Podniesiony na duchu tym wyrazem zaufania, Martinez zaplanował następnego dnia bardziej wyrafinowany eksperyment. Siły Chen znowu dobrze się spisały. Następnego dnia ćwiczeń nie było, ponieważ kapitan Fletcher wybrał ten dzień do przeprowadzenia inspekcji personelu, tak gruntownej, że zajęła większość dnia. Martinez, nie podlegający Fletcherowi, nie został poddany bystrej kontroli kapitana, ale wieczorem, przy posiłku, otrzymał sprawozdanie Alikhana, który był obecny, gdy kapitan odwiedzał jego przedział.
— Lord kapitan jest niezłym entuzjastą przeglądów i inspekcji, mój lordzie — powiedział Alikhan. — „Prześwietny” podlega pełnej inspekcji co sześć, siedem dni i każdego dnia jakiś wydział jest przeglądany i badany.
— Czy lord kapitan znajduje dużo uchybień? — spytał Martinez.
— Zdumiewająco wiele, milordzie. Kurz w kątach, nieporządnie utrzymany sprzęt osobisty, odłupane kawałki jego murali… Jest bardzo dokładny.
— Wyobrażam sobie, że połupane murale muszą go irytować. Alikhan zachowywał kamienną twarz.
— W swoim sztabie ma malarza, który to reperuje.
— Podtrzymuje jego godność — rzekł cicho Martinez. Alikhan uniósł brew.
— Milordzie?
— Nic takiego — odparł Martinez.
Czwartego dnia, po następnych pomyślnych ćwiczeniach, Martineza zaproszono na kolację do mesy. Porucznicy chcieli usłyszeć opis ucieczki „Korony” od Naksydów w dniu wybuchu rebelii i o Bitwie przy Hone-Bar, i Martinez — który w tych anegdotach miał już pewne doświadczenie — spełnił ich prośby. Fulvia Kazakov — z nowymi pałeczkami z kości słoniowej, przekłuwającymi węzeł włosów z tyłu głowy — okazała się skrupulatną gospodynią. Zaspokajała ciekawość swoich poruczników, nie dając Martinezowi poczucia, że został zdominowany przez zgraję niecierpliwych młodzieńców. Ku zaskoczeniu Martineza Chandra Prasad siedziała cicho — pamiętał ją jako osobę rozkrzyczaną na wszelkich spotkaniach. Kiedy pozwolił sobie na nią spojrzeć, zobaczył, że go uważnie obserwuje swymi podłużnymi, ciemnymi oczyma.
Pod koniec kolacji Chandra otrzymała wezwanie od lorda kapitana Fletchera i, przepraszając, spokojnie wyszła. Zapadła krótka, niezręczna cisza, porucznicy starannie unikali patrzenia sobie w oczy, ale potem wznowiono konwersację.
Później Martinez przypomniał sobie, że kiedy poznali się z Chandrą, mieli ten sam problem: żadne z nich nie miało patrona we flocie. Martinez znalazł swoich dobroczyńców w Chenach, ale podejrzewał, że Chandra nie znalazła nikogo, kto podjąłby się tej roli — z wyjątkiem, być może, starszego kapitana, lorda Gomberga Fletchera.
Nie było wprawdzie bezpośrednich przepisów, zabraniających związków między kapitanem a którymś z jego oficerów, ale zwyczaj służby stanowczo przeciwko temu przemawiał. Prócz obawy o wykorzystanie seksualne, wszyscy baliby się takiego kapitana, który ma faworytów wśród podwładnych, a związki erotyczne są faworyzowaniem o wyjątkowo powikłanej naturze. Jeśli oficer nie mógł obyć się bez partnera w czasie podróży, na ogół mógł zabrać odpowiedniego służącego na pokład, właśnie w celach towarzyskich.
Ale może to miłość, pomyślał miłosiernie Martinez.
Postanowił nie korzystać z wideo i pisać codziennie do Terzy. Aby wiedziała, czego oczekiwać na końcu podróży, opowiadał o swoich wspomnieniach z Laredo, dokąd zmierzała „Ensenada”, oraz o swoich rodzicach, ich domach i historii swojej rodziny. Nie widział Laredo od prawie dwunastu lat, ale wspomnienia powracały z zadziwiającą jasnością: letni dom Buena Vista w niższych partiach stoków Sierra Oriente, otoczony klonami, które jesienią płonęły ognistą czerwienią; pałac z biało-czekoladowego marmuru w stolicy, w nim wodne ogrody; wysoki dom z polnych kamieni w subtropikalnej delcie Rio Hondo, gdzie rodzina spędzała zimy. Przed domem biegła wspaniała aleja z masywnych poskręcanych dębów, na które Martinez wspinał się jako dziecko. Ojciec, wylewny mężczyzna z kolekcją budowanych na zamówienie pojazdów powietrznych i lądowych, i matka, która wieczorami czytywała rodzinie romantyczną poezję.
Przesyłki, przerobione na cyfrowe obrazy, docierały przez wormholowe przekaźniki do Terzy po kilku dniach, ale kiedy otrzymała pierwsze z nich, zaczęła odpowiadać w ten sam sposób. Ze starannie kaligrafowanych listów dowiedział się o jej nauczycielu gry na harfie, panu Gulio, z ostrym nosem i grubymi kostkami palców; o willi Chenów w Hone Reach, mającej kształt piramidy, zbudowanej przez pierwszego Chena, który osiągnął godność konwokata; o swoich reakcjach na stary dramat Koshkinena, którego zapis znalazła na „Ensenadzie”. Pisała o swej ciąży i o zmianach, które dokonują się w jej ciele.
Wyobrażał ją sobie, że siedzi na kanapce, pochylona nad notatnikiem, odrzuciwszy włosy na plecy, trzymając w zgrabnej ręce pióro do kaligrafii.
On pisał, że za nią tęskni i że nie powinna się denerwować, gdyby jego listy nagle przez pewien czas przestały przychodzić. Nie musi to oznaczać bitwy, a tylko tyle, że jest zajęty albo eskadra się przenosi.
Wszystkie listy podpisywał „Kocham Cię, Gareth” i przekonał się, że te słowa nie brzmią niezręcznie. Zaskoczyło go to początkowo, ale potem, kiedy listy postępowały jeden po drugim, efekt zaskoczenia zanikał.
Martinez w końcu zasłużył sobie na obiad z kapitanem, choć zaproszono go nie indywidualnie, lecz wraz z lady Michi i całym jej sztabem. Murale w apartamentach kapitańskich rzeczywiście były wymalowane, a nie umieszczone na ścianach jak tapety. Fletcher był wdzięcznym gospodarzem i cały wieczór podtrzymywał płynną, lekką konwersację. Chandra Prasad się nie pojawiła.
Martinez jadał obiady z Michi regularnie, był również częstym gościem w mesie oficerskiej. Czuł, że powinien odwdzięczyć się za tę gościnność, i otrzymał pozwolenie dowódcy eskadry na wykorzystanie „Żonkila”. Zaprosił lady Michi, potem poruczników, a w końcu poruczników wraz ze swym kapitanem. Espinoza i Ayutano stali w białych rękawiczkach przy luku dokującym i pomagali gościom dostać się na jacht. Wszyscy prócz kapitana chwalili kuchnię Perry’ego, ale nawet kapitan pochwalił wina, pochodzące z dobrych roczników — butelki zostały wysłane z piwnic Chenów przez Terzę i Martinez na ślepo załadował je na pokład, nawet nie spoglądając na etykiety. „Żonkil” stał się czymś w rodzaju klubu dla młodszych oficerów. Martinez często zapraszał ich na drinki i gry — spotkania, na które nie musieli wkładać galowych mundurów. Mimo braku oficjalnych form Martinez bardzo uważał, by nigdy nie zostawać sam na sam z Chandrą ani z żadną inną kobietą z załogi.
„Prześwietny” wpadł w rutynę. Naksydzi zdawali się w niewyjaśniony sposób opóźniać zajęcie stolicy, którą pozostawiono na ich łasce. Kiedy Martinez po raz pierwszy wszedł na pokład, oczekiwano Naksydów lada dzień. Ale dni mijały, a Naksydzi się nie pokazywali. Na „Prześwietnym” trwały serie ćwiczeń, przeglądów i inspekcji. Martinez zasugerował lady Michi, żeby zmniejszyć liczbę ćwiczeń: nie chciał, by przygięci przetrenowali się i stracili swą przewagę. Zgodziła się i ćwiczenia odbywały się teraz co trzy dni.
Naksydzi nadal się nie pojawiali. Martinez czuł, jak nuda szarpie mu nerwy. Pewnego dnia spotkał lorda kapitana Fletchera na korytarzu, spacerującego z Chandrą. Martinez wyprężył się w salucie.
— Ach, Kmiot — powiedział uprzejmie Fletcher. — Nazywam pana Kmiotem..
— Milordzie?
Fletcher machnął ręką ogólnikowo wielkodusznym gestem.
— Jest pan Kmiot. Kmiot, tak cię nazywam i będziesz Kmiotem. Martinez zamrugał.