Выбрать главу

— Cztery dni — powiedziała i uśmiechnęła się do niego. — Szczęściarze z nas, że mamy aż tak dużo.

— Szczęściarze. — Pogłaskał ją po policzku, a ciepła czułość wezbrała w jego krwi. — Jestem szczęściarzem.

Największym szczęściarzem we wszechświecie, pomyślał, wspomniawszy słowa Suli.

Zastanawiał się, czy teraz Sula powiedziałaby to samo.

* * *

Dzień po tym, jak Konwokacja opuściła Zanshaa, nowy gubernator wojskowy, Dowódca Floty Pahn-ko ogłosił, że jako środek bezpieczeństwa na całej Zanshaa zostanie wprowadzony stan wojenny i że pierścień akceleracyjny ma być całkowicie ewakuowany w ciągu najbliższych dwudziestu dziewięciu dni. Otaczający planetę pierścień miał ogromną objętość, żyło na nim prawie osiemdziesiąt milionów obywateli, więc ta decyzja powodowała wiele logistycznych problemów.

Mogło być gorzej, myślała Sula. Wewnętrzne przestrzenie pierścienia, wielkie, ale bez wdzięku, stanowiły naturalne pomieszczenia mieszkalne dla ubogich.. Jednakże władze nie chciały, by tak ważny obiekt jak pierścień Zanshaa, z portem, obiektami wojskowymi, centrami administracyjnymi i zapasami niebezpiecznej antymaterii, stał się przytuliskiem elementów niestabilnych społecznie. Takie akurat elementy lubiły czaić się wśród niskiego stanu. Dlatego sztucznie utrzymywano wysokie czynsze, a mieszkańcy pierścienia nieustannie byli na poziomie klasy średniej. Przyciągały ich na pierścień niektóre przywileje: wspaniałe możliwości edukacyjne dla dzieci i szanse dorobienia się na pośrednictwie w handlu międzygwiezdnym czy na transporcie wojskowym i cywilnym. Większość pierścienia była w zasadzie pusta — gdyby ktoś próbował tanio zamieszkać w niewykorzystanej przestrzeni, nie miałby wody, energii ani ogrzewania.

Teraz solidni obywatele z pierścienia mieli zjechać windami na powierzchnię Zanshaa. Codziennie miliony ludzi, każdy z torbą rzeczy osobistych i wymaganiem, by dostać dom i jedzenie. Może obecnie nie byli biedakami, ale wkrótce się nimi staną.

Światłe umysły Zarządu Konsolidacji Logistycznej zaprzęgnięto do pracy nad tym problemem.

— Prawie trzy miliony każdego dnia, przez cały miesiąc! — wykrzyknął Lai-own, szef Suli. — Niemożliwe!

— Może po prostu trzeba wykopać ich z pierścienia i niech dostają się na dół własnym sumptem — zasugerowała Sula.

Lai-own spojrzał na nią wściekłym wzrokiem — Wolałbym propozycje bardziej użyteczne, jeśli łaska — zbeształ Sulę.

Sula wzruszyła ramionami. Kiedy zaczęła pracować nad problemem, zrozumiała, że ewakuacja upraszcza sprawy. W górę na pierścień jeździli tylko najpotrzebniejsi członkowie personelu i inżynierowie; wykonywali prace przygotowawcze do rozwalenia pierścienia na części. Kiedy pierścień zostanie pozbawiony wszystkich użytecznych towarów i zapasów, ogromne wagony, które normalnie przewoziły ładunki, można dostosować do przewozu ludzi. Jeśli wagonów nie wyposaży się na czas w wystarczającą liczbę foteli akceleracyjnych — a raczej się tego zrobić nie zdąży — można umieścić pasażerów jak sardynki między cienkimi, grubo wyściełanymi ściankami działowymi.

Podróż nie będzie przyjemna, ludzie się trochę poobijają, ale to wykonalne.

— Jak znajdziemy dla nich miejsca tu na dole? — biadolił Lai-own.

— Obecnie mamy na planecie trzy miliardy ludzi — zauważyła Sula. — Osiemdziesiąt dodatkowych milionów to kropla w wiadrze.

Zaczęła pracować nad problemem, zadowolona, że władze przyjęły jej plan ewakuacji rządu i floty, oraz rozsadzenia pierścienia na kawałki. Byłoby miło, myślała, gdyby ktoś z władz docenił jej wkład. Nie obraziłaby się za następny medal. Nawet zwykłe „dziękuję” byłoby miłe.

Nie nadeszło żadne podziękowanie. Zastanawiała się, czy ten sukinsyn Martinez nie uszczknął jej części zasług.

Jej samodestrukcyjne zapędy nie przetrwały tamtej nocy, gdy słuchała derivoo. Krótki czas syciła się morderczymi zamiarami, ale szybko je odrzuciła jako niegodne.

Przecież nic ważnego się nie zmieniło. Mężczyzna, którego Sula nienawidziła, ożenił się z kobietą, którą ledwo znała — dlaczego miała się tym przejmować? Jej własna pozycja praktycznie pozostała niezmieniona: miała ten sam stopień, te same dystynkcje i żyła z tą samą wiedzą o niebezpieczeństwach co przed miesiącem. Zasadnicze sprawy pozostały te same.

Wszystko to skutecznie sobie wytłumaczyła, a wątpiła w te prawdy jedynie nocami, sama w gigantycznym łóżku Sevigny, kiedy szalały w niej wściekłość, samotność i rozpacz.

Wdzięczna była za tę robotę, a i szef był zadowolony, że przez długie, nerwowe godziny pracowała przy ewakuacji. Jeszcze bardziej się ucieszyła, gdy we flocie ogłoszono nabór ochotników. Obiecywano niebezpieczną służbę, związaną z obroną Praxis, oraz szanse na sławę i awans.

Sula sądziła, że wie, po co są ochotnicy. Plan, przedłożony przez Martineza Zarządowi Floty, wymagał armii, która by broniła Zanshaa City przed Naksydami. Było trochę za późno, żeby stworzyć armię, ale przypuszczała, że lepiej późno niż wcale.

Zastanawiała się nad swoją sytuacją — wiedziała, że cały Zarząd Konsolidacji Logistycznej miał się ewakuować za dziesięć dni. Mogła spędzić resztę życia w swojej niszy, wysyłając dostawy, a inni niech się troszczą o zwycięstwo.

W ten sposób nie załatwi sobie patrona — straciła tę szansę z Martinezem. Miała medale, stopień porucznika, była dość sławna, ale to nie zapewniało awansu.

Najlepszą szansą na zdobycie następnego szczebla będzie zaryzykowanie życia w walce przeciw Naksydom. To rozsądne, by wyszarpać z wojny jak najwięcej szans awansu.

Możliwości śmierci nie warto rozważać. Sula umiała dobrze przekonywać w dyskusji, ale nie zdołała jeszcze sformułować dla samej siebie przekonującego powodu, że jej życie jest warte zachowania.

Lub życie innych osób.

Ponadto, odkąd dowiedziała się o zaręczynach Martineza, miała ochotę kogoś zabić.

Złożyła podanie, a potem poproszono ją na rozmowę kwalifikacyjną z kaporem Daimongiem. Ponieważ kilka pytań dotyczyło doświadczenia z bronią palną i środkami wybuchowymi, uznała, że prawidłowo domyślała się, jaka ma być natura służby.

Ale ponieważ jej odpowiedzi na te pytania brzmiały „podstawowe obeznanie” i „żadne”, nie było jasne, czy Sula będzie się do tej służby nadawać, czy nie. Wróciła wobec tego do Zarządu Logistycznego, gdzie kazano jej się zajmować problemem nakarmienia i odziania osiemdziesięciu milionów uchodźców z pierścienia.

Wystarczył rzut oka na dane, by się przekonać, że bez problemu nakarmi się zbłąkanych. Planeta Zanshaa, zgodnie z nakazami Praxis, była samowystarczalna w zakresie podstawowych produktów żywnościowych.

Nie była jednak samowystarczalna w zakresie wszystkich produktów spożywczych. Z powodu warunków klimatycznych i glebowych, jak również zważywszy na ekonomię skali, Zanshaa była mniej efektywna w produkcji niektórych rodzajów żywności i importowała pewne płody, a eksportowała inne. Stare, względnie płaskie kontynenty Zanshaa tworzyły idealne pastwiska dla zwierząt stadnych i Zanshaa eksportowała wołowinę, portschen, fristigo, jagnięcinę i produkty mleczne. Jednak w tropikalnych rejonach brakowało w glebie pewnych substancji odżywczych i to czyniło z planety importera netto pewnych produktów.

Całe kakao wysokiej jakości pochodziło spoza planety.

Tak jak tytoń.

Wiadro gówna, pomyślała Sula. Tytoń.

Sula brzydziła się tytoniem, ale zdecydowana mniejszość ludzkiej rasy, a nawet pewni Torminele i Daimongowie byli zagorzałymi zwolennikami tytoniu. Sula pamiętała ze szkoły, że kiedyś ta roślina powodowała problemy zdrowotne, ale medycyna je rozwiązała i teraz tytoń był tylko jednym z wielu drobnych zanieczyszczaczy powietrza. Shaa potępiali tytoń, dokładnie tak jak potępiali alkohol, orzechy betelu czy haszysz, ale nigdy nie zakazali tak naprawdę żadnej z tych substancji. Dopilnowali tylko, żeby dostęp do tych produktów był regulowany, opodatkowany i przynosił dochód rządowi.