Wstręt, przypomniał sobie, smakuje jak miedź.
Tym razem zagrał komunikator Terzy. Z usprawiedliwiającym śmiechem wyszperała w zakamarka sukni ręczną jednostkę i zgłosiła się. Z komunikatora dobiegał głos jej ojca.
— Czy kapitan Martinez jest z tobą?
Lord Chen, choć traktował Martineza uprzejmie, nie mógł się jeszcze zdobyć na to, by mówić mu po imieniu.
— Tak — odpowiedziała Terza. — Jest tutaj.
— Wobec tego powiem wam obojgu. Dziś rano lord Said na zamkniętej sesji Konwokacji zarekomendował ewakuację Zanshaa. Wniosek przeszedł w głosowaniu przy bardzo niewielkim sprzeciwie.
Martinez nie zdawał sobie sprawy, że do tej pory czuł stałe napięcie, zarówno umysłowe, jak i fizyczne; teraz go opuściło. Spojrzał w twarz Terzy i zobaczył, że ona odczuwa taką samą ulgę.
— Wspaniale, milordzie — powiedział głośno, by lord Chen go słyszał.
Terza zwiększyła głośność, by Martinez nie wytężał słuchu.
— Dwa statki floty zostały zarekwirowane. Przeniosą Konwokacje w inne miejsce. Jeszcze nie ustaliliśmy dokąd. Zostanie przyjęty plan Martineza, choć kapitana Martineza trzeba ostrzec, że lord Tork zdecydował, że będzie się to nazywać „Planem Chena”.
Chen zgarnął dla siebie mój pomysł, pomyślał Martinez z ukłuciem irytacji.
— Nie ma znaczenia, jak się go nazywa, milordzie — oznajmił — jeśli tylko przyczynia się do pomyślnego wyniku wojny.
Kiedy wygłaszał tę jawną nieprawdę, zauważył w kącikach oczu Terzy zmarszczki rozbawienia, co jeszcze zwiększyło jego irytację.
— To ładnie z twojej strony, że tak to odczuwasz — oznajmił Chen. — Powinieneś też wiedzieć, że rada przychyliła się do prośby mojej siostry, żebyś służył jako jej oficer taktyczny. Dostaniesz rozkaz udania się na jej statek, gdy tylko zostanie zorganizowany odpowiedni transport.
Było to łatwiej sformułować niż wykonać, ponieważ Martinez znajdował się na Zanshaa, a Michi Chen orbitowała wokół układu Zanshaa z ogromną prędkością.
— Dziękuję, milordzie — powiedział Martinez. Terza zaśmiała się.
— Czy masz coś do powiedzenia mi bezpośrednio, czy po prostu mam wręczyć komunikator Garethowi?
Lord Chen ściszył głos, tak że Martinez, by słyszeć jego słowa, musiał natężać słuch.
— Tylko tyle, że jest mi przykro, że nie jestem teraz z tobą. Sprawy biegną za szybko. Żałuję, że nie możemy spędzać razem więcej czasu.
— Ja też — odparła Terza.
— Kocham cię. — Przerwał na chwilę. — Zobaczymy się jutro.
— Zatem do jutra. Cześć.
Terza odłożyła komunikator.
„Kocham cię”, powiedział lord Chen. Martinez nie powiedział tego jeszcze Terzie, z tej prostej przyczyny, że jako osoba inteligentna rozpoznałaby fałsz. Pomyślał, że powie to dla formy, choćby z uprzejmości; coś go jednak powstrzymywało przed kłamstwem u zarania małżeństwa. Nie chciał również zaczynać od żenującej szczerości — stwierdzenie „kocham inną” raczej nie było najlepszym sposobem rozpoczynania związku.
Czuł, że zarówno on, jak i Terza, starannie zaciągnęli zasłony na swoje prywatne uczucia. Nie dlatego, że prawda byłaby niepożądana, ani nawet nie dlatego, że w ich sytuacji nie miała znaczenia, ale dlatego że mogła ranić. Dla Martineza wspomnienie związku z Sulą nie byłoby po prostu głosem niezręcznej prawdy — byłoby wyciągnięciem broni. Broni, której kiedyś mogliby użyć i on, i Terza. I wykorzystać do wytoczenia krwi.
Wobec tego milczenie. Wziął Terzę za rękę, pocałował w policzek i pociągnął dalej w głąb ogrodu w jaskrawym popołudniowym świetle.
— Walpurga wyglądała ślicznie — zauważyła Terza. — Prawda?
Ironia, jak przypomniał sobie Martinez, smakowała jak stare fusy kawy.
Martinez klęczał przed baterią kamer. Trzymał stopy Terzy na kolanach i uśmiechał się do potomności. Rzeczywisty ślub zawarto kilka godzin wcześniej, w Biurze Stanu Cywilnego, przed sędzią Sądu Najwyższego Ngenim. Od tego czasu odbyło się kilka popularnych rytuałów, z których ten — symboliczna konsumpcja małżeństwa — był ostatni.
Terza siedziała nad Martinezem na łożu z baldachimem, ustawionym w jednym z salonów Pałacu Chenów. Miała na sobie szkarłatną suknię tak obładowaną połyskującym złotym brokatem, że aż poskrzypywała. Martinez włożył pełny mundur galowy ze srebrnym galonem, wysokie buty, oraz — przynajmniej na czas jazdy do Urzędu Stanu Cywilnego i z powrotem — wysokie skórzane czako i długi do kostek płaszcz. Wziął również buławę Złotego Globu, co oznaczało, że sędzia Ngeni, przed rozpoczęciem ceremonii, musiał poderwać się na baczność i odsłonić gardło, by mogło być poderżnięte przez sierpowaty ceremonialny nóż, który Martinez przypiął u pasa…
Martinez zaczął rozwiązywać czerwone wstążki, które sznurowały brokatowe pantofelki lady Terzy. Kamery zaszeptały, podjeżdżając do bliższego planu. Martinez rozwiązał oba pantofelki, po czym je ściągnął jeden po drugim. Publiczność zaklaskała. Stopy Terzy były małe i delikatne, a podeszwy ciepłe w dotyku.
Kiedy zakończył się ostatni rytuał, jedna z przyjaciółek Terzy wręczyła Martinezowi elegancką parę czerwonych skórzanych butów z kokardami. Martinez włożył je na stopy Terzy. Wstał i pomógł się podnieść Terzie, krępująco obciążonej brokatami i na wysokich obcasach. Pocałowali się, a kamery ponownie zaszeptały.
— Jesteś piękna — powiedział cicho.
— Dziękuję. — Uśmiechnęła się i pocałowała go w ucho. Na policzku czuł ciepło jej policzka.
Jego słowa całkowicie odpowiadały prawdzie. Terza wyglądała ślicznie w brokatach, z czarnymi włosami spływającymi swobodnie na nagie ramiona. Cały dzień wykazywała idealny wdzięk i opanowanie. Skomplikowane wesele, które zorganizowała, przebiegło zupełnie bez zacięć, co dobrze świadczyło o jej zdolnościach menedżerskich.
Martinez, pod wrażeniem rytuału i tej idealnej osoby, poczuł rosnący płomyk nadziei. Znacznie lepsze uczucie niż wstręt do siebie, który czuł po ostatniej nocy, spędzonej z Amandą Taen.
Był to chyba końcowy rezultat nadmiaru dobrego humoru po weselu porucznika Vonderheydte’a. Narzeczona, lady Daphne, młoda, pulchna, pogodna ruda dziewczyna, była zupełnie inną osobą, niż sobie wyobrażał na podstawie opisu Dalkeith, gdy ta zdradziła mu zdalne praktyki Vonderheydte’a.
Dopiero wtedy Martinez sobie przypomniał, że wideokochanka Vonderheydte’a nazywała się lady Mary.
Cóż, pomyślał.
W towarzystwie swych dawnych towarzyszy statkowych Martinez zaczął się odprężać. Vonderheydte nie miał krewnych na Zanshaa, więc wezwał flotę na pomoc: wszyscy kadeci i oficerowie, znajomi Vonderheydte’a, zostali zaproszeni. Byli obecni wszyscy oficerowie „Korony”, z wyjątkiem Shankaracharyi, który przypuszczalnie przebywał nadal w ukryciu.
Martinez już nimi nie dowodził i mógł się czuć odprężony. Młodzi oficerowie byli w doskonałych humorach, cała sala balowa rozbrzmiewała wesołością. Gorący poncz smakował dość niewinnie, ale ział oparami brandy. W pewnym momencie Martinez zaczął sobie uświadamiać, że ponieważ jest oficerem o stopniu przynajmniej o dwa szczeble wyższym od stopni wszystkich innych na sali, jego obecność działa jak hamulec energii młodszych. Czuł się wśród nich zupełnie swobodnie, ale uczucie to nie było całkowicie odwzajemnione. Zaczął się obawiać, że lada chwila podsłucha, jak któryś z nich mówi o nim „stary”. Zasmucony tym, wzniósł kielich ponczu w ostatnim toaście na cześć państwa młodych i opuścił bal.