Kiedy arcykonserwatywny lord senior wypowiedział się za takim środkiem, podatek uchwalono wyraźną większością głosów. Jeden z oponentów — bezzębna stara Torminelka — walnęła wściekle pięścią w swój pulpit i warknęła, że ponieważ Konwokacja zarzuciła zasady cywilizacji, ona osobiście może równie dobrze pozostać na Zanshaa i poczekać na Naksydów, którzy — jak się wydaje — mają klarowniejsze pojęcie o przyzwoitości i porządku niż członkowie tej izby.
Lord Senior uprzejmie zasugerował, że być może lady konwokatka zapomniała, że takie działanie, zgodnie z postanowieniem Konwokacji sprzed zaledwie dwóch dni, nazywa się zdradą stanu.
— Bardzo bym bolał nad koniecznością wyrwania pani wszystkich kończyn po kolei i zrzucenia pani z Górnego Miasta — oznajmił Said — ale niestety, szanowna pani, jesteśmy sługami prawa, a nie jego panami.
Lord Chen ledwie słuchał tej wymiany zdań — zbyt go pochłaniało radowanie się. Zaledwie kilka godzin temu jeden z jego kolegów-armatorów przedłożył na komisji poprawkę do projektu ustawy dochodowej, która likwidowała akcyzę od ładunków. Nagle interes lorda Chena stał się znowu dochodowy i nawet po potrąceniu jednego procenta lord mógł się spodziewać kolosalnych zysków. Wprawdzie większość tych pieniędzy przez najbliższe pięć lat powędruje do rodziny Martinezów, ale po tym okresie lord Chen może z radością oczekiwać zarówno zwiększonych dochodów, jak i zakończenia relacji z klanem Martinezów.
Myślał triumfalnie: ci irytujący poborcy skarbowi na stacjach pierściennych, którzy tak dręczą moich kapitanów i agentów, teraz zjadą na planety poniżej, żeby dręczyć wszystkich innych.
Nawet po odliczeniu jednego procenta mojego dochodu, myślał lord Chen, to była miła wiadomość.
— Cóż Gare, tak się składa, że masz wybór środka transportu. Porucznik Ari Abacha podniósł do ust tulipanowy kielich w biało-zielone paski — do takich kielichów nalewano w Dowództwie — i pociągnął łyk koktajlu. Był mężczyzną o długich kończynach, najlepszych koneksjach towarzyskich oraz ze wspaniale majestatycznym rodzajem indolencji. Poznali się z Martinezem w sztabie Dowództwa, gdzie obydwaj służyli. Abacha nadal tu służył, o czym świadczyły czerwone trójkąty na kołnierzu. Martinez, jako taktyczny oficer Michi Chen, też znowu nosił czerwone naramienniki.
— Gare, to bardzo przyzwoicie z twojej strony, że zabrałeś mnie do klubu starszych oficerów. — powiedział Abacha. Rozejrzał się po barze, wysuwając towarzyskie czułki, a potem nachylił się do Martineza. — Zobacz, tam siedzi kapitan Hangar. Gadają, że w tych dniach sika na próg dowódcy eskadry Pen-dro.
— Niebezpieczna sprawa — odpowiedział cicho Martinez. Śledził wzrokiem display na stole, prezentujący mu kolejne małe pojazdy floty.
Ten nie, pomyślał, to prawie szalupa. Nie chciał być przez cały czas wpięty w trumnę.
— Niebezpieczna, ale tylko wtedy, gdy dowie się o tym jego żona — powiedział Abacha. — Ale Pen-dro ma zwyczaj nagradzać swoich kochanków. Zwróć uwagę, co się przydarzyło Esh-draqowi.
Martinez nie zachęcał do rozwijania konwersacji w tym kierunku — bardziej interesowały go rodzaje statków, którymi mógł dotrzeć do eskadry Michi Chen, na swoje nowe stanowisko. Mając w perspektywie czterdzieści czy pięćdziesiąt dni bardzo przykrego przyśpieszenia, pragnął przynajmniej zapewnić sobie nieco wygody.
— Powiedz, Ari — zapytał — co sądzisz o tym?
Wskazany statek był jednym z pojazdów powołanych do obrony Zanshaa w następstwie bitwy przy Magarii. Nazwane optymistycznie „statkami pikietowymi”, stanowiły zbieraninę małych pojazdów, pośpiesznie wyposażonych w wyrzutnie pocisków i wysłanych do patrolowania układu. Przewidywano, że zaliczą jedno czy dwa trafienia, zanim zostaną unicestwione. Odkąd do układu przybyły Siły Chen, statki pikietowe wycofano.
— Ach — powiedział Abacha, kiedy spojrzał na projekt. — Miła łódź. To jeden z jachtów firmowych Ekscytującego Kwiatu. Zbudowany, by wozić dyrektorów spółki po mineralnych koncesjach w układzie. Przyjemnie urządzony. Powiadają, że ma doskonałą kuchnię. Szkoda, że nie będziesz miał na pokładzie któregoś z ich kucharzy.
Łódź, która zachowała swą oryginalną nazwę, „Żonkil”, zadokowała przy stacji pierściennej przed dwoma dniami i czteroosobowa załoga z ulgą opuściła tę jednostkę. Po rutynowym remoncie, który zakończy się za cztery dni, „Żonkil” będzie gotów do dalszych zadań, między innymi mógłby odwieźć Martineza na statek flagowy Michi Chen.
— Wobec tego polecę tym — zdecydował Martinez. — Ogromnie dziękuję, że dałeś mi wybór.
— To drobnostka — odrzekł Abacha. — Jestem szczęśliwy, że mogę pomóc przyjacielowi ze starych czasów. — Wyraz niesmaku przemknął mu przez twarz i Abacha nachylił się bliżej do Martineza. — Tutaj jest teraz mnóstwo nowych ludzi wszelakiego autoramentu — narzekał. — Niegrzeczni, bezużyteczni, ignoranci. Cały czas się kręcą i rujnują człowiekowi dzień. Czy wiesz, że od kiedy rozpoczęła się wojna, przebywam tu czasem ciurkiem osiemnaście godzin?!
Martinez otworzył szeroko oczy.
— To szokujące.
Oczy Abachy napełniły się wściekłością.
— A teraz, kiedy się ewakuujemy, będzie jeszcze gorzej. Pozwolono mi zabrać tylko trzy kufry i jednego służącego! Przepisy jasno mówią, że mam prawo do pięciu kufrów i dwóch służących! — Walnął pięścią w stół. — W końcu udało mi się wyszkolić moich dwóch chłopców, by krochmalili moje kołnierzyki dokładnie tak, jak chcę, i by mi podawali Włochatego Rogera we właściwej temperaturze, a teraz muszę jednego oddać. Kto wie, co zrobi z nim flota? Zmieni doskonałego kamerdynera w operatora jakiejś maszyny czy w coś takiego.
— Wezmę twoje naddatki — powiedział Martinez. Jego ranga dawała mu prawo do czterech służących, ale zawsze miał tylko Alikhana. Od chwili ucieczki „Korony” jego życie toczyło się tak szybko, że zawsze brakowało mu czasu na szukanie kamerdynera wśród żołnierzy. Jeśli jednak miał służyć na statku flagowym, powinien prawdopodobnie mieć kogoś z większym polotem niż jego ekszbrojeniowiec.
Wydawało się, że Abacha tego nie aprobuje.
— Obiecałem swoim chłopcom, że nigdy nie będą musieli służyć na statku.
— Jeżeli się ewakuują — zauważył Martinez — i tak będą musieli spędzać czas na statkach. Chyba że wolą zostać na Zanshaa i poczekać na Naksydów.
Abacha pociągnął drinka i skrzywił się, jakby właśnie się napił soku cytrynowego.
— Zapytam ich. Ale cokolwiek się stanie, będą zirytowani.
— Powiedz im, że znajdą się na statku flagowym. To już coś. Abacha tylko wzruszył ramionami, ale zaraz się rozpogodził. — A przy okazji, Gare, w tych dniach organizujemy kilka świetnych imprez. Nie możemy zabrać wszystkiego ze sobą, więc wypijamy swoje najlepsze zapasy. Przyłącz się do naszych hulanek, jeśli masz ochotę.
— Mój terminarz jest teraz dość wypełniony-odparł Martinez.
— Ach tak! — Abacha uśmiechnął się promiennie, ze zrozumieniem. — Nowożeńcy i tak dalej. Niezły łup, ta dziewczyna Chenów.
— Dzięki — powiedział Martinez.
— Wiesz — Abacha się zaśmiał — myślałem, że twoim następnym podbojem będzie lady Sula.
Martinez poczuł, jak fałszywy uśmiech rozszczepia mu twarz.
— Tak myślałeś? — zapytał.