Выбрать главу

– To, że dom jest niewielki – powiedziała – nie powinno stanowić dla nich, moim zdaniem, przeszkody, gdyż będzie w proporcji do wielkości ich rodziny i dochodów.

Na co pułkownik zdziwił się, że Eleonora uważa ich małżeństwo za oczywiste następstwo jego oferty, nie sądzi bowiem, by prebenda mogła przynieść dochód pozwalający na założenie rodziny komuś, kto żyje na takiej, jak pan Ferrars, stopie.

– Ta prebenda może jedynie pozwolić panu Ferrarsowi na dostatnie życie w kawalerskim stanie, nie na ożenek. Przykro mi, ale to wszystko, czym mogę mu służyć, na tym bowiem kończą się moje możliwości. Gdyby się jednak niespodzianie tak złożyło, że byłbym w stanie w czymś mu jeszcze pomóc, zawsze to uczynię z taką samą chęcią jak dzisiaj, chyba żebym całkowicie zmienił o nim opinię. To, co teraz robię, wydaje mi się błahostką, gdyż niewiele mu pomoże w osiągnięciu jedynego celu, w dojściu do szczęścia. Małżeństwo jego musi wszakże pozostać jeszcze szczęściem odległym. Obawiam się, że to nie będzie mogło mieć miejsca w najbliższym czasie.

To właśnie zdanie, opacznie zrozumiane, uraziło, rzecz jasna, subtelną panią Jennings, lecz teraz, kiedy wiemy już, jak brzmiała prawdziwa rozmowa prowadzona pod oknem przez Eleonorę i pułkownika, możemy chyba przyznać, że wdzięczność panny była nie mniej oczywista i zrozumiała, niż gdyby jej powodem była propozycja małżeństwa.

ROZDZIAŁ XL

– No cóż, panno Eleonoro – zaczęła pani Jennings z domyślnym uśmiechem natychmiast, gdy ich gość wyszedł. – Nie pytam, co ci mówił pułkownik, bo choć, na honor, starałam się nic nie słyszeć, doszło mnie, chcąc nie chcąc, tyle, żeby zrozumieć, o co mu chodziło. I zapewniam cię, żem nigdy w życiu bardziej się nie cieszyła i z całego serca życzę ci wiele z tego radości.

– Dziękuję pani – odparła Eleonora. – Dla mnie to doprawdy wielka radość i głęboko odczuwam dobroć pułkownika. Niewielu ludzi tak by postąpiło. Mało można znaleźć podobnie litościwych serc. Nigdy w życiu nie byłam taka zdumiona.

– O Boże, jakaś ty skromniutka! Ja tam nic nie jestem zdumiona, bo ostatnio często myślałam, że to ogromnie prawdopodobne.

– Pani tak uważała, znając jego szlachetność, ale przecież nie mogła pani przewidzieć, że tak szybko nadarzy się podobna okazja.

– Okazja? – powtórzyła pani Jennings. – Och, jeśli o to idzie, mężczyzna, jak się już raz zdecyduje, zawsze jakoś znajdzie okazję. No cóż, kochana moja, życzę ci jeszcze raz wiele radości, a jeśli kiedykolwiek zechcę popatrzeć na szczęśliwą parę, to już będę wiedziała, gdzie jej szukać.

– Zapewne pojedzie pani za nią do Delaford? – Eleonora uśmiechnęła się lekko.

– Na pewno, moja droga, na pewno. A jeśli idzie o to, że dom jest taki skromny, to doprawdy nie wiem, co pułkownik chciał przez to powiedzieć, bo to wcale nie byle jaki dom.

– Pułkownik mówił, że wymaga remontu.

– No, a czyja to wina? Czemu go nie remontuje? Kto to ma zrobić, jak nie on?

Tu przerwał im służący, który zameldował, że powóz stoi przed domem, a pani Jennings kończyła, szykując się do wyjścia:

– No cóż, kochanie, muszę już jechać, nim zdążyłam się z tobą nagadać, ale możemy to sobie powetować wieczorem, bo będziemy zupełnie same. Nie proszę, żebyś ze mną jechała, bo za dużo masz, myślę, w głowie, żebyś chciała towarzystwa, a poza tym pewno marzysz, żeby wszystko powiedzieć siostrze.

Marianna wyszła z pokoju, nim się ta rozmowa zaczęła.

– Z pewnością powiem o tym Mariannie, ale poza tym nie wspomnę nikomu.

– No cóż, trudno – westchnęła pani Jennings z pewnym rozczarowaniem. – Pewno więc nie chcesz, żebym powiedziała Lucy, bo myślę dzisiaj pojechać aż na Holborn.

– Nie, proszę pani, nawet Lucy, jeśli łaska. Jeden dzień zwłoki niewiele sprawi, a sądzę, że nikt nie powinien o tym wiedzieć, póki nie napiszę do pana Ferrarsa. Zrobię to natychmiast. Bardzo jest ważne, żeby go zawiadomić, gdyż czeka go, rzecz jasna, wiele jeszcze spraw w związku ze święceniami.

Te słowa zdumiały panią Jennings ogromnie. Czemu trzeba z takim pośpiechem pisać do pana Ferrarsa? Nie mogła tego w pierwszej chwili pojąć. Po chwili zastanowienia znalazła szczęśliwe rozwiązanie zagadki:

– Och, rozumiem. Pan Ferrars ma temu pobłogosławić. No cóż, tym lepiej dla niego. No, oczywista, musi zaraz otrzymać święcenia. Rada słyszę, że wszystko już tak dalece uzgodnione. Ale, moja droga, czy to naprawdę właściwe? Czy pułkownik nie powinien sam napisać?… Przecież to należy do niego…

Eleonora nie ze wszystkim zrozumiała to, co pani Jennings mówiła na początku, nie sądziła też, by warto było się dopytywać, odpowiedziała więc tylko na ostatnie pytanie:

– Pułkownik Brandon jest człowiekiem tak delikatnym, że życzył sobie, by pan Ferrars został powiadomiony o jego intencjach przez kogoś innego.

– No cóż, wobec tego musisz to zrobić. Przyznam, że to dość osobliwa delikatność. Ale nie będę ci przeszkadzać (zauważyła, że Eleonora szykuje się do pisania). Sama najlepiej potrafisz się w swoich sprawach rozeznać. No, to do widzenia, kochana, takam rada, odkąd Charlotta urodziła, nie miałam milszej wiadomości.

Po czym wyszła, lecz wróciła za chwilę.

– Pomyślałam właśnie, moja duszko, o siostrze Betty. Bardzo bym chciała znaleźć jej dobre miejsce. Tylko nie mam pewności, czy będzie się nadawała na garderobianą. To doskonała pokojowa i bardzo zręczna do igły. No, w każdym razie pomyśl o tym, jak będziesz miała wolną głowę.

– Oczywiście, proszę pani – odparła Eleonora, niewiele z tego słysząc, gdyż bardziej chciała być sama, niż zrozumieć, o co zacnej damie chodzi.

Jak zacząć, jak to wszystko wyrazić w krótkim liściku do Edwarda – teraz mogła myśleć tylko o tym. Szczególna sytuacja, w jakiej się znaleźli, sprawiała, że to, co wobec kogo innego byłoby najłatwiejsze na świecie, w tym wypadku wydawało się ogromnie trudne; bała się napisać za mało i za dużo, siedziała więc tak nad kartką papieru, deliberując, aż przerwało jej wejście Edwarda we własnej osobie.

Przyszedł zostawić swój bilet wizytowy na pożegnanie i przed domem spotkał wsiadającą akurat do powozu panią Jennings, która przeprosiwszy, że sama nie może z nim wrócić, kazała mu wejść, gdyż panna Dashwood jest w domu i chce z nim pomówić w pewnej ważnej sprawie.

Skłopotana Eleonora pocieszała się właśnie, że choć trudno wyłożyć należycie sprawę w liście, lepsze to niż konieczność przedstawienia jej w bezpośredniej rozmowie, kiedy wszedł Edward, zmuszając ją akurat do tego, co uważała za trudniejsze. Była zaskoczona i speszona. Nie widzieli się, odkąd się wydały jego zaręczyny, a więc odkąd zdawał sobie sprawę, że Eleonora musi o nich wiedzieć, a to, razem z wszystkim, co myślała, i tym, co mu miała do zakomunikowania, wprawiło ją w ogromne zaambarasowanie. On również był bardzo zmieszany, usiedli więc i siedzieli przez chwilę obiecująco zakłopotani. Edward nie mógł sobie przypomnieć, czy wchodząc do pokoju przeprosił ją za najście, czy.nic, postanowił więc na wszelki wypadek złożyć należne wyjaśnienia i wykrztusił wreszcie, gdy zdołał dobyć głosu: