamyśliła się.

— Może częściowo. Ale przypuszczam, że chciał wiedzieć, kim będzie mój mąż, zanim zaplanuje moje kształcenie, tak, abyśmy oboje mogli uzupełniać się wzajemnie pod względem naszych celów życiowych.

Martinez spojrzał na nią.

— To dziwne.

— Co masz na myśli?

— Pewnego dnia zostaniesz lady Chen. Twój mąż będzie lordem Chenem tylko dzięki tobie. To on powinien się dopasować do twoich ambicji, a nie odwrotnie.

Jej ciężkie jedwabie zaszeleściły. Terza uśmiechnęła się zamkniętymi ustami i spojrzała na zarośnięty mchem chodnik.

— To wspaniałomyślny pogląd. Tak więc, jeśli postanowię robić karierę w Ministerstwie Infrastruktury, zrezygnujesz ze swojego patentu oficerskiego, by mi towarzyszyć w delegacjach?

Martinez poczuł, jak serce nabiera szybszego, niespokojnego rytmu.

— Miejmy nadzieję, że żadne z nas nigdy nie będzie musiało podejmować takich decyzji — odrzekł.

Uśmiechnęła się szerzej, ale powieki miała spuszczone.

— Miejmy nadzieję, że nie. — Spojrzała na niego. — Ale, mówiąc z całą powagą, nie sprzeciwiałbyś się mojej karierze zawodowej?

— Nie, absolutnie nie. Ale czy bycie lady Chen nie jest karierą samą w sobie? — Jego ojciec nigdy nie zajmował się niczym innym prócz bycia lordem Martinezem z Laredo i sprawiało to wrażenie pełnoetatowej pracy.

— Tak sądzę — przyznała. — Ale pewne doświadczenie administracyjne może być przydatne w zarządzaniu przedsiębiorstwami rodzinnymi i później w Konwokacji.

O to ostatnie nie musiała się z pewnością niepokoić. Głowę klanu Chen zawsze kooptowano do Konwokacji, razem z przywódcami około czterystu innych rodzin — ta historyczna tradycja nie podobała się mniej uprzywilejowanym parom, jak lord Martinez.

— A ponadto mamy wojnę — dodała Terza. — Chcę robić, co się da, by… och.

— Nie ruszaj się. — Martinez opadł na kolano i wyplątał tren jej sukni z natrętnej hortensji. Spojrzał w górę, na twarz narzeczonej.

— Dziękuję — powiedziała.

— Proszę bardzo.

Przez chwilę milczeli. Martinez klęczał u jej stóp, a potem Terza podała mu dłoń i pomogła wstać. Czuł ciepło jej dłoni przez miękką, cienką jak papier, skórzaną rękawiczkę. Szli dalej po ogrodowej ścieżce.

— Może spróbuję znaleźć posadę w Ministerstwie Prawa i Zwierzchnictwa — powiedziała Terza, wymieniając cywilne ministerstwo, które pod kierownictwem Zarządu Floty utrzymywało flotę i mniejsze pokrewne służby. — W ten sposób będę pomagać zarówno mojemu ojcu, jak i memu mężowi.

— To… szlachetny pomysł — powiedział Martinez. Wyczuła wahanie w jego głosie i uniosła brwi.

— Niezupełnie to aprobujesz?

— Nie, nie o to chodzi. — Martinez starał się jak najlepiej sformułować myśl, która wleciała mu do mózgu na skrzydłach chłodu. — Może powinnaś poszukać innego ministerstwa, to wszystko. Jeśli zwyciężą Naksydzi, będzie wtedy bardziej prawdopodobne, że… zostawią cię w spokoju.

Smutek pojawił się na wargach Terzy.

— Uznałam, że zgadywanie, co mogą zrobić Naksydzi, jest bezcelowe.

Nerwy zagrały mu melancholijną nutą. Ach, Rolandzie, pomyślał Martinez, czy wziąłeś pod uwagę, że może sprowadzamy śmierć na tę dziewczynę?

Podeszli do innej grupy rzeźb, przedstawiających alegorię trudniejszą do rozszyfrowania niż tamta poprzednia. Kobieta lała wodę z dzbana do sadzawki, a wąsaty mężczyzna w wysokim, spiczastym kapeluszu obserwował ją, brzdąkając na cebulastym instrumencie strunowym. Na lewym ramieniu kobiety umieszczono wielkiego, dumnego z siebie ptaka. W powietrzu czuło się wilgoć i zapach mchu i lilii.

Martinez ujął obie dłonie Terzy. Widział, jak jej szyja pulsuje tętnem. Dziewczyna spoglądała chwilę na niego, pytającymi oczami, a potem nachyliła twarz, by ją pocałował. Jej wargi były ciepłe i elastyczne.

Nie całował jej wcześniej tak prawdziwie. Wymienili formalne pocałunki, kiedy ogłoszono zaręczyny, ale to było dla publiczności. Teraz całowali się tylko dla siebie.

Martinez od razu pomyślał o podnieceniu, jakie smakował na wargach Suli, o tym, że jej pocałunek zawsze obiecywał ogień i namiętność. Tej pasji tu brakowało — była jedynie wdzięczna zgoda i pełna nadziei ciekawość.

Uznał, że na początek nie jest to złe. Objął Terzę, wdychał ciepły zapach jej włosów. Woda z dzbana kamiennej kobiety pluskała, cicho chichotała.

Jego komunikator mankietowy zagrał melodyjnie. Martinez zaśmiał się usprawiedliwiająco, puścił dziewczynę z objęć i przyjął wezwanie. Na displeju zobaczył twarz Vonderheydte’a, dawnego młodszego porucznika na „Koronie”.

— Milordzie — powiedział Vonderheydte.

— Poruczniku — odpowiedział zaskoczony — Jak się pan ma?

— Doskonale, milordzie, dziękuję. — Vonderheydte oblizał wargi i rozpłynął się w uśmiechu. — Chodzi o to, milordzie, że jutro się żenię. Chciałbym pana zaprosić.

Martinez wybuchnął śmiechem. Motyw ślubu powtarzał się zbyt wiele razy. Podniosły nastrój, potem farsa, a w końcu parodia. Przy takim tempie jego własny ślub będzie wart jedynie przypisu.

Nagle Martineza uderzyła trzeźwiąca myśl.

— Chwileczkę, przecież żenił się pan już przedtem dwukrotnie?

— Tak — przyznał Vonderheydte — ale z Daphne to co innego. Tym razem znalazłem właściwą kobietę.

— Miło mi to słyszeć — odparł Martinez. — Jeśli będę mógł, przyjdę i będę zaszczycony.

— Hotel „Imperium”, lordzie kapitanie. Empirejska Sala balowa, godzina 16:10.

— Doskonale — powiedział Martinez. — Będę tam, chyba żeby wypadło mi coś bardzo pilnego.

Martinez zgasił ekran i spojrzał na Terzę.

— To jeden z moich oficerów — wyjaśnił, a potem się poprawił — moich byłych oficerów.

— Zorientowałam się.

— Czy chciałabyś pójść ze mną na wesele? Może podpatrzymy jakieś użyteczne pomysły.

Terza uśmiechnęła się.

— Pamiętaj, że muszę zorganizować nasze własne wesele następnego dnia. Do tego czasu raczej nie znajdę wolnej chwili.

— Ach. — Popatrzył na nią. — Czy chciałabyś, żebym ci pomógł? Jestem dość dobry w organizowaniu różnych rzeczy.

— Dziękuję, ale nie. Zbyt wiele czasu zajęłoby mi wyjaśnianie ci szczegółów.

Wiatr znalazł przejście na podwórzec i zaszeleścił liśćmi. Wiedziony nagłym impulsem, Martinez ujął jej dłoń. — Terza…

— Tak?

— Czy moglibyśmy mieć dzieci… dziecko… natychmiast? Zaskoczyło ją to.

— Ja… muszę umówić się na określony termin na usunięcie implantu i… — Spojrzała na niego. — Jesteś pewien?

Miał sucho w ustach.

— Mogę zginąć — powiedział.

Jej spojrzenie złagodniało, dotknęła dłonią policzka Martineza.

— Tak — odparła. — Oczywiście.

Objęła go ramionami i ucałowała. Mózg mu wirował. Martinez nie wiedział, czy rodzicielski impuls pochodził od niego samego czy od Rolanda. Straszne wydało mu się to, że tego nie wie, że sam nie może powiedzieć, czy to jego własne geny głośno domagają się potomka, czy może mimo woli właśnie staje się mimowolnym ekspertem od uczuciowego szantażu.