— Pamiętaj, że byłem oficerem dyżurnym w Operacyjnej… Widziałem logi, które pokazywały wszystkie wiadomości, jakie wysyłaliście do siebie podczas sprawy z Blitshartsem. Byłem pewien, że… — Abacha szukał właściwego słowa — budujecie bliski związek. Pokręcił głową. — Zgaduję, że nic z tego nie wyszło. Szkoda. To śliczna dziewczyna. Myślałem, że bardzo do ciebie pasuje.
— Jak powiedziałeś, nic z tego nie wyszło — rzekł Martinez, pokonując napięcie w szczękach.
— A jednak wszystko dobrze się skończyło, prawda? — Abacha cmoknął z podziwem. — Lady Terza Chen! Idealna dla ciebie! Jesteś szczęściarzem, wiesz?
— Tak — odparł Martinez. — Mówiono mi o tym.
Sięgnął po drinka i wlał w gardło zimny ogień sfermentowanej pszenicy.
Ariego Abachę nie opuszczał refleksyjny nastrój.
— Ty i Caroline Sula… — zadumał się. — Kto by pomyślał, że staniecie się tak sławni? W głowie się nie mieści, jak to w ogóle możliwe.
— Wojna — powiedział Martinez do wnętrza kieliszka. — Wystarczyła jedynie wojna.
Zimny, niosący zapach deszczu wiatr szalał w Górnym Mieście. Martinez zamówił taksówkę z Dowództwa do Pałacu Shelleyów, gdzie miał zjeść obiad z Rolandem i Walpurgą. Spędzał dzień bez Terzy, która towarzyszyła rodzicom w jeździe do terminalu windy i miała późno wrócić.
Na ten dzień wyznaczono ewakuację Konwokacji. Choć tego nie ogłaszano i media nie wspomniały o tym ani słowem, Górne Miasto widocznie było dopuszczone do sekretu. Bulwarem Praxis sunęły ciężarówki, wiozące domowe sprzęty do przechowalni, a w niektórych większych pałacach zasłonięto okna okiennicami. Żywioł, który nadawał stolicy tak charakterystyczny styl, opuszczał Zanshaa i nikt nie wiedział, co zajmie jego miejsce z przyjściem Naksydów.
Żaluzje nie zasłaniały jeszcze okien w Pałacu Shelleyów, ale z pewnością zostaną opuszczone w ciągu najbliższych dni. Pakowano rzeczy osobiste; potem zostaną wysłane do windy, odebrane na pokładzie „Ensenady”, rodzinnego jachtu Martinezów i razem z rodziną polecą na Laredo. Wszyscy wyjadą natychmiast, gdy zakończy się okres miodowy młodej pary, a Martinez uda się na spotkanie z eskadrą Michi Chen. To miło z ich strony, że czekają, ale prosząc Terzę, żeby znosiła przez trzy miesiące codzienną obecność Rolanda, Walpurgii i P.J., z pewnością prosi o bardzo dużo.
„Żonkil” będzie gotowy za cztery dni, co oznaczało, że małżeństwo Martineza potrwa tydzień, po czym on i Terza rozstaną się, z pewnością na wiele miesięcy, może nawet na ponad rok. Niewykluczone, że na zawsze, jeśli sprawy ułożą się źle.
Pierwsze dni małżeństwa były ciche: pogoda otaczająca Terzę, wzięła Martineza w spokojne, wonne ramiona. Większość czasu spędzali z Terzą w apartamencie hotelowym, do którego zamawiali posiłki i, z wyjątkiem przypadkowych spotkań na krótkich spacerach, nie widywali nikogo.
Otworzyli prezenty ślubne. Martinez ukrył zaskoczenie, kiedy odpakował wazy Guraware. Nienawidzi mnie, pomyślał przygnębiony.
Posłał wazy prosto do przechowalni, gdzie, jak miał nadzieję, pozostaną na zawsze.
Przekazali podziękowania gościom weselnym. Do pokoju każdego dnia przysyłano cięte kwiaty i Terza robiła z nich wspaniałe kompozycje, które promieniowały zapachem i barwami z każdego zakątku apartamentu. Dzięki Bogu nigdy nie wspomniała o podarunku Suli i Martinez nigdy nie musiał oglądać kwiatów Terzy ułożonych w porcelanie od Suli.
Terza i Martinez odkryli, że obydwoje lubią sztuki Koskinena: Terza doceniała wyrafinowaną interpretację postaci, a Martinez cyniczne epigramaty. Wywołali „Rozdzielonych kochanków” na ścianę wideo w salonie i obejrzeli sztukę z wielką przyjemnością.
Martinezowi brakowało intensywności kontaktu, jaki przeżywał z Sulą, gdy ich myśli zdawały się nagle zajmować tę samą częstotliwość intensywnej, często niewerbalnej współpracy, kiedy kreślili plan ewakuacji czy też skacząc umysłami po gwiezdnych układach, tworzyli nowy system taktyki.
Terza, wcielenie spokoju i doskonałości, opanowana, taktowna, wrażliwa na jego życzenia, efektywnie organizowała ich wspólne życie. Ale w tym spokoju było coś nadrealnego i czasami Martinez podejrzewał, że obserwuje przedstawienie, doskonałe przedstawienie najwyższej jakości. Zastanawiał się, co się za tym kryje.
Częściową odpowiedź otrzymywał, gdy obserwował Terzę grającą na harfie. Kiedy jej palce wydobywały ze strun muzykę, zwykły spokój i pogodę zastępowała intensywność granicząca z dzikością. Tu jest ogień, myślał Martinez zaintrygowany. Tu jest pasja. Widział, jak Terza oddycha z muzyką; widział w jej oczach błysk zdecydowania, pulsowanie tętnicy na szyi. Ten obraz totalnego zaangażowania w muzykę był dla niego odkryciem.
By wzbudzić między nimi podobną namiętność, próbował zabrać muzykę do alkierza, wypełnionego przez Terzę tęczami kwiatów. Pochlebiał sobie, że mu się udało. W muzyce kończyn i serc Terza wkrótce znalazła swój rytm. Jej wyszkolone palce harfistki, już wcześniej wrażliwe na różne niuanse, nauczyły się pieścić i uzyskiwały każdy dźwięk, jakiego pragnęła — od piano do fortissimo. Nie była nieśmiała. Między chwilami miłości była w niej słodycz, którą uważał za wzruszającą.
Czemuś jednak jego przeżycia z Terzą nie dorównywały innym niedawnym doznaniom. Z Sulą gra miłosna była ostrzejsza, bardziej wybuchowa, jej szczyt był chwilą olśnienia, poznania siebie, partnera i całego płomiennego wszechświata. W Suli znajdował potwierdzenie swego własnego istnienia, odpowiedzi na wszystkie metafizyczne poszukiwania.
Martinez nie znajdował tego u Terzy i, co więcej, wiedział doskonale, że to nie Terzy wina. Z braku innych opcji po prostu dążył do dania przyjemności, a jej sprawiały przyjemność te zabiegi.
Problem, myślał Martinez, płacąc taksówkarzowi, polega na tym, że nie wiem, na jakich podstawach opiera się nasze małżeństwo. Nie był pewien, czy to kwestia interesów, chwyt z praktycznej polityki, szaleństwo czy farsa. Nie potrafił rozstrzygnąć, czy on i Terza są parą, którą sprzedano i kupiono, czy po prostu są dwojgiem niedoświadczonych ludzi, usiłujących wyciągnąć co najlepsze z tego, co ofiarował im los, świadomymi, że w każdej chwili los może oznajmić, że cały układ jest tylko żartem.
Martinez otworzył drzwi Pałacu Shelleyów i zobaczył P.J., stojącego niezdecydowanie w holu. Przynajmniej moje małżeństwo nie jest aż takie, pomyślał.
— Och — powiedział P.J., szeroko otwierając oczy. — Chciałem, aaa…
— Pójść na spacer? — zakończył za niego Martinez. — Nie rób tego. Zaraz lunie.
— Ach. — Twarz P.J. wyrażała przygnębienie. — Chyba powinienem był sprawdzić. — Odłożył swą laseczkę na stojak.
Jedna z brzydkich pokojówek odebrała czapkę mundurową Martineza.
— Czy mam zawiadomić lady Walpurgę o pańskim przybyciu? — Jeszcze nie w tej chwili — powiedział P.J. i zwrócił się do Martineza. — Pozwól, że poczęstuję cię drinkiem. Na rozgrzewkę.
— Czemu nie, Martinez poszedł za P.J. do południowego salonu, tam zobaczył stojący na stole kieliszek, znak, że nie był to pierwszy w tym dniu drink P.J.
— Mam nadzieję, że Terza ma się dobrze? — powiedział P.J., biorąc butelkę brandy.
— Bardzo dobrze, dziękuję.
— Czy chcesz trochę tego — podniósł brandy — czy może…
— To będzie doskonałe, dziękuję.
Stuknęli się kieliszkami. Deszcz zaczął bębnić w szerokie okna i Martinez widział, jak na zewnątrz skuleni ludzie biegną pod ulewą.
P.J. odchrząknął.