Arman zdziwił się. Juta westchnęła z ironią.
— Wątpię, żeby jakiemukolwiek mężowi się to spodobało. Jak sądzisz?
— Moim zdaniem wspaniałe — stwierdził Arman.
Po kilku dniach księżniczka spytała, machając igłą:
— Pamiętasz, przyznałeś się, że napisałeś te wersy o cieniu?
— Tak? — Arman, zdaje się, myślał o czymś innym.
— „Mój cień leży na skałach, maleńki, jak źrenica myszki…”
— Ach, to…
— Czyżbyś widział, jaką źrenicę ma myszka?
— Nie. Spróbuj złowić myszkę, a co dopiero popatrzeć jej w oczy!
Juta dalej machała igłą, nie patrząc na szycie. Wzrok jej zasnuła mgiełka — zdawało się, że jest wzruszona i równocześnie zdziwiona.
— Armanie… Czy nie mógłbyś mi wyjaśnić, no… No, z czego ty układasz takie… No, wiersze, czy co?
Arman uniósł brwi:
— Wiersze?
Juta rozłożyła ręce:
— Wiesz, u nas w pałacu był nadworny poeta, pisał wiersze na święta i układał na zamówienie miłosne listy… Ale to było co innego. „Dobrodziejstwa do pochodni cudownej wielce podobne”…
Odłożywszy płótno, nagle nachyliła się ku niemu:
— Armanie, jesteś potężnym, ziejącym ogniem jaszczurem… Co tobie do źrenicy myszki?
Wzruszył ramionami:
— Nie podoba ci się?
— Podoba — odpowiedziała cicho. — Bardzo.
Zamilkli.
— A twoim zdaniem, wiersze — to co? — Zapytał Arman prowokacyjnym tonem.
Juta, wpadła w uniesienie i z błyskiem natchnienia w oczach powiedziała:
— To, czego nie można zobaczyć, można tylko odczuć…
— Dobrze — powiedział poważnie smok. — Więc ja mówię: „Placek rozczynia się w moim żywocie”. To wiersz.
Juta, która zdążyła już poszybować na skrzydłach poetyckiej wyobraźni, ledwie nie zakrztusiła się z oburzenia:
— Durny! Co tu ma do rzeczy placek!
— Ja nigdy nie widziałem, jak się go rozczynia. Za to czuję to wspaniale!
Jakiś czas Juta starała się przysłuchać temu, co działo się w jej żywocie. W zadumie ukłuła się igłą, włożyła zraniony palec do ust i poprosiła pokornie:
— Nie udawaj, proszę. Ty doskonale rozumiesz, o czym ja mówię. Gdybyś powiedział: „oto świt łagodnie dotknął morza”, czy „oto kalidon delikatnie pocałował towarzyszkę”…
Juta przerwała. Nowa myśl, niespodziewana i zuchwała, sprawiła, że zamarła z otwartymi ustami.
— Armanie… — Spytała szeptem. — A ty kogokolwiek, kiedykolwiek… Całowałeś?
Patrzyła na niego z uporem — okazało się, że ma ciemnobrązowe oczy z czarnymi obwódkami na brzegach. Jak obręcze, pomyślał Arman.
W dzieciństwie lubił zaszywać się w ciemny kącik i tam cichutko marzyć o czymś niepewnym, zamglonym, jednak bezgranicznie dobrym i łagodnym. Na pewno tak sobie wtedy wyobrażał matkę, której nie pamiętał. Doprowadziwszy się do łez szczęścia, delikatnie gładził kogoś, widzianego tylko jego zapłakanymi oczami i czuł, jak ten ktoś pieści go i całuje… Łzawe dzieciństwo bez kobiecej łagodności! Co prawda sentymentalne napady z wiekiem szybko minęły.
— Armanie… Powiedziałam coś nie tak?
Niespodziewanie położył rękę na jej ramieniu. Zamarła, nie wiedząc, jak przyjąć ten gest.
— Posłuchaj… Tam, w podziemiu, chciałem jeszcze coś wyryć na kamieniu. Jesteś ciekawa?
Kiwnęła głową, starając się nie poruszyć ramieniem, nakrytym jego dłonią.
Arman przygryzł wargi i powiedział zachrypłym głosem:
Zamilkł.
Rękodzieło księżniczki dawno zsunęło się na podłogę i teraz tęskniło tam, zapomniane.
— I ty nie wyryłeś tego na kamieniu? — Zapytała Juta szeptem.
Arman zmarszczył brwi:
— Miejsca, wiesz, jest mało na tych kamieniach… No i jakieś to wszystko… Wydumane. Nieznaczące.
— Nieznaczące?
— W porównaniu z historią moich przodków… Na tle tych wszystkich bratobójczych pojedynków i wojen, i bitwy z Jukką, morskim potworem… Jakieś niebo, co robi miny i łańcuch ogni…
Juta uważnie spojrzała mu w oczy:
— Wiesz… Nie wydaje mi się, że zabijanie braci, czy nawet walka z Jukką… Że to jest bardziej zaszczytne, niż opowiadanie o samotnym niebie.
Arman uśmiechnął się:
— To jest dobre — natychmiast oceniła Juta. — To… — I od razu powtórzyła wszystkie trzy wersy z pamięci; powoli, jakby delektując się słowami.
Arman obserwował ją z ciekawością, nawijając na palec jakąś przypadkową niteczkę. Jakkolwiek by patrzeć, niespodziewaną przyjemność sprawiały mu i jej pochwały i żarliwe zainteresowanie.
A Juta powtarzała, marszcząc czoło:
— „Latające grona siwych chmur”… — i nagle podniosła na Armana błyszczące oczy: — Posłuchaj… A jakby tak: „Latające strzępki siwych chmur”, co?
Nie zrozumiał od razu i wyjaśniła z niecierpliwością:
— No, „grona” to coś ciężkiego, masywnego, pełnego w sobie… Grona, jagody, urodzaj, dostatek… A „strzępki”… „strzępki” — to coś porwane, nieuporządkowane, poranione… Rozumiesz? I wszystko od razu się zmienia, posłuchaj…
Powtarzała wersy tak i siak, zmieniała słowa, a on słuchał w milczeniu. Słuszność jej uwag od razu stała się dla niego zrozumiała. Teraz po prostu patrzył, jak poruszają się jej wargi i w myślach powtarzał: porwane, nieuporządkowane, poranione…
Księżniczka zauważyła zmianę w jego twarzy. Zamilkła. Powiedziała niepewnie:
— Rozumiesz, to jest bardzo ciekawe… Wystarczy tylko zmienić jedno słowo… Prawda?
— Prawda — odpowiedział powoli.
Zamilkli. Juta w napięciu o czymś myślała, ściągając brwi i pocierając palcem kącik ust.
— „Niemy korowód wieków” — wyszeptała dramatycznie. To znaczy, że ty masz dwa stulecia i trzydzieści dwa lata?
Ledwie powstrzymał się od śmiechu — taką nabożnością był przepełniony jej głos.
— To oznacza… — Kontynuowała Juta szeptem — oznacza, że pierwszy twój przodek… A kiedy on żył, Armanie? Może on widział sam początek świata?
Arman milczał, a uśmiech jego stawał się coraz bardziej zagadkowy, w miarę jak rozpalała się jej ciekawość.
— No nie, naprawdę, Armanie… Taki stary ród… Może ty wiesz, skąd wzięło się morze i niebo, i wszystko… Co było wcześniej, na samym początku?
Odchylił się na oparcie fotela i wydeklamował natchnionym głosem z przymkniętymi na wpół oczami:
Juta prychnęła oburzona. Przycichła. Poprosiła nagle cicho i rozczulająco: