Выбрать главу

Usiadłem na podłodze i rozglądałem się po swoim więzieniu. Było mniejsze, niż przypuszczałem: kiedy zobaczyłem szare ściany, wydało mi się ciasne i klaustrofobiczne.

Kanister z wodą był z białego plastiku i miał czerwoną nakrętkę. Reklamówka była brązowa, tak jak ją sobie wyobrażałem. Mały stosik pięciu pustych pudełek pełniących funkcję kalendarza leżał w rogu, a twardniejące kawałki sera tworzące moją maszynę liczącą w drugim. Nie było już nic więcej poza mną i kurzem.

W końcu otworzyli drzwi i pomogli mi się wydostać, a następnie zrobili zdjęcia i notatki dotyczące pomieszczenia, gdzie byłem uwięziony. Odszedłem krok czy dwa i rozejrzałem się ciekawie wokół siebie.

Furgonetka rzeczywiście była tą białą z Cheltenham albo dokładnie taką samą. Stary ford. Nie było na niej okrągłej nalepki świadczącej o wykupionym ubezpieczeniu ani tablic rejestracyjnych. Płótno, które ją przykrywało, okazało się ogromnym, brudnym, ciemnoszarym brezentem, takim, jakiego używa się do przykrywania ładunków na ciężarówkach. Furgonetka była nim owinięta jak paczka i przewiązana linami przewleczonymi przez oka na krawędziach brezentu.

Furgonetka, policjanci i ja znajdowaliśmy się w budynku o powierzchni około stu stóp kwadratowych. Wszędzie wzdłuż ścian były duże, bezładne sterty pokrytych kurzem, nie dających się zidentyfikować zawiniątek, szarych zarysów pudełek i przedmiotów wyglądających jak worki z piaskiem. Niektóre sterty sięgały aż po niski sufit, wsparty w strategicznych punktach czterema solidnymi slupami z cegieł.

Furgonetka stała właśnie kolo jednego z nich, w małej, wolnej przestrzeni na środku pomieszczenia.

– Co to za budynek? – spytałem stojącego obok mnie policjanta.

– Dobrze się pan czuje? – spytał. Trochę się trząsł. – Zimno tu.

– Tak – przytaknąłem. – Gdzie dokładnie jesteśmy?

– Kiedyś był tu jeden z tych sklepów, gdzie armia sprzedawała swoje nadwyżki cywilom. Ale jakiś czas temu splajtował i nikt już potem nie uprzątnął tego syfu.

– Hm. Cóż… gdzie to jest?

– Przy jednej z tych trakcji, która kiedyś była boczną linią kolejową, ale potem ją zamknęli.

– Tak – rzuciłem przepraszająco. – Ale w jakim mieście?

– Hm? – spojrzał na mnie ze zdziwieniem. – Oczywiście w Newbury, proszę pana.

Zegary na wieżach wskazywały piątą, kiedy policjanci przywieźli mnie na posterunek. Pomyślałem, że mój zegar biologiczny okazał się zadziwiająco stały. Było dużo lepiej niż na łodzi, gdzie hałas, kołysanie i mdłości mnie rozregulowały.

W biurze usiadłem na krześle. Byli w nim ci sami policjanci, co przedtem, ale nie widać było, żeby żałowali tego, że podczas poprzedniej mojej wizyty uważali, iż przesadzam.

– Jak mnie znaleźliście? – spytałem.

Ciężko pracujący detektyw-inspektor robiący wrażenie takiego, co to podejrzewa niewinnych, aż okażą się winni, postukał ołówkiem w zęby.

– Ktoś zadzwonił do Scotland Yardu – odparł niechętnie. – Chcielibyśmy, żeby pan złożył oświadczenie, jeśli nie ma pan nic przeciwko.

– Najpierw chciałbym napić się herbaty – zasugerowałem.

Zmierzył spojrzeniem moją twarz i ubrania. Musiałem wyglądać okropnie. Na jego twarzy pojawił się grymas przypominający uśmiech i kazał podwładnemu spełnić moje życzenie.

Herbata smakowała wyśmienicie, nawet gdybym ośmielił się zauważyć, że taka nie była. Pijąc ją powoli, opowiedziałem krótko, co się wydarzyło.

– Więc tym razem w ogóle nie widział pan ich twarzy?

– Nie – odparłem.

– Szkoda.

– Nie uważa pan – zacząłem ostrożnie – że ktoś mógłby mnie zawieźć do motelu, żebym mógł wziąć swój samochód?

– Nie ma takiej potrzeby, proszę pana – odparł. – Stoi przed pańskim domem.

– Słucham? Pokiwał głową.

– W środku jest mnóstwo pana rzeczy. Walizka. Portfel. Buty. Klucze. Wszystko w bagażniku. Pański pomocnik zawiadomił nas w poniedziałek, że znowu pan zniknął. Wysłaliśmy naszego człowieka do pańskiego domu. Zameldował, że pański samochód tam jest, ale pana nie ma. Zrobiliśmy to, o co pan nas prosił. Szukaliśmy pana. Szczerze mówiąc, cały kraj pana szukał. Ktoś z obsługi motelu zadzwonił do nas wczoraj i powiedział, że się pan zarejestrował w zeszłą sobotę, ale nie skorzystał pan z pokoju. Poza tym nie mieliśmy na czym się oprzeć. Zupełnie żadnych śladów. Szczerze mówiąc, myśleliśmy, że mogli znowu pana zapakować na jakąś łódź.

Dopiłem herbatę i podziękowałem mu za to.

– To w takim razie odwieziecie mnie do domu?

Uznał, że da się to zrobić. Wyszedł ze mną do holu, żeby załatwić mi kierowcę i wóz.

Postawny człowiek z wyrazem zaniepokojenia na twarzy wpadł z impetem do środka, szeroko otwierając drzwi, i szybko ocenił, kto mu udzieli najbardziej wyczerpujących odpowiedzi. Mój partner w pełni wykorzystał możliwości swego głębokiego, dudniącego głosu, kiedy żądał wyjaśnień.

– Cześć, Trevor – powiedziałem. – Spokojnie.

Zastygł w pół ruchu i zmierzył mnie takim spojrzeniem, jakbym był intruzem. Potem mnie rozpoznał, zauważył, jak wyglądam, i jego twarz aż zesztywniała z wrażenia.

– Ro! – jego glos zadrżał. – Ro, mój drogi. Mój drogi przyjacielu. Właśnie się dowiedziałem… Mój Boże, Ro…

Westchnąłem.

– Uspokój się, Trevor. Potrzeba mi tylko brzytwy.

– Ale jesteś taki chudy.

W jego oczach malowało się przerażenie. Choć przecież znacznie chudszy byłem, kiedy mnie ostatni raz widział, dawno temu w mrocznej, odległej i bezpiecznej przeszłości.

– Pan King naprzykrzał się nam cały dzień – powiedział inspektor z nutką zniecierpliwienia w głosie.

– Mój drogi Ro, musisz pojechać ze mną. Zaopiekujemy się tobą. Mój Boże, Ro…

Potrząsnąłem głową.

– Nic mi nie jest, Trevor. Jestem ci wdzięczny, ale naprawdę wolałbym pojechać do domu.

– Samemu? – spytał z niepokojem. – A jeśli… chodzi mi… myślisz, że to bezpieczne?

– Ależ tak – pokiwałem głową. – Ktoś, kto mnie zamknął, zdecydował się mnie wypuścić. Wydaje mi się, że to już koniec.

– Koniec czego?

– To już zupełnie inna sprawa – odparłem trzeźwo.

W domu poczułem się wyśmienicie.

Wykąpałem się, ogoliłem i zszarzała twarz z podkrążonymi oczyma spojrzała na mnie z lustra. Nic dziwnego, że Trevor był zszokowany. Ale; pomyślałem, z drugiej strony nie widział czarnych i żółtych blednących siniaków pokrywających cale moje ciało.

Wzdrygnąłem się i pomyślałem to samo, co wcześniej: kilka dni na wolności i wszystko wróci do normy. Włożyłem dżinsy, sweter i zszedłem na dół, żeby uraczyć się dużą szkocką, i to był ostatni spokojny moment tego wieczora.

Telefon dzwonił bez przerwy. Ku mojemu zdziwieniu reporterzy zjawili się na progu mego domu. I kamera telewizyjna. Kiedy zauważyli moje zdumienie, powiedzieli mi, że najwyraźniej nie czytałem gazet.

– Jakich gazet? Wyjęli je i rozłożyli.

The Sporting Life: nagłówek we wtorek: „Gdzie jest Roland Britten?” a pod nim tekst poświęcony mojej morskiej podróży, tak jak o tym opowiedziałem znajomym. Nikt mnie nie widział od Towcester. Przyjaciele się martwili.

We środę notki we wszystkich dziennikach: „Dżokej Tapestry znowu zaginął?” to tytuł z jednej z bardziej szanujących się gazet, a „Przebojowy dżokej drugi raz w opałach” ze szmatławca.