Выбрать главу

Sula gorączkowo badała ceny artykułów spożywczych, gdy wszedł kurier z rozkazami dla niej. Została zaakceptowana, i to niesłychanie szybko, do tej nadal niejasnej służby, do której zgłosiła się na ochotnika; nakazywano jej zameldować się w ciągu dwóch dni w Villa Fosca, placówce niedaleko Edernay, parę godzin jazdy pociągiem z Zanshaa City.

W czasie południowej przerwy, Sula pognała do banku. Jej poprzedni doradca, pan Weckman, wyjechał — poleciał na Hy-Oso — a jego zmiennik skierował ją do pulpitu towarowego. Ceny na pozaplanetarne kakao, kawę i tytoń nieco wzrosły, ale rynek nie wiedział, że pierścień ma być zniszczony i że przez lata nie będzie żadnych tanich dostaw z orbity. Sula zastanawiała się nad kontraktem giełdowym na przyszłą dostawę, ale zdała sobie sprawę, że kiedy przyjdą Naksydzi, to osobie znajdującej się na ich liście z zaleceniem „widzisz, to zastrzel” może być trudno zrealizować zyski z tej spekulacji. Postanowiła więc, że będzie miała kontrolę rzeczywistych produktów. Dziwiąc się własnej śmiałości wykorzystała połowę swojej fortuny na zakup towarów, znajdujących się nadal na orbicie, na pierścieniu.

Kiedy wróciła do swego biurka w Zarządzie Konsolidacji Logistycznej, wydała polecenia, by te właśnie ładunki wysłano na dół w najbliższych kilku dniach i skierowano do magazynów w Dolnym Mieście Zanshaa.

Dokonawszy tego, usiadła znowu przy biurku z nieznanym uczuciem zdziwienia i dumy. Czuła się czymś więcej niż tylko spekulantem.

Czuła się jak par.

* * *

Ostatniego dnia pobytu w Zanshaa wróciła do Górnego Miasta i Domu Aukcyjnego La-gaa i Spaceya. Wazon junjao nadal był na sprzedaż — nikt na licytacji nie zaoferował minimalnej stawki dwudziestu tysięcy.

— Dam właścicielowi za niego czternaście tysięcy — powiedziała Sula młodej, uprzejmej Terrance, która ją przywitała. — Ale odlatuję i muszę go mieć dzisiaj.

Kobieta albo była naprawdę zszokowana, albo dobrze grała.

— Ależ milady — powiedziała — to jest warte…

— Czternaście dziś — oznajmiła Sula. — Jutro mniej.

Kobieta zamrugała.

— Muszę skontaktować się z właścicielem.

— Niech pani to zrobi.

Czternaście tysięcy wyczyściłoby konto Suli, ale przypuszczała, że pod naksydzkim reżimem jej konto i tak nie na wiele się przyda.

Sprzedawczyni wróciła po rozmowie, w oczach miała błysk wyrachowania.

— Pieniądze będzie chciał dostać dzisiaj — oznajmiła.

— Natychmiast, jeśli sobie życzy. Ale proszę, żeby zapakowała pani wazon w najbezpieczniejsze pudło, jakim pani dysponuje. Może będę musiała go poddać pewnym naprężeniom grawitacyjnym.

Kobieta skinęła głową.

— Możemy wykonać dla pani piankowy pakiet z wrażliwym na ciśnienie balonem chroniącym wnętrze.

— Doskonale.

Przed zapakowaniem Sula trzymała wazon przez chwilę w dłoniach, błądząc wzrokiem po subtelnej niebieskozielonej glazurze. Gładziła krakelurę koniuszkami palców. Potem, jak karmiąca matka niechętnie rozstająca się z noworodkiem, pozwoliła, by wazon zabrano i zapakowano.

Następnego dnia zameldowała się w Villa Fosca, różowo otynkowanym pałacu, zbudowanym pośród zielonych pagórkowatych terenów rolniczych. Miasta wypełniały się uchodźcami, jej dostawy kakao i tytoniu zjeżdżały na dół windą i zaczynały zyskiwać na wartości, a Sula przechodziła kursy posługiwania się środkami łączności, bronią, materiałami wybuchowymi oraz walki wręcz. Kursy prowadzili inżynierowie, żandarmi i członkowie Sekcji Wywiadu. Lokatorami willi byli sami Terranie, co sugerowało, że ochotników należących do innych gatunków szkolono w innych ośrodkach.

Życie w willi toczyło się dziwnym rytmem. Rankami kursanci w pełnych pancerzach ochronnych wlekli się przez rowy i po polach wysokiego po pas żyta. Popołudnia poświęcano zajęciom w klasach. Wieczorami żołnierze szli do namiotów, zaś oficerowie przywdziewali do kolacji galowe mundury i bawili się jak w letnim kurorcie. Prawie wszyscy oficerowie byli młodzi — nawet dowódca, kapitan porucznik Hong był przed trzydziestką — a to zachęcało do beztroskiego stylu. Mnóstwo picia, muzyki i wygłupów przy basenie oraz — jak podejrzewała Sula — intymnych schadzek po nocach. Sulę, która na formalnych kolacjach nosiła więcej imponujących medali niż inni obecni, traktowano z szacunkiem, nawet kiedy odrzucała propozycje alkoholu i seksu. Wszyscy wybaczali jej te ekscentryczności — była bohaterem i miała prawo do dziwactw.

Inni oficerowie gorszyli się, że nie ma służącego i choć twierdziła, że jest jej niepotrzebny, gdyż układa swoje rzeczy dokładnie jak chce i obca osoba tylko popsuje jej porządek, nalegali, żeby wśród żołnierzy wybrała sobie ordynansa. Sula nigdy w życiu nie prowadziła rozmowy kwalifikacyjnej ze sługą i przerażała ją perspektywa takiego interview, ale inni zorganizowali się w nieformalny komitet i zajęli się wyłonieniem kandydata. Sula siedziała tylko wśród nich i kiwała głową, jakby robiła to codziennie. Wkrótce miała ordynansa o nazwisku Macnamara — ochotnika z żandarmerii — wysokiego młodziana o kręconych włosach i bez zarostu. Był jedną z gwiazd kursu walk obronnych i Sula poczuła się pewniej, wiedząc, że będzie ją osłaniał.

Sula zorientowała się, że pomysł Martineza, by bronić Zanshaa prawdziwą armią, uznano za niepraktyczny, ale rząd nie chciał całkowicie zostawiać stolicy na pastwę losu. Sulę przewidziano do pozostawionego na tyłach zespołu, który miał zbierać informacje wywiadowcze, organizować akcje sabotażowe i likwidować zdrajców.

Pod koniec dwudziestodniowego kursu, na inspekcję zespołów przyjechał starszy kapitan Ahn-kin z Sekcji Wywiadu. Zatrzymał się przed Sulą — wyprostowaną w pozdrowieniu, w nieskazitelnym mundurze galowym, ze sprzętem bojowym ułożonym przed sobą na perystylu — i długo na nią patrzył.

— Pani jest porucznikiem lady Sulą, prawda?

— Tak, milordzie.

Ahn-kin pochylił się ku niej z uwagą.

— Czemu pani znajduje się tutaj, milady?

Sula, zaskoczona, wyjąkała coś o chęci obrony Praxis.

— Mam na myśli co innego — oznajmił Ahn-kin. — Chcę powiedzieć, że pani w ogóle nie powinna tu być. Jest pani jednym z najbardziej rozpoznawalnych Terran na tej planecie. Jak się pani zamierza ukryć w okupowanym przez wroga mieście, tak by nikt pani nie rozpoznał?

Przez chwilę wszystkie odpowiedzi, przychodzące Suli do głowy, były obsceniczne. Jej własną głupotę i kretynizm dowodzących tą akcją podsumowano jednym, najprostszym pytaniem.

Obrzydzenie kąsało jej gardło smakiem żółci.

Po prostu bawimy się tutaj w żołnierzyków, pomyślała. Jeśli chodzi o skuteczność, moglibyśmy równie dobrze grać w klasy.

— Zmienię swój wygląd, milordzie — powiedziała w końcu.

— Mam nadzieję, że pani to zrobi — stwierdził surowo Ahn-kin. Następnego dnia poszła do fryzjera w Edernay. Bardzo krótko obcięła włosy i ufarbowała je na smoliście czarny kolor. Przypomniawszy sobie, że jedyne jej ubranie cywilne to prosta czarna suknia balowa, nabyła skromny zestaw ubrań cywilnych i wracała do willi po cywilnemu. Wszyscy uznali, że dzięki bladej cerze i kontrastujących czarnych włosach wygląda jeszcze efektowniej niż przedtem.