— Przykro mi, jeśli zabrałem pani kwaterę — powiedział Martinez.
Kazakov uśmiechnęła się.
— Jakoś to przeżyję, milordzie. Niech pan przyłoży tu kciuk i podpisze.
Martinez zrobił to, a Kazakov poprowadziła go dalej, do dowódcy eskadry.
Gabinet lady Michi Chen był arcydziełem: brązowe, żłobkowane ornamentowane kolumny, ściany pomalowane w fantastyczne krajobrazy, w których unosili się klasycznie skomponowani, lekko odziani Terranie; stała tam także para prawdziwych brązowych posągów, uśmiechniętych nagich kobiet wyciągających przed siebie kosze pełne owoców.
Dowódca eskadry Chen nie przypominała zbytnio brązowych dziewcząt z owocami, które oskrzydlały jej biurko. Była przystojną kobietą w średnim wieku, nieco krępą, o siwiejących, czarnych włosach, przyciętych krótko na linii szczęk i nad czołem w prostej grzywce. Miała ziemistą cerę — prawdopodobnie był to skutek miesięcy spędzanych na pokładzie okrętu flagowego bez krzty prawdziwego słońca.
Martinez wyprężył się w salucie.
— Melduje się kapitan Martinez, milady.
— Kapitanie Martinez — powiedziała, wstając. — Witaj w rodzinie.
Martinez poczuł się lepiej i uścisnął wyciągniętą dłoń.
— Jestem bardzo szczęśliwy, że tu przyleciałem — oznajmił.
— Terza i Maurice mają się dobrze?
— Tak. Jak ostatnio słyszałem, obydwoje przywykają do statkowego życia.
— Wkrótce uaktualni pan wiadomości. Przez ostatnie kilka dni pańską korespondencję kierowano do mnie. — Usiadła. — Proszę usiąść, lordzie kapitanie. — Spojrzała na starszą porucznik. — Dziękuję, Kazakov. — Pierwsza porucznik wycofała się.
Siły Chen nie znajdowały się już w układzie Zanshaa: kiedy dwa wielkie statki transportowe, wiozące Lordów Konwokatów, zniknęły w wormholu Zanshaa Dwa, flota macierzysta poleciała za nimi, pozostawiając układ na pastwę Naksydów. Eskadra Chen pozostała z Konwokatami, aż ich ucieczkę uznano za udaną, a następnie oddzieliła się od reszty floty i przerzuciła przez ciąg wormholowych portali, aż do swego obecnego położenia w układzie Seizho.
Podróż Martineza była bardziej bezpośrednia: mógł polecieć z Zanshaa prosto do Seizho, cały czas przyśpieszając, i znalazł oczekujące tam na niego Siły Chen, hamujące w skromnym tempie jednego g.
Martinez domyślał się, dlaczego Siły Chen, będąc w Seizho, redukują swą szybkość.
Czas pokaże, czy się mylił.
— Przypuszczam, że jest pan zmęczony — powiedziała lady Michi — i że chciałby pan uporządkować swój sprzęt i trochę odpocząć, ale pragnę pana przywitać i zaprosić na dzisiejszą kolację.
— Będę zaszczycony, milady — odparł Martinez.
— Proszę mi dać swoją kartę kapitana. Wprowadzę pana do komputera taktycznego.
Po raz drugi Martinez oddał swą kapitańską kartę. Lady Michi włożyła ją w szczelinę, patrzyła przez chwilę na displej urządzenia, a potem postukała w swój displej.
— Proszę o odcisk kciuka i podpis, kapitanie Martinez — powiedziała. — Kolacja będzie o 25:01.
— Dziękuje, milady.
Martinez wziął kartę, wyprężył się, podszedł do drzwi i się zawahał.
— Pańska kabina jest po prawej stronie — powiedziała lady Michi. — Pańskie nazwisko będzie na tabliczce na drzwiach.
Martinez podziękował dowódcy eskadry i wyszedł. Bez trudu znalazł kajutę. Ordynansi nadal instalowali tam bagaże. Martinez nadzorował ten proces, zwłaszcza chowanie rozmaitych win i delikatesów, które przywiózł ze sobą na „Żonkilu”.
Potem odwiedził kwatery swoich czterech służących i upewnił się, że jego ludzie nie mają skarg. Choć kapitanowie zazwyczaj nie ozdabiali kabin poborowych — zwykle wystarczało maźnięcie nową farbą — pomieszczenie dla załogi na „Prześwietnym” było, jak reszta statku, dziełem sztuki. Martinez wsunął Aliklianowi wystarczającą sumę pieniędzy, by pokryć wszelkie opłaty w mesie podoficerskiej, wreszcie skierował się jeden pokład do przodu — „w górę” przy obecnym hamowaniu — do swojej kwatery.
Na szczycie schodni zaskoczyło go spotkanie z dawną przyjaciółką, ale potem zauważył, że Chandrze Prasad towarzyszy starszy od niej mężczyzna w mundurze starszego kapitana i Martinez wyprężył się do salutu, wpatrując się ponad głowę kapitana o zalecaną szerokość dłoni.
— Kapitan Martinez, lordzie kapitanie — powiedział.
Starszy kapitan lord Gomberg Fletcher dość długo zwlekał z odpowiedzią.
— Tak — ocenił — Najwidoczniej pan to on. Może pan stanąć na spocznij.
Najsłynniejszy esteta floty był mężczyzną o szczupłej twarzy ze starannie sfalowanymi srebrnymi włosami i błękitnymi oczyma, osadzonymi w głębokich, pobrużdżonych oczodołach. Miał dobrze skrojony i nieskazitelny mundur. Srebrne guziki błyszczały.
— Kapitanie Martinez — rzekł Fletcher — pozwolę sobie przedstawić porucznika lady Chandrę Prasad?
— Lady i ja już się znamy — oznajmił Martinez.
— Taak — powiedziała Chandra.
W jej oczach zalśnił figlarny błysk i Martinez starał się na niego nie reagować. Razem z lady Chandrą parę lat temu kończyli dwumiesięczny kurs łączności i szyfrów na Zarafanie, podczas długiego gorącego lata, które dla nich okazało się jeszcze gorętsze.
W ciągu minionych lat włosy Chandry stały się kasztanowe — Martinez pamiętał, że była szatynką — ale ostry podbródek i pełne wargi były dokładnie takie, jakie Martinez zachował w swej pamięci.
Oderwał wzrok od Chandry i uznał, że sytuacja zasługuje na bezpośredni hołd.
— Milordzie — rzekł — pozwolę sobie wyrazić uznanie dla wyglądu pańskiego statku. To najpełniejsza koncepcja, z jaką się zetknąłem.
Fletcher przyjął pochwałę ze swobodną tolerancją.
— Szkoda, że pan nie widział mego starego „Szybkiego”. Był statkiem znacznie mniejszym, więc mogłem zastosować mozaikę.
— To musiało być coś wyjątkowego — rzekł Martinez.
Fletcher uśmiechnął się łaskawie.
— Wierzę, że efekt był wart wysiłku.
— Rozumiem, że ożeniłeś się — wtrąciła Chandra. — Moje gratulacje.
Martinez odwrócił się ku niej.
— Dziękuję.
Figlarny blask nadal świecił w jej oczach.
— Jesteś z tego zadowolony? — spytała.
Zaskoczony pytaniem, na ułamek sekundy się zawahał. Nie był taki głupi, by wysuwać jakieś zastrzeżenia co do swojego małżeństwa, zwłaszcza wobec tej kobiety, zwłaszcza na statku z Chenem na pokładzie.
— Małżeństwo jest rzeczą wyśmienitą — stwierdził. — Próbowałaś?
Teraz z kolei zawahała się Chandra.
— Jeszcze nie — powiedziała w końcu.
Niebieskie oczy Fletchera, jak antena odbiorcza, skanowały przestrzeń od Martineza do Chandry i z powrotem, szukając źródła zażyłości, które tliło się pod ich słowami.
— A więc — powiedział w końcu — gratulacje z okazji zaślubin, kapitanie. Mam nadzieję, że pana pobyt na „Prześwietnym” upłynie przyjemnie.
— Dziękuję, milordzie. Ach… muszę wspomnieć, że zabrałem pełny skład służby i jest w tym sprzętowiec i mechanik. Ponieważ w mojej obecnej sytuacji nie potrzebuję aż czterech służących, byłbym szczęśliwy zaproponować tych dwóch do wszelkich zadań, jakich będzie wymagał „Prześwietny”.
Fletcher wysłuchał tego nachmurzony. Odpowiedział z solenną powagą.