Schodził po szerokich schodach hotelu i w głowie szumiał mu alkohol. Wieczór był jeszcze młody, a Martinez nie miał dokąd pójść — mógł się udać do Pałacu Shelleyów i patrzeć, jak jego brat triumfuje; mógł odwiedzić Terzę, ale zajęta organizacją ślubu, irytowałaby się, gdyby jej się plątał pod nogami.
Dźwięczny zaśpiew zwrotki „Powinszowania” z „Lorda Fizza na Urlopie” rozbrzmiewał z Empirejskiej Sali Balowej na górze. W myśli Martineza wkradał się rozpaczliwy smutek. Teraz takie radości były już nie dla niego.
Mimo że palił się do awansu, czerpał radość ze swej pracy na stanowisku młodszego oficera: odpowiedzialność nie za duża, towarzystwo przeważnie miłe, a noce należały do niego.
Te beztroskie noce to przeszłość, zwłaszcza teraz, kiedy za chwilę miał się przyłączyć do rodziny Chenów. Jedno z Chenów będzie jego dowódcą, inne — jego żoną, jeszcze inne — patronem w Zarządzie. A Roland, dysponujący rodzinną książeczką czekową, zapłaci za to wszystko. Od pojutrza Martinez nie zrobi kroku bez ich wspólnej aprobaty.
Wtedy właśnie zaczął go omywać wstręt. To własna ambicja zawiodła go w tę pułapkę, do małżeństwa z kobietą, którą ledwie znał i której prawdopodobnie przyniesie tylko ból. Gdyby się potrafił zdobyć na niechęć do Terzy, mógłby znaleźć pokrzepienie — wtedy by ją po prostu wykorzystał, i to z czystym sumieniem, i wiedziałby, że zasłużyła sobie na to, by ją wykorzystano. Ale poznał Terzę dostatecznie, by zrozumieć, że dziewczyna zasługuje na dobroć męża i zasługuje również na męża znacznie lepszego niż on.
W jego myślach zatańczył kuszący impuls, by uciec. Uciec, jak uciekła Sempronia, i spróbować swych szans.
Ale przykład Sempronii pokazał mu, czego się mógłby spodziewać: kieszonkowe odcięte, mecenasi we flocie zmienieni w jawnych wrogów. Zamiast cieszyć się z prywatnego dochodu jak większość innych oficerów, musiałby żyć z pensji, administrując jakąś mało znaną dziurą w rodzaju magazynu dostaw lub obozu szkoleniowego, na którą skazałaby go wrogość Chenów.
Martinez zawrócił do baru hotelowego i rozmyślał o tych sprawach przez jakieś dwa drinki. Zanim skończył drugi, w mózgu pojawił mu się obraz Amandy Taen. Ostatnia noc kawalerskiej hulanki wydawała się tym minimum, które może sobie ofiarować, ostatnim płomieniem wolności przed aksamitną nocą uwięzienia.
Kiedy zadzwonił do Amandy, odkrył ku swojemu zdziwieniu, że nic nie planowała i jest otwarta na pomysł kolacji i późniejszą wizytę w klubie. Była tak chętna do zabawy, jak zawsze poprzednio, radosna, nieskomplikowana, bez zahamowań, a kiedy ją wpakował do łóżka, stała się wcieleniem rozkoszy. Dopiero potem wspomniała o jego ślubie, o którym oczywiście czytała w kronice towarzyskiej.
— Nie zajmuję się żonatymi mężczyznami — oznajmiła. — Więc od tego momentu musisz sobie radzić sam.
— Będzie mi ciebie brakowało — powiedział Martinez z absolutną szczerością.
— Cieszę się, że nie jestem bogata ani nie jestem parem. — Westchnęła. — Mogę poślubić kogo mi się podoba.
Prawda zawarta w tych słowach rozbiła w sercu Martineza bańkę smutku i czuł, jak macki klanu Chenów ciągną go ku przeznaczeniu.
A teraz — z mackami owijającymi go od stóp do głów — Martinez przepchnął się z Terzą przez tłum gości do czekającego na zewnątrz samochodu. Uścisnął dłoń lordowi Chenowi, a polityczny weteran obdarzył Martineza czymś, co ten rozpoznał jako doskonałą imitację serdecznego uśmiechu. Lady Chen pozwoliła, by dotknął jednego z jej mroźnych, zaciśniętych palców. Roland triumfalnie łupnął go po ramieniu.
Martinez i Terza zeszli do swego kabrioletu, a za nimi Alikhan, w nieskazitelnym mundurze i z Globem w futerale. Alikhan usiadł przy kierowcy z przodu. Samochód wiózł ich do hotelu „Boniface”, gdzie Martinez wynajął apartament, w którym mogli cieszyć się życiem małżeńskim, dopóki flota na to pozwoli.
Samochód sunął Bulwarem Praxis. Wiatr odrzucił w tył włosy Terzy, odsłaniając łuk jej szyi. Nadal panował wczesny wieczór i ludzie na ulicy szli do swych rozrywek. Martinez drgnął na widok jasnozłotych włosów, połyskujących w świetle latarni, ale gdy się wpatrywał w tę osobę, uświadomił sobie, że to nie Sula, tylko ekspedientka, wlokąca się do kolejki linowej, do domu w Dolnym Mieście.
Pokojówka Terzy, Fran, czekała na nią w jej pokojach. Kiedy Fran zajmowała się Terzą w gotowalni, Alikhan opuścił łóżko, wypakował szlafrok i piżamę Martineza, po czym pomógł Martinezowi zdjąć marynarkę i buty.
— Dziękuję, Alikhanie — powiedział Martinez. — Byłeś dzisiaj wspaniały.
Alikhan uśmiechnął się promiennie pod swymi sumiastymi wąsami.
— Życzę panu wszelkiego szczęścia, milordzie.
Alikhan wycofał się; służbę trzymano w innej części hotelu.
Martinez zerwał z siebie pozostałe części munduru. Popatrzył przez chwilę bez zrozumienia na piżamę, a potem wrzucił ją do szuflady. Włożył szlafrok i poszedł do łazienki, by wyszczotkować zęby i uczesać włosy.
Wrócił do sypialni i zastanawiał się, czy powinien od razu wejść do łóżka, czy czekać na Terzę.
Ściemnił lampę, aż się ledwo żarzyła, i wygładził pościel. Nadzieja i uraza walczyły w jego myślach. Zsumował w pamięci godziny spędzone w towarzystwie Terzy i przekonał się, że było ich mniej niż osiem.
Pamiętał, że było kilka kobiet, które zabrał do łóżka po znajomości krótszej niż osiem godzin. Dlaczego ta okazja miałaby być inna?
A jednak była. Tych innych kobiet nie musiał już więcej widywać, z Terzą natomiast pozostanie przez resztę życia albo przynajmniej do chwili, kiedy jej ojciec nakaże jej rozwód. Dzisiejszy wieczór będzie miał trwałe konsekwencje, a tamte inne wieczory nie miały.
Odwrócił się na dźwięk otwieranych drzwi i zobaczył wchodzącą Terzę. Miała na sobie jedwabną koszulę nocną w intensywnie niebieskim kolorze, niebieską, nieco jaśniejszą lizeskę ze złotymi koronkami i futrzanym kołnierzem złotym w czarne ciapki. Na nogach pantofle z pomponami. Czarne włosy zaczesała za lewe ucho, gdzie umieściła wielki biały storczyk. Łono zdobił naszyjnik z bladych kwiatów.
Martineza wręcz zmroziło autentyczne piękno tego obrazu, czuł, jak nieoczekiwanie wpływa na jego nerwy, na reakcję mrowiącej skóry. Terza przystanęła przy wejściu i obdarzyła go nieśmiałym uśmiechem.
Martinez podszedł do niej, ujął jej dłoń i ucałował.
— Jesteś piękna — powiedział. — Nigdy nie widziałem nic równie cudownego.
W jego umyśle pojawiło się wspomnienie Suli, pamiętał, jak krew podpływała jej ku powierzchni skóry pod dotknięciem jego palców. Zdusił to wspomnienie. Objął ramieniem kibić Terzy i ucałował sprężyste wargi.
— Nie jesteś zmęczona? — zapytał.
— Oczywiście, że jestem. — Uniosła dłoń, by dotknąć jego policzka. — Ale dla pewnych rzeczy warto trochę pobyć bez snu.
Znów ją pocałował. Jej wargi rozwarły się ciepło, a jego krew rozpaliło nagłe pożądanie. Objęła go ramionami. Martinez pocałował jej obnażoną szyję i zapach perfum dotarł do jego nerwów. Krew mu zastygła i cofnął się.
— Czym pachniesz?
Spojrzała na niego z całą niewinnością.
— Zmierzch na Sandamie — odparła.