— Wierzę, że przekona się pan, lordzie, że oficer o pańskiej pozycji do podtrzymania godności potrzebuje pełnego składu służby.
Martinez zamrugał.
— Tak jest, milordzie — odparł.
Z godnymi zazdrości swobodą i dostojeństwem Fletcher zaczął oddalać się korytarzem. Chandra poszła za nim. Moja pozycja? Moja godność? — myślał Martinez.
— Och, kapitanie Martinez, jeszcze jedno — Fletcher zatrzymał się, obrócił i powiedział znad ramienia. — Na kolację na pokładzie „Prześwietnego” wkładamy pełny mundur galowy.
— Tak jest, milordzie — odpowiedział automatycznie Martinez. Chandra spojrzała na Martineza i cynicznie uniosła brwi, a potem odeszła za kapitanem.
Martinez poszedł do swej kabiny. Czterech służących, by podtrzymać godność? Przez chwilę wyobraził sobie swoich ordynansów, jak biegną korytarzem i niosą go w lektyce. Wzruszył ramionami i wszedł do swojej kwatery.
Choć przeznaczona dla porucznika, kabina sypialna była dwukrotnie większa od kapitańskiej kabiny na „Koronie”. Na ścianie widniały murale, które stanowiły rozmyślny kontrast do trompe l’oeil, które widział wszędzie indziej. Na bujnym, tropikalnym tle namalowano ludzi, meble, pojazdy w taki sposób, by wydawały się dwuwymiarowe, jakby artysta kopiował z fotografii. Pomysł był dosyć zabawny — Martinez przypuszczał, że chyba się tym nie znudzi. Nie spodobał mu się natomiast wystrój gabinetu, gdzie pulchne, nagie, terrańskie dzieci płci męskiej, nie wiadomo dlaczego ze skrzydłami, zmagały się ze zbiorem starożytnej broni, mieczy, hełmów i zbroi, przeznaczonych dla dorosłych. Nie było jasne, czy te dzieci pragną się wzajemnie zmasakrować, czy też przyświeca im jakaś inna idea. Nieważne.
Martinez przypuszczał, że wkrótce będzie miał dość tych słodkich twarzyczek i pulchnych pośladków.
Dzieło sztuki, jak zobaczył Martinez przy bliższej inspekcji, nie było w istocie namalowane, lecz zostało stworzone programem graficznym, skopiowane na długie karty i zainstalowane jak tapeta.
Jako antidotum na te cukierkowe wizje zainstalował na displeju biurka obraz Terzy — w długiej białej sukni z wysokim kołnierzem siedziała przed rozłożystym bukietem ułożonych przez siebie kwiatów. Obraz będzie jaśniał przez wszystkie godziny, wędrując w ciszy z jednego końca displeju na drugi; przypomnienie o małżeństwie, którego sensu Martinez nadal nie pojmował.
Michi Chen uprzejmie zasugerowała, że Martinez będzie potrzebował wypoczynku, ale tak naprawdę miał mnóstwo relaksu podczas lotu „Żonkilem” i nie czuł się szczególnie senny. Wezwał Peny’ego, by zrobił mu kawę, usadowił się przy biurku i kontemplował swoje skrępowanie na wspomnienie Chandry Prasad.
Chandra była takim samym parem prowincjuszem jak sam Martinez, ale pochodziła z mniej godnej rodziny na ojczystej planecie. Powiedziała mu, że zaciągnęła się do floty, by uciec z domu, i rzeczywiście, niecierpliwość zdawała się być jej cechą dominującą. Podczas wspólnych miesięcy ona i Martinez tworzyli parę, kłócili się, godzili i tak w kółko. Chandra była mu spektakularnie niewierna, więc on uważał za punkt honoru bycie niewiernym również. Po dwóch miesiącach takich przepychanek czuł się tak, jakby wytrzymał dziesięć rund bokserskich, i bardzo się cieszył, że ich związek się skończył. Martinez nie zamierzał ponownie nawiązywać romansu z Chandrą, zwłaszcza na statku mającym na pokładzie jednego z jego powinowatych. Iskierkę, którą zauważył w oku Chandry, potraktuje jako ostrzeżenie i będzie trzymał się z dala.
Teraz, kiedy nieco dłużej o tym myślał, żałował, że nie ma większej praktyki jako mąż. Jego odruchy towarzyskie miały zaprezentować go jako mężczyznę miłego i dostępnego dla wszystkich odpowiednich kobiet w otoczeniu. Wstrzemięźliwość seksualna nie była cnotą, jakiej praktykowanie uznałby za celowe.
Będzie musiał się wystrzegać wyrafinowanej galanterii, którą praktykował tak długo, że stała się odruchem.
W tym momencie przypomniał sobie o czekających wiadomościach i z niejaką ulgą wsunął kapitański klucz w biurko i wywołał listy. Było kilka od Terzy, ostatni sprzed czterech dni.
Większość brzmiała krótko. Życie na „Ensenadzie”, pędzącej ku Laredo, płynęło beztrosko, ale towarzysko niezbyt ekscytująco. Roland stale pokonywał Walpurgę i Terzę w grze w hiperturniej. Kilka godzin, jakie Terza codziennie spędzała pod przyśpieszeniem dwóch g, nie powodowało dolegliwości. Mnóstwo czytała i miała mnóstwo czasu na grę na harfie.
Martineza ogarnęły ciepłe uczucia na widok jej twarzy w tej uroczej chwili tuż przed rozmową, gdy podniosła wzrok do kamery. Odezwała się, a on zauważył w jej zachowaniu niewielkie wahanie. Spędzili ze sobą niewiele czasu i nie nabrali pełnej swobody w swoim towarzystwie, a tu przecież rozmawiali na odległość dni świetlnych. Martinez zastanawiał się, czy jego zakłopotanie jest widoczne w audio i wideo, które przesyłał z „Żonkila”. Rozważał, czyby w odpowiedzi nie pisać listów. W ten sposób jego styl brzmiałby naturalniej, bez wahania widocznego w wideo.
Włączył ostatnią z wiadomości i na kanapce w kabinie zobaczył Terzę w zapiętej pod szyją bluzce z niebieskiej jedwabnej mory. Włosy tworzyły niesymetryczny wodospad nad ramieniem. Dostrzegał lekki rumieniec na jej policzkach i wyczuwał przyśpieszony puls.
— Miałam rację — mówiła Terza swym cichym głosem. — Powiedziałam ci, że czuję nadejście płodności i nie myliłam się. Wiedziałam od dwudziestu czy więcej dni, że jestem w ciąży, ale wiem jak wiele wypadków może zajść w ciągu pierwszych dni, a mieliśmy do czynienia z przyśpieszeniami i tak dalej, więc nie chciałam ci nic mówić, dopóki nie byłam pewna, że… że to przetrwa. Wygląda na to, że teraz nie ma odwrotu. — Uśmiechnęła się. — Bardzo się cieszę. Mam nadzieję, że ty też. — Położyła długą, elegancką dłoń na brzuchu. — Wszystkie te magiczne hormonalne sprawy chyba właśnie się we mnie dzieją. Szkoda, że cię tu nie ma i że w tym nie uczestniczysz. Proszę, uważaj na siebie, rób to dla nas dwojga.
Wiadomość się skończyła. Martinez długo wypuszczał z płuc powietrze, które wstrzymywał do tej pory. Odtworzył wiadomość ponownie. Uczucie wezbrało w jego krwi; czuł ciepło na skórze.
Zostanie ojcem. Świadomość tego była tak oszałamiająca, że Perry musiał dzwonić trzy razy, zanim Martinez go usłyszał i kazał stewardowi wejść. Perry zjawił się w pełnym umundurowaniu, w białych rękawiczkach, z filiżanką kawy na tacy. Martinez spojrzał na niego zaskoczony.
— Czy ktoś ci kazał włożyć najlepszy mundur? — zapytał. Perry postawił filiżankę i spodek przed Martinezem i nalał mu kawy.
— Milordzie, inni służący powiedzieli mi, że strój galowy na pokładzie „Prześwietnego” nosi się zwyczajowo.
— Rozumiem.
Perry postawił dzbanek z kawą na tacy i odstąpił.
— Przepraszam, że kawa się opóźniła, milordzie. Powinienem pana zawiadomić, że mogą pojawić się problemy z naszymi posiłkami.
Martinez, głęboko pogrążony w myślach, nie zauważył, że jego kawa pojawiła się później niż powinna.
— Tak? — spytał. — Dlaczego?
— Dlatego że jest pan w kabinie pierwszego, milordzie. Kabina dowódcy eskadry ma oczywiście kuchnię, kabina kapitana też. Przy mesie jest kuchnia dla poruczników i oczywiście żołnierze mają swoją mesę. Ale kabina pierwszego porucznika nie ma urządzeń kuchennych.
— Ach. Rozumiem.
Martinez powinien był to przewidzieć. Lady Michi miała oczywiście swego własnego kucharza, kapitan też. Mesa była rodzajem klubu dla poruczników i oficer taktyczny, zazwyczaj porucznik, w normalnych okolicznościach tam by się stołował. Ale pełny kapitan Martinez nie mógł się narzucać ze swymi posiłkami oficerom młodszym rangą, a żeby jadać z Fletcherem lub Michi Chen, musiałby zostać zaproszony.