Skinąłem głową.
– A więc Meto nic nie wie?
– Nie. Myśli, że jesteś z Pompejuszem. To dopiero będzie niespodzianka, kiedy wrócimy do Rzymu i on cię zobaczy! Może do tego czasu brwi ci odrosną…
Zimny kleik przyniesiony z kuchni rzeczywiście podziałał trochę kojąco na mój przełyk. Stwierdziłem, że jestem wściekle głodny, ale Dawus bacznie pilnował, abym nie zjadł za dużo w zbyt krótkim czasie. Po jakimś czasie zebrałem się na odwagę i poprosiłem go o podanie lusterka. Okazało się, że bynajmniej nie jestem tak strasznie okaleczony, jak się obawiałem. Owszem, brwi zniknęły i efekt nie dodawał mi urody, ale przynajmniej nie doznałem poważniejszych oparzeń twarzy. Wchłonąłem do płuc sporo morskiej wody, dymu i żaru, ciało miałem pokryte skaleczeniami, oparzeniami, pęcherzami i siniakami (zwłaszcza na szyi po stalowym chwycie Pompejusza), a na łydce miałem paskudną, ropiejącą ranę zadaną przez grot włóczni, o który zawadziłem, wyskakując przez burtę. Kiedy Dawus mnie odnalazł, trawiła mnie gorączka i majaki, ale gdy wreszcie ustąpiła, zacząłem szybko wracać do siebie.
Niektórzy na moim miejscu mogliby sobie wyobrażać, że zostali ocaleni dzięki interwencji bogów, mających dla nich specjalne zadania do wypełnienia. Ja jednak widziałem siebie jako płotkę zbyt małą, by zatrzymała ją sieć Neptuna, albo przemoczoną gałązkę rzuconą w palenisko Hadesu, która zadymiła i zasyczała, ale ogień jej nie strawił.
Spieszno mi było do Rzymu, a jeszcze spieszniej, by znów zobaczyć się z Metonem. W obozie Cezara nie mogłem z nim otwarcie rozmawiać, a miałem mu wiele do powiedzenia i wiele chciałem się od niego dowiedzieć.
Zrezygnowaliśmy ze skrótu Tirona przez grzbiet Apeninów i ruszyliśmy na północ gościńcem Via Appia śladami Cezara. Posuwał się on w tempie wręcz nieprawdopodobnym, zwłaszcza jak na tak liczną armię. Ja również starałem się szybko jechać, ale wkrótce sobie uzmysłowiłem, że nie mogę dotrzymać mu kroku, a cóż dopiero mówić o dogonieniu go. Pogodziłem się z tym, że spotkam Metona dopiero w Rzymie. W każdym mijanym miasteczku, do którego przybywaliśmy w kilka dni po pobycie Cezara, nikt nie mówił o niczym innym. Wszędzie, gdzie się pojawił, wódz był witany dziękczynnymi hołdami; miejscowi notable ochoczo przysięgali mu lojalność. Jeśli ktokolwiek wolałby widzieć triumf Pompejusza, nikomu się z tym nie zdradzał.
Pogoda była przyjemna. W Beneventum dopadł mnie nawrót gorączki i straciliśmy cały dzień, ale na ogół utrzymywaliśmy niezłe tempo.
Dotarliśmy do Rzymu przez bramę Kapeńską o zachodzie słońca w nony, piątego dnia kwietnia.
Diana rozpłakała się na widok Dawusa. Bethesda rozpłakała się na mój widok. Za to Mopsus i Androkles śmiali się za wszystkich domowników.
Dowiedziałem się, że Meto wpadł w odwiedziny tylko raz, na drugi dzień po powrocie do miasta. Powiedział, że Dawus jest w drodze do domu, ale ja odpłynąłem z Pompejuszem do Dyrrachium. Moje pojawienie się było więc zupełnie nieoczekiwane… nawet dla mnie… ale tym większą z niego czerpaliśmy radość. W domu brakowało tylko jednej osoby, ale nikt za nią nie tęsknił, poza może obu urwisami. Meto rozkazał gladiatorowi Cykatriksowi, pozostawionemu przez Pompejusza jako ochroniarz i strażnik, wynosić się i nigdy nie wracać. Butny niegdyś niewolnik, którego pan musiał uchodzić za morze przed człowiekiem panującym teraz w Rzymie, posłuchał potulnie zadowolony, że zachował głowę. Zniknął bez śladu i nikt nie wiedział, gdzie się podziewa.
Tego wieczoru przyszedł do nas Eko wraz z całą rodziną. Po kolacji, która upłynęła w atmosferze radosnego podniecenia, obydwaj zaszyliśmy się w moim gabinecie i do późna w noc gwarzyliśmy nad pucharami rozcieńczonego wina. Bałem się, że zacznie mnie wypytywać, jak udało mi się wynegocjować zwolnienie Dawusa, a potem samemu wymknąć się Pompejuszowi, ale Eko, podobnie jak reszta rodziny, przyjął po prostu, że uciekłem się do jakiegoś niewinnego podstępu. Uznałem, że na razie powinienem zatrzymać w tajemnicy i okoliczności śmierci Numeriusza, i knowania Metona.
Eko zapoznał mnie z najnowszymi plotkami z Forum. Wiadomość o ucieczce Pompejusza dotarła do miasta tuż przed przybyciem Cezara i wywołała falę zarówno strachu, jak i radości. Cezar zwołał posiedzenie senatu, czy raczej jego resztek, na kalendy kwietniowe. Krążyło wiele spekulacji na temat żądań, jakie zamierza wysunąć, i reakcji na nie, ale dla wszystkich było jasne, że w Rzymie nie pozostał ani jeden senator, który mógłby i chciał mu się przeciwstawić.
Uporczywie twierdzono, że Cezar pokaże się na Forum i przemówi do ogółu obywateli, ale jak dotąd do tego nie doszło. Być może zwycięski wódz obawiał się wrogiego przyjęcia, a nawet zamieszek.
Kiedy Cezar włamał się do świętego skarbca w świątyni Saturna, który stanowił rezerwę republiki na wypadek wojny, rozległy się szmery niezadowolenia. Olbrzymie sumy w złotych i srebrnych sztabach tam zdeponowane miały zostać wykorzystane wyłącznie w takiej sytuacji i pozostawały nietknięte od niepamiętnych czasów. Uciekający z Pompejuszem konsulowie zastanawiali się, czy nie otworzyć skarbca, ale i oni zdecydowali zostawić skarb w spokoju. Cezar zaś przywłaszczył go sobie jak zwykły złodziej, tłumacząc: „Święty skarb został zgromadzony przez naszych przodków do użycia na wypadek ataku Galów. Podbiwszy Galię, osobiście wyeliminowałem wszelkie takie zagrożenie, teraz więc zabieram złoto”.
Trybun Metellus usiłował zapobiec nielegalnemu otwarciu skarbca i własną piersią zastawił zapieczętowane drzwi. Cezar rzekł mu: „Jeśli mnie do tego zmusisz, Metellusie, każę cię zabić. Wierz mi, że wypowiadanie takiej groźby sprawia mi więcej bólu niż jej wykonanie”. Na takie dictum trybun się wycofał.
Cezar ukradł święty skarb i groził śmiercią urzędnikowi wykonującemu swe obowiązki. Mimo nieustannych zapewnień o chęci negocjacji z Pompejuszem i przywrócenia konstytucji, jasno dał w ten sposób do zrozumienia, że jest gotów złamać każde ograniczające go prawo i uśmiercić każdego sprzeciwiającego mu się człowieka.
A Cycero? Po drodze do Rzymu Cezar odwiedził go w jego willi w Formiach, prosząc o powrót do miasta i wzięcie udziału w pracy senatu. Cycero delikatnie odmówił i ostentacyjnie wyruszył do swego rodzinnego Arpinum, by tam z opóźnieniem świętować dzień togi swego syna. Cezar na razie tolerował tę deklarowaną neutralność. Czy Pompejusz wykaże równe zrozumienie, kiedy zjawi się znów w Italii z ogniem i mieczem? Biedny Cycero… złapany w pułapkę jak zając Ezopa, miotający się między lwem a lisem.
– Co słychać u twojego brata? – spytałem Ekona. – Zdaje się, że odwiedził was po przybyciu z Cezarem do miasta?
– Tak, i to był jedyny raz, kiedy mogliśmy się z nim zobaczyć. Jest pewnie zbyt zajęty, by się wyrwać spod boku swego wodza. Jeśli plotki nie kłamią, lada dzień wyruszą znowu w pole. Cezar zostawi Antoniuszowi dowództwo w Italii, a sam pospieszy do Hiszpanii, zmierzyć się z tamtejszymi legionami Pompejusza.
– Muszę się widzieć z Metonem, zanim odjedzie – powiedziałem.
– Jasne, tato. Sztab Cezara jest zakwaterowany w Regii, bo jako pontifex maximus ma on prawo tam rezydować. Przejdziemy się tam obaj jutro. Chcę tam być, żeby zobaczyć minę Metona. Będzie równie zaskoczony twoim przybyciem jak my wszyscy!
– Nie, synu. Chcę się z nim spotkać sam, w miejscu, gdzie będziemy mogli poufnie porozmawiać. – Zastanawiałem się nad tym przez chwilę, aż znalazłem rozwiązanie. – Poślę mu dzisiaj wiadomość i poproszę o spotkanie nazajutrz.
– Oczywiście. – Eko sięgnął po tabliczkę woskową i rylec. – Podyktuj mi, napiszę za ciebie.