Выбрать главу

No cóż, pomyślałem, leżąc na plecach i wpatrując się w niewidoczny sufit, w takim razie mogę się zastanowić nad tym, czego się dowiedziałem w ciągu czterech dni na wolności.

Pierwszy można było pominąć, jako że spędziłem go na Majorce, organizując powrót do domu. Czyli pozostawały dwa dni w biurze i jeden na wyścigach. Jedną noc ukrywałem się u siebie w domu, jedną przespałem twardo w hotelu Gloucester. Przez cały ten czas szukałem powodów, co sprawiło, że zupełnie inaczej zapatrywałem się na fakt bycia powtórnie uwięzionym. Wtedy byłem kompletnie zaskoczony. Tym razem przyszły mi do głowy jeden czy dwa potencjalne powody.

Mijały godziny.

Cały czas czułem się równie fatalnie.

Siadałem na chwilę, kładłem się z powrotem i wszystko mnie bolało dokładnie tak samo. Pocieszałem się myślą, że ból posiniaczonego ciała zawsze staje się coraz słabszy, nigdy się nie pogarsza. Przecież mógłbym mieć, na przykład, zapalenie wyrostka. Słyszałem, że ludzie wyruszający na Everest czy na jakieś inne odludzia kazali sobie usuwać najzupełniej zdrowy wyrostek, tak na wszelki wypadek. Chciałbym w ogóle nie myśleć o wyrostku.

Albo bólu zęba.

Miałem wrażenie, że był wieczór, a potem noc.

Nic się nie zmieniało, tylko ja. Powoli robiło mi się coraz zimniej, ale jakby od wewnątrz. Cały czas miałem zamknięte oczy. Co chwilę zapadałem w krótki sen, z którego budziłem się z jękiem, kiedy tylko się poruszyłem. Gdy budziłem się wypoczęty, wydawało mi się, że to świt.

Pomyślałem, że jeśli mój cykl nie ulegnie zaburzeniu, będę mógł prowadzić kalendarz. Pusty pojemnik po serze za jeden dzień ustawiany w prawym, przednim rogu furgonetki. Jeśli będę co rano jeden tam kładł, będę wiedział, ile minęło dni. Jeden za niedzielę, drugi za poniedziałek. Wyjąłem dwa zwitki plasterków sera i przesunąłem się powoli jakieś dwie stopy do przodu, żeby postawić tam puste pojemniki.

Zjadłem posiłek, który traktowałem jako śniadanie, i wypiłem trochę wody. Uświadomiłem sobie, że zacząłem się przyzwyczajać do panujących w środku ciemności. Stałem się sprawniejszy fizycznie. Na przykład, łatwiej mi było operować kanistrem z wodą i już nie byłem sfrustrowany tym, że nie mogę szybko znaleźć położonej na podłodze chwilę wcześniej nakrętki. Teraz już automatycznie od razu ją znajdowałem.

Psychicznie też lepiej zacząłem znosić całą sytuację. Na łodzi szczerze jej nienawidziłem i myśląc o ewentualnym ponownym uwięzieniu, najbardziej obawiałem się umieszczenia w ciemnościach. Nadal doskwierał mi brak światła, ale zdecydowanie lepiej to znosiłem. Już się nie bałem, że samo przebywanie w ciemności sprawi, że zacznie mi odbijać.

Ranek spędziłem rozmyślając o powodach porwania, a po południu z plasterków sera ułożonych w rzędach zrobiłem liczydło i wykonałem kilka obliczeń. Wiedziałem, że inni więźniowie skazani na samotność zajmowali umysł powtarzając w myślach wiersze, ale mnie zawsze łatwiej było myśleć liczbami i symbolami, a poza tym nie znałem na pamięć wystarczająco długiego tekstu, żeby był mi przydatny w obecnej sytuacji. Trele mele dudki nie było najlepszym rozwiązaniem.

Zrobił się poniedziałkowy wieczór i zasnąłem. Kiedy się obudziłem, postawiłem kolejny pojemnik w przednim, prawym rogu, po czym zacząłem wyginać ręce i nogi, które nie były już na tyle obolałe, żeby tego zaniechać.

Wtorkowy ranek spędziłem na ćwiczeniach i rozpatrywaniu powodów porwania, a we wtorkowe popołudnie zająłem się powiększaniem możliwości swojego liczydła. We wtorek wieczorem siedziałem z rękoma oplecionymi wokół kolan i myślałem posępnie, że łatwo kazać sobie trzymać się mocno i nie poddawać się, ale w praktyce jest znacznie trudniej.

Minęły trzy dni, od kiedyjadłem kolację z Jossie. Cóż… przynajmniej mogłem o niej myśleć, na łodzi nie miałem takiej możliwości.

Nadszedł czas drzemki. Położyłem się i na kilka godzin pogrążyłem się w niebycie, co uznałem za wtorkową noc.

W środę, po raz dwudziesty, zbadałem palcami furgonetkę cal po calu, szukając jakiejś możliwości wydostania się z niej. Po raz dwudziesty nic nie znalazłem.

Nie było żadnych śrubek do odkręcenia. Żadnych dźwigni. Nie było nic. Żadnej możliwości wydostania się. Wiedziałem o tym, ale nie mogłem zaprzestać poszukiwań.

W środę miałem wystartować na Tapestry w Ascot. Może właśnie dlatego, a może dlatego, że moje ciało wróciło mniej więcej do normy i czas mijał mi jeszcze wolniej, niż do tej pory.

Gwizdałem i śpiewałem, czułem się podminowany i szczerze żałowałem, że nie ma dosyć miejsca, żeby stanąć wyprostowany. Wyprostować kręgosłup mogłem jedynie kładąc się na podłodze. Czułem, jak powoli opuszcza mnie narzucony sobie spokój, i naprawdę trudno było mi zmusić się do operacji liczbowych na kawałkach sera.

W środę już nie wiedziałem, czy jest południe czy wieczór, a myśl o czekających mnie kolejnych dniach takiej egzystencji nie dawała mi spokoju. Niech to, pomyślałem zjadliwie. Zamknięty, zamknięty i skazany na ponure myśli. I ten niemiłosiernie wlokący się czas. Każdy dzień, każda godzina, każda minuta.

Zjadłem trochę sera i poczułem senność, i wtedy w końcu skończyła się długa środa.

W czwartek koło południa usłyszałem jakiś dźwięk. Nie mogłem w to uwierzyć.

Jakieś odległe kliki i odgłosy kucia. Leżałem na plecach, nogami ćwicząc rowerek i o mało nie uszkodziłem siebie przekręcając się na kolana, kiedy zacząłem gramolić się w stronę tylnych drzwi.

Wypchnąłem płótno przy jednym z okien i krzyknąłem z całych sił.

– Hej… hej… Chodź tutaj.

Usłyszałem kroki; więcej niż jednej osoby. Ciche kroki, ale bardzo wyraźne w panującej wokół przeraźliwie martwej ciszy.

Przełknąłem ślinę. Niezależnie od tego, kto to był, siedzenie cicho nie miało sensu.

– Hej – krzyknąłem znowu. – Chodźcie tu. Kroki umilkły.

Blisko furgonetki rozległ się bardzo głośny, męski glos.

– Pan Roland Britten?

– Tak – odparłem słabo. – A wy?

– Policja, proszę pana – usłyszałem.

12

Uwolnienie mnie zajęło im naprawdę sporo czasu, ponieważ, jak wyjaśnił mi głos, będą musieli robić zdjęcia i notatki, które mogą być potrzebne w razie przyszłego procesu. Ważne były też odciski palców, co oznaczało jeszcze większą zwłokę.

– A nie możemy pana uwolnić, nie ruszając furgonetki, rozumie pan – powiedział głos. – Dlatego, że stoi bardzo blisko ceglanego słupa i nie możemy otworzyć tylnych drzwi. Poza tym obie pary drzwi do kabiny kierowcy są zamknięte, hamulec jest mocno zaciągnięty, a w stacyjce nie ma kluczyka. Więc niech pan się uzbroi w cierpliwość, a my uwolnimy pana, jak tylko będziemy mogli.

Mówił to takim tonem, jakby uspokajał dziecko, które może w każdej chwili zacząć wrzeszczeć, ale ja nie miałem problemów z byciem cierpliwym – gdyby on wiedział, co przeszedłem.

Po jakimś czasie usłyszałem na zewnątrz kilka głosów, które od czasu do czasu pytały, czy wszystko ze mną w porządku, a ja odpowiadałem, że tak; w końcu uruchomili silnik, podjechali furgonetką kilka stóp do przodu i zdjęli płócienną płachtę.

Odzyskanie wzroku było niesamowite. Dwa małe okna stały się podłużnymi połaciami szarości i przez chwilę miałem problemy z ostrością. Do środka zajrzała jakaś okrągła, duża twarz w czapce. Malował się na niej wyraz troski i zaciekawienia.

– Już za chwilkę pana wyciągniemy. Mamy kłopot z tymi drzwiami, rozumie pan, bo ktoś zniszczył klamkę.

– Nie ma sprawy – odparłem niewyraźnie. Światło było ciągle słabe, ale dla mnie był to największy luksus na świecie. Na wpół zapomniana radość, ponownie odkryta. Jak spotkanie zmarłego przyjaciela. Znanego, utraconego, cennego i odzyskanego.