— Tak, Patryku? — spytała.
— Nie podoba mi się to, że będziesz mieszkała sama w tej dzielnicy — powiedział. W jego głosie brzmiał upór. — Również… Ardelion. — Użył imienia kodowego Spence, bo prawdopodobnie nie mógł się zorientować, którą tożsamość Spence posiada w tej chwili.
Sula zaśmiała się.
— Właśnie ukończyliśmy kurs walki wręcz — powiedziała. — To dzielnica powinna się nas bać. — Widząc jego nadal zatroskane spojrzenie, poklepała go po ramieniu. — Miło, że się troszczysz, Patryku, ale naprawdę, nic się nam nie stanie. — I wtedy, kiedy poczuła potężny mięsień w jego ramieniu, przyszła jej do głowy inna myśl.
— Wychowałeś się na wsi, prawda?
— W górach. To tak jak na wsi.
— Czy nauczyłeś się jakichś rzemiosł? Powiedzmy ciesiołki czy hydrauliki?
Macnamara skinął głową.
— Jestem niezłym cieślą — powiedział. — I umiem łączyć rury. Sula uśmiechnęła się do niego.
— Mógłbyś zbudować, powiedzmy… tajne pomieszczenia.
Macnamara zamrugał.
— Chyba tak.
— To dobrze — powiedziała Sula. Rozejrzała się po mieszkaniu. Może jednak nie wyposażyli jeszcze do końca tego lokum.
Wkrótce stare i nowe mieszkania rozbrzmiewały odgłosami pił i młotów, powietrze pachniało klejem, lakierem i świeżą farbą. Użyteczne przedmioty pochowano w meblach, w szafkach i pod podłogą; w razie potrzeby Zespół 491 mógł się do nich dostać. Sula, która nie nadymała się oficerskim majestatem i nie pogardzała pracą rąk, nauczyła się stolarstwa.
W ciągu kilku dni znalazła w nowej dzielnicy mieszkanie dla siebie: pokoik z toaletą, prysznicem i niszą na łóżko. Poddała pokój temu samemu bezlitosnemu reżimowi szorowania i malowania, jaki zastosowała w innych mieszkaniach, i przyniosła do niego trochę zmodyfikowanych przez Macnamarę mebli. W tajnych meblowych schowkach ukryła te same użyteczne przedmioty, które zmagazynowała w innych miejscach.
Pierwszego dnia, kiedy leżała na wąskim, nowo nabytym materacu, sąsiedzi uraczyli ją hałasem wrzaskliwej bójki. Przez cienkie, prefabrykowane ściany słyszała wycia, wrzaski i odgłosy rzucanych o ścianę mebli.
Ileż to nocy jako dziecko leżała rozbudzona i nasłuchiwała ze strachem okrzyków, wrzasków i awantur w sąsiednim pokoju? Łomot krzesła rozwalonego o ścianę, brzęk rozbitej butelki, uderzenie pięści w ciało? Teraz w ciemnościach słuchała znowu tych dźwięków z dzieciństwa i przekonała się, że w jej sercu panuje dziwny spokój.
Przemoc fizyczna już jej nie przerażała, i to nie dlatego, że Sula właśnie spędziła prawie dwa miesiące, ucząc się, jak wypruwać ludziom wnętrzności. O wiele wcześniej, przed szkoleniem w Villa Fosca, nauczyła się radzić sobie ze strachem tego rodzaju.
Poradziła sobie ze swoim strachem, waląc tamtego człowieka wielokrotnie po głowie nogą od krzesła, a potem obciążając ciało i wrzucając je do rzeki Iola.
To nie przemoc ją teraz przerażała. Obawiała się porażki, zdemaskowania i prawdy. Prawdy spoczywającej w próbkach ludzkiego DNA w Parowskim Banku Genów i prawdy, która była w odcisku jej kciuka, zanim go wypaliła. Prawdy, że kiedyś nazywała się Gredel i tego, że wyrosła na Spannan, w prefabrykowanym bloku, takim jak ten, gdzie leżała w ciemnościach i słuchała, jak przemoc uderza w kruchą ścianę między nią i jej cichym strachem.
Następnego dnia wyszła, by spotkać się z zespołem w innym lokalnym wspólnym mieszkaniu. Kiedy stała na ganku swego budynku i mrugała w porannym świetle, z boku dobiegło ją powitanie, wypowiedziane dwuznacznym tonem.
— Czeeeść, krasna pani.
Obróciła się i zobaczyła młodego mężczyznę opartego o ścianę budynku. Na głowie miał zgnieciony aksamitny kapelusz. Uśmiechał się jak kot. Miał błyszczące, sugestywne czarne oczy, w życiu takich nie widziała i uznała, że warto porozkoszować się ich uwagą jeszcze kilka chwil.
— A, cześć! — odpowiedziała. Lekko się wyprostował.
— Nie widziałem cię tu wcześniej, krasna pani.
— Dopiero co zjechałam tu z pierścienia.
— Więc straciłaś dom, co? — Podszedł ku niej i pogłaskał jej dłoń niby współczująco. — Potrzebujesz Jednego-Kroka, by cię oprowadził po Nadbrzeżu, prawda? Zabiorę cię do miłych miejsc, kupię ci śliczności.
— Masz więc pracę? — zapytała Sula.
Jeden-Krok zmrużył swoje czarne oczy i wyciągnął przed siebie obie dłonie.
— Wydam na ciebie ostatni minim, krasna pani. Chcę cię uszczęśliwić.
— Dlaczego ta dzielnica nazywa się Nadbrzeże? Nie widziałam rzeki.
Młody człowiek uśmiechnął się szeroko i stuknął koturnem w chodnik.
— Rzeka pod naszymi stopami, krasna pani. Dzielnicę zbudowali nad nią.
Sula wyobraziła sobie zimną wodę, płynącą wolno w cieniach pod jej stopami, martwe rzeczy toczące się w głuchej ciszy po mętnym dnie. Przeszedł ją dreszcz. Gdyby wiedziała o rzece, pewnie podzieliłaby wątpliwości swego zespołu co do tej dzielnicy.
Jeden-Krok wyczuł u niej zmianę nastroju i znowu pogłaskał ją po dłoni.
— Jesteś z pierścienia, rozumiem, nie macie rzek tam na górze. Nie martw się, że wpadniesz do wody, wszystko jest bezpieczne. Jak nadchodzi powódź, włączają syrenę.
Sula uśmiechnęła się i wyzwoliła dłoń.
— Mam intendew — powiedziała.
— Hola, odprowadzę cię do pociągu.
— Wiem, gdzie jest pociąg.
Powiedziała to z uśmiechem, ale stanowczo. Jeden-Krok zaniechał próby, by ponownie chwycić ją za rękę.
— No, powodzenia na intendew. Kiedy zechcesz, żebym cię oprowadził, przyjdź tutaj, do mojego biura. — Wyrzucił przed siebie dłonie, zaznaczając gestem swój kawałek chodnika.
— Tak zrobię. Dzięki.
Idąc po ulicy, Sula czuła, jak się odpręża, czuła, że stała się prawie tutejsza. „W takiej dzielnicy łatwo zniknąć”. Mogła zniknąć w tym, czym kiedyś była, i zapomnieć o długim, beznadziejnym wcielaniu się w kogoś innego, wcielaniu, które było jej życiem.
Pierwszy ranek Martineza na pokładzie „Prześwietnego” zaczął się od śniadania. Perry przyniósł je wcześnie — solonego karpia, owoce piklowane w słodkim sosie imbirowym i świeżą babeczkę. Dogadał się z kucharzem lady Michi: dzielili kuchnię dowódcy eskadry i obowiązki gotowania dla obu oficerów. Popijając spokojnie kawę, Martinez wywołał komputer taktyczny, by opracować ćwiczenia dla Sił Chen przy założeniach, że wróg pojawi się przy Aspa Darla.
Ćwiczenia przeprowadzone następnego dnia zakończyły się sukcesem. Choć rozumowanie Fletchera było niejasne, wiedział jednak, co robi: „Prześwietny” manewrował skutecznie i precyzyjnie, reszta eskadry również. Martinez zazdrościł Siłom Chen wyszkolonych, zdyscyplinowanych załóg i żałował, że nie miał tych ludzi na pokładzie „Korony” pod swoim dowództwem.
Oczywiście Siły Chen składały się z załóg, które już odniosły zwycięstwo — w dniu wybuchu rebelii, z bliskiej odległości, walcząc promieniami antyprotonowymi, ze statkami przeważnie w dokach. Dodawało to załogom jakiegoś wisielczego ducha walki i wiarę, że cokolwiek ich spotka, nie może być to aż tak złe, jak to, co już zwycięsko przeszli.
Siły Chen również już wykorzystywały nową, luźniejszą formację taktyczną opracowaną przez Martineza i odniosły widoczny sukces. Jak zwierzyła się Michi Chen, Do-faq wysłał jej kompletny zapis przeprowadzanych eksperymentów, a ona rozpoczęła na ich podstawie własne ćwiczenia.