Выбрать главу

— Myślę, że powinieneś wiedzieć — oznajmił — że zdecydowałem się zostać.

— Zostać? — powtórzył Martinez. — Chcesz powiedzieć, zostać na Zanshaa?

— Tak. Rozmawiałem z lordem Pierrem i, ach… cóż, zostanę tutaj, by dbać o interesy Ngenich, kiedy wszyscy wyjadą.

Martinez zamarł z brandy w połowie drogi do warg, a potem postawił kieliszek.

— Czy dobrze to przemyślałeś? — zapytał.

P.J. patrzył na Martineza smutnymi, brązowymi oczyma.

— Tak, oczywiście. Moje małżeństwo z Walpurgą jest… — Wzruszył ramionami. — Cóż jest kłopotliwe, czemu tego nie przyznać? W ten sposób Walpurga i ja możemy się rozstać i… — Znowu wzruszył ramionami. — Nikt nie może tego krytykować, rozumiesz?

— Rozumiem — powiedział Martinez. Zakręcił alkoholem w kieliszku, rozważając decyzję P.J. — Ale przecież lord Pierre jest konwokatem lojalistą i Naksydzi muszą go mieć na swojej liście osób, które chcieliby… — Szukał właściwego eufemizmu. — z którymi chcieliby przeprowadzić rozmowę. Ja jestem prawie pewien, że również znajduję się na tej liście, a teraz jesteś spokrewniony także ze mną. — Spojrzał uważnie na P.J. — Przypuszczam, że nie byłbyś tu bezpieczny.

P.J. lekceważąco machnął ręką.

— Pierre uważa, że nic mi się nie stanie. Mimo wszystko jestem tylko kuzynem. I przecież nie posiadam żadnych istotnych wiadomości…

— Zanim Naksydzi się o tym przekonają, mogą ci bardzo uprzykrzyć życie. Poza tym, mogą cię wziąć jako zakładnika.

P.J. odstawił kieliszek i wygładził marynarkę.

— Tak jakby ktoś w imperium zmienił swe postępowanie z obawy, że mogę zostać zabity.

Martinez musiał przyznać, że P.J. ma chyba rację.

— Gareth — powiedział P.J. — to jedyny sposób, w jaki mogę pomóc. Jest wojna i ważne, żebym zrobił… cokolwiek. Jeśli w tej wojnie mogę choćby zadbać o jakąś własność, o jakieś farmy, o emerytowanych służących podczas nieobecności Pierre’a, ja to zrobię.

Martinez zmrużył oczy.

— Nie zgłosiłeś się przypadkiem na ochotnika do czegoś jeszcze, prawda?

P.J. zamrugał.

— Co masz na myśli?

— Nie zgłosiłeś się do pracy w Legionie, Sekcji Wywiadu czy podobnej organizacji?

P.J. wydawał się szczerze zdziwiony, ale potem wpadł w zamyślenie.

— Myślisz, że wzięliby mnie?

Mam nadzieję, że nie, pomyślał Martinez.

— Nie sądzę — powiedział. P.J. sięgnął po kieliszek.

— Nie. Po prostu zamieszkam w skrzydle pałacu, kiedy jego pozostała część będzie zamknięta, i dopilnuję, żeby opiekowano się moją starą nianią i kilkuset innymi ludźmi.

Martinezowi wydało się, że P.J. jest szczerze zdeterminowany.

— Cóż — powiedział, unosząc kieliszek. — Piję za twoje szczęście.

— Dzięki, Gareth.

Kiedy Martinez dotknął wargami kieliszka, frontowe drzwi rozwarły się i poryw wiatru wzburzył papiery na bocznym stole. Martinez spojrzał przez drzwi wewnętrzne i zobaczył w holu Rolanda, ścierającego deszcz ze swej marynarki.

— Cholera! — zawołał Roland. — Żałuję, że nie pomyślałem o wzięciu płaszcza. Kiedy wychodziłem, świeciło słońce. Czy to brandy?

Wkroczył do salonu, na włosach miał krople wody; nalał sobie brandy migowej i sporo pociągnął z kieliszka.

— Sempronia wyszła za mąż — oznajmił. — Właśnie wracam z tej nieszczęsnej ceremonii.

— Mieliśmy z Sempronią nie rozmawiać — przypomniał Martinez.

— Nie rozmawiamy. — Roland znowu się napił. — Ale wymagano, żebym podpisał papiery, zezwalające, by ta heca się odbyła. Musiałem to zrobić, bo Proney groziła, że albo poleci z Shankaracharyą jako konkubina, albo wstąpi do floty jako zwykły rekrut i będzie mu służyła za ordynansa.

Martinez ukrył uśmiech.

— Widzę, że nie straciła temperamentu.

— Nie. Jak mogłem się zorientować, trzyma twego młodego człowieka całkowicie pod pantoflem. — W oku Rolanda pojawiły się cyniczne iskierki. — Za dziesięć lat będzie wyglądała olśniewająco, a on na pięćdziesiątkę.

Martinez spojrzał na brata.

— Teraz tylko ty z nas pozostałeś w wolnym stanie. I jesteś najstarszy. To raczej nie fair.

Roland uśmiechnął się do swego kieliszka.

— Nie spotkałem odpowiedniej kobiety.

— Czemu nie? — zapytał Martinez. — Jestem zdziwiony, że nie chciałeś sam poślubić Terzy.

P.J., ze świeżymi małżeńskimi ranami, wydawał się skrępowany dyskusją o racjonalnej polityce matrymonialnej.

Roland machnął ręką.

— Wolę utrzymywać swoje stosunki z lordem Chenem na bazie wspólnych interesów. — Wzruszył ramionami. — Ponadto unieszczęśliwiłbym Terzę, w odróżnieniu od ciebie.

Martinez spojrzał na Rolanda z czystą ciekawością.

— Skąd to wiesz?

Roland poklepał Martineza po ramieniu.

— Ponieważ jesteś przyzwoitym facetem i dajesz wszystko, co masz najlepszego. A ja jestem łobuzem. Ja bym odstawił Terzę, gdy tylko dałaby mi dziedzica, i znalazł sobie lepszą partnerkę.

Martinez nie wiedział co na to odpowiedzieć. Roland skończył drinka i uśmiechnął się.

— Może zawołamy Walpurgę i zjemy kolację? Zgłodniałem przez to podpisywanie papierów pożegnalnych siostry.

Kolację podano w mniejszej rodzinnej jadalni, o ścianach wyklejonych żółtą jedwabną tapetą; stały tam wymyślne rzeźbione meble, inkrustowane białymi kawałkami muszli. P.J. i Walpurga jedli w zgodzie, choć bez okazywania uczuć, jeśli nie liczyć bezceremonialnego zwrotu Walpurgi: „Podaj mi sos, najdroższy”. Roland rozprawiał o wydarzeniach politycznych. Martinez, gdy go spytano, powiedział, że znajduje małżeństwo jako coś zaskakująco miłego — twierdziłby tak nawet wówczas, gdyby nie uważał tego za prawdę.

Kiedy Martinez wrócił do hotelu, zastał Terzę leżącą na łóżku. Ubrana nadal w lekkie spodnie i jedwabną bluzkę, którą włożyła do tropików, obejmowała kallę, wyjętą z kompozycji kwiatowej. Miała na twarzy zadowolony, dość tajemniczy uśmiech.

Martinez stanął w drzwiach i chłonął ten widok.

— O czym myślisz?

Przyjemność zadrgała w kącikach jej ust.

— O naszym dziecku.

Poczuł rozedrgane ciepło we krwi. W kilku krokach przemierzył dzielącą ich przestrzeń, usiadł ma materacu i dotknął ręki Terzy.

— Nie możesz przecież wiedzieć, czy jesteś już w ciąży.

— Nie. W zasadzie mam nawet pewność, że nie jestem. — Terza spojrzała na niego i przesunęła się, by położyć mu głowę na kolanach. — Ale będę, zanim wyjedziesz. Mam… uczucie nadchodzącej płodności, Martinez pogłaskał ją po wonnych włosach. Na dłoni czuł ciepło jej policzka.

— Cztery dni — rzekł.

Westchnęła. Szukała wzrokiem jego oczu.

— Dziękuję — powiedziała. — Byłeś dla mnie bardzo dobry.

— Dlaczego miałbym nie być? — spytał zaskoczony.

— Małżeństwo to nie twój pomysł. Mogłeś wyładować na mnie każde swoje niezadowolenie. Przecież tylko mnie miałeś pod ręką. — Ujęła i pocałowała jego dłoń. — Ale ty próbowałeś mnie uszczęśliwić. Doceniam to.

„A jesteś szczęśliwa?”. To było następne logiczne pytanie, ale Martinez zawahał się i go nie zadał. W tej chwili nastrój w pokoju stymulował do mówienia prawdy, a on nie chciał kusić losu.

— Nie mogę sobie wyobrazić, żebym chciał cię zranić — powiedział.

Znowu ucałowała jego dłoń.