— Niechaj mówi!
— Złaź, merze, chyżo!
— Mów, panie!
Nieznajomy odepchnął ręce strażników, spotkał się wzrokiem ze starym królem. Kontestar sposępniał, spojrzał na mera, na plac, na Ostina — i przychylnie kiwnął głową. Strażnicy niechętnie odeszli, mer stał jak słup z niepotrzebnym zwojem w rękach, a nieznajomy, przecisnąwszy się obok niego, podszedł do skraju pomostu.
— Wasza wielmożność! Wasza wysokość! Dobrodzieje i mieszczanie! — Zaczął niegłośno, ale jak wcześniej księcia Ostina, teraz jego słyszał cały plac. — W imieniu wielu z was przyniosłem tutaj swoje podziękowanie… Przede wszystkim jego wysokości, szlachetnemu księciu… Mówią, co prawda, że w trzech królestwach dawno nie ma już szlachetnych książąt. A wiecie dlaczego? Szlachetność, niby, dawno popchnęłaby ich na spotkanie niebezpieczeństwu, do bitwy o wolność i życie nieszczęsnej, pół roku temu porwanej przez smoka księżniczki…
Tłum poruszył się ni to w zmieszaniu, ni to w gniewie. Ostin skamieniał za fotelem ojca, a Kontestar od samego początku przemowy siedział z opuszczoną głową i jego twarzy nikt nie widział. Strażnicy obstąpili mówcę kołem i raz po raz spoglądali na króla, czekając na rozkaz — pojmać, zakuć, wyprowadzić. Rozkazu nie było.
— Tak mówią! — Podniósł głos nieznajomy. — Ale kto z nas będzie słuchał takich bredni! W dawnych czasach, rzeczywiście, przyjęte było wyzwalać księżniczki, a nie zostawiać je potworom dla zabawy. Jednak w dawnych czasach i rycerze byli — ho, ho! Wyrywali księżniczki z łap jaszczurów, a i smocze głowy na kopiach przynosili… Tak to bywało dawno temu! A kto ośmieli się dzisiaj osądzić księcia, który nie chce przystąpić do walki ze smokiem? Nikt, drodzy dobrodzieje, dlatego że starcie ze smokiem jest naprawdę straszne.
W tłumie zagwizdali i zahukali, ale i świst i huki szybko ucichły pochłonięte wszechobecnym grobowym milczeniem.
— Czy to możliwe, że ktoś z was, dobrodzieje, nie wie, że księżniczka Juta z Werchniej Konty została porwana pół roku temu? Rozumiem, dzisiaj każdemu wystarczy jego zmartwień, a nieszczęsna dziewczyna może już nie czeka na wyzwoliciela — zginęła zamęczona, umarła z goryczy i wstydu… Tak że teraz, dobrodzieje, tym bardziej nie należy winić księcia — niekoniecznie naszego, po prostu księcia w ogóle — że on, mówiąc wprost, stchórzył… To nie tchórzostwo, a rozumna ostrożność. A czyż jego wysokość nie dowiódł swojej bezprzykładnej mądrości w ważkich sprawach państwowych?
— Poszedł won, samozwańcze! — Krzyknęła histerycznie jakaś kobieta z tłumu. — Poszedł won! Zamknij się! Milcz!
Syknęli na nią.
Ostin stał jak wryty. Twarz jego, nieruchoma jak maska, pokryła się czerwonymi plamami, które objęły zaraz całą szyję. Palcami nerwowo skubał skraj narzutki na królewskim fotelu.
Nieznajomy z żalem rozłożył ręce:
— No, dobrodzieje moi, wasza wielmożność i wasza wysokość, prosiłem o głos, żeby dziękować… Podziękować i tyle! Podziękujmy księciu Ostinowi za to, że jest żywy, cały i z nami, a jakaś tam młoda księżniczka… Niewielka strata w końcu. A jeszcze do tego z sąsiedniej krainy.
Ludzie na placu spuszczali oczy. Niektórzy, przeważnie dzieci i podlotki, nie mogli wprost pojąć i głośno pytali sąsiadów, co takiego plecie ten prostak? Co poniektórzy po cichutku wymykali się z tłumu i pospiesznie oddalali. Tłum rzedniał, straż obok pomostu pochmurnie spoglądała na mówcę. Ostin słyszał szept i szemranie; krzywy uśmiech, który mignął w tłumie, uderzył go jak wymierzony policzek, w każdym zwróconym na niego spojrzeniu widział szyderstwo. Ludzie, którzy jeszcze chwilę temu ubóstwiali go, teraz, wydawało się, milcząco pytali jeden drugiego — a nie jest tchórzem jednak, ten nasz książę?
Plamy na twarzy Ostina mieniły się coraz ciemniejszą barwą gniewu i wstydu. Miał ochotę zabić mówcę. Właśnie teraz, podejść i zabić.
— Współobywatele! — Nieznajomy przekrzyczał bezładny harmider zakłopotanego tłumu. — Nasz król ma godnego zastępcę! Skończmy wreszcie ze starym, głupim zwyczajem, kiedy to każdy książę, przygotowujący się do wstąpienia na tron, dokonywał tak zwanego bohaterskiego czynu… Nie trzeba wyczynów, nasz książę i tak jest dobry! Dostojny, szlachetny książę!…
Na placu ktoś zarechotał pogardliwie — Ostina jakby trąciło rozgrzane żelazo. Tam, skąd doniósł się śmiech, zrobiło się zamieszanie i wynikła bójka. Książę ogarnął tłum zatrwożonym wzrokiem — ktoś patrzył ze współczuciem, ktoś — kpiąco, ale większość oczu milcząco pytała — no, co ty na to?
Król podniósł głowę. Ostin z przerażeniem zobaczył, jak ojciec postarzał się w ciągu tych kilku minut. Plac też to zauważył i ucichł.
— Mój syn… — Z trudem przemówił Kontestar. To były jego pierwsze słowa w ciągu całego ranka. — Mój syn… — I znowu opuścił głowę.
W głosie ojca Ostina brzmiały gorycz i wstyd. Nie czekając, aż naród na placu ostatecznie się rozejdzie, książę ruszył do rantu pomostu. Krew wreszcie odpłynęła mu z twarzy i stała się biała jak flaga nad kapitulującą fortecą.
Z jakąś lubieżną rozkoszą Ostin schwycił nieznajomego za troczki płaszcza, zawiązane pod gardłem. Schwycił, z trzaskiem urwał, odczuwając, jak uchodzi z jego piersi zalegająca tam słabość, jak na jej miejscu pojawia się zwykła pewność i zapał. Potrząsnął gadułą. I jeszcze raz. Tłum zaklaskał. Pchnął nieznajomego w pierś — ten odleciał na kilka kroków i ledwie utrzymał się na skraju pomostu.
— Twoje czarne usta niech zostaną przy tobie, błaźnie — Ostin wziął się pod boki. — Swoje bujdy rozpowiadaj żebrakom na bazarze. A ja już jutro wyruszam na bój ze smokiem, wyzwolę księżniczkę i wystawię na rynku głowę przeklętego jaszczura, nasadzoną na kopię. A ciebie, gaduło, zmuszę, żebyś zjadł jego język.
Tłum radośnie zaryczał. Ludzie obejmowali się, każdy powtarzał sąsiadowi: a widzisz! Ostin stał nad wzburzonym ludzkim morzem jak zwycięzca — jakby smoczy łeb już ozdabiał jego kopię.
Stary król przygaszony, osłabiony, siedział w swoim fotelu, na nikogo nie patrząc.
Nieznajomy, ośmieszony, po cichutku zszedł z pomostu i poszedł sobie precz. Ludzie odsuwali się od niego, obrzucając pogardliwym spojrzeniem; jakaś młódka plunęła na jego rękaw. Z roztargnieniem wycierając jej plwocinę, przedostał się w pusty kwartał ulic i ciężko wzniósł się w ciemniejące niebo.
Jej oczy były suche i czerwone. Całą długą noc spędziła na wieży, spalając pochodnię za pochodnią i wpatrując się w jesienną ciemność.
— Nie było ciebie dwa dni… Ja… Ja już myślałam…
Unikał jej spojrzenia. Zlękniona, zagubiona, niepewnie trzymała go za rękaw:
— Co się stało? Może to znowu twoje przywidzenia?
— Nie… — Wydusił z siebie.
— W takim razie — co? Może znowu zrobiłam coś nie tak?
— Nie…
Niczego nie może jej wyjaśniać. Postępuje właściwie; może teraz jest ciężko — za to potem wszystko będzie dobrze. Juta będzie szczęśliwa.
— Wszystko będzie dobrze, Juto… — Powiedział schrypniętym głosem.
— A teraz — zapytała ona z lękiem — teraz wszystko jest źle,tak?
Odwrócił się.
— Posłuchaj, zmęczyłem się… Zjadłbym coś i odetchnął…
A potem, jeśli chcesz, porozmawiamy.
— Porozmawiamy… — Odezwała się Juta jak echo. I przycisnęła dłonie do policzków.