Выбрать главу

Moja dziewczyna była nieletnia, to wszystko, to wszystko, to wszystko.

Zboczeniec wpadł do domu, a dziennikarze pstryknęli pól tuzina zdjęć zamkniętym drzwiom i zasłoniętym żaluzjami oknom. Doprawdy fascynujący materiał.

Do boju przystąpił przynajmniej ojciec Sandry, przedstawiając Jasona Jonesa jako niezwykle niebezpiecznego manipulatora, który odizolował piękną młodą kobietę od jej rodziny. Dziadek żądał

prawa do opieki nad Ree i zdążył już uzyskać prawo do odwiedzin. Starszy pan pragnął sprawiedliwości w przypadku córki i ochrony dla Ree.

Media spijały mu słowa z ust. I nadal nikogo nie aresztowano!

Wayne tego nie pojmował. To mąż był zawsze główną osobą podejrzaną, a kto jak kto, ale Jason Jones nadawał się do tego idealnie. Podejrzany brak wiarygodnych informacji na temat jego przeszłości. Podejrzewany przez własną żonę o szemraną działalność w Internecie. Wiedziano, że zniknął na sporą część tamtej nocy był w pracy, która tak naprawdę nie zapewniała konkretnego alibi. Na co, u diabła, czekała sierżant Warren? Na pudełko z kokardą?

Jason musiał zostać aresztowany. Dlatego że wtedy Wayne Reynolds będzie mógł w końcu spokojnie spać. Przez kilka ostatnich dni gorączkowo czyścił własny komputer i telefon. Co zakrawało na ironię, ponieważ kto jak kto, ale on wiedział, że elektrycznych urządzeń nigdy się w stu procentach nie wyczyści. Powinien kupić nowy twardy dysk i „zgubić" telefon, najlepiej przejeżdżając po nim kosiarką do trawy. A może mógłby go rozjechać samochodem? Wyrzucić do morza?

To zabawne, ludzie z zewnątrz zawsze zakładali, że funkcjonariusze organu ochrony porządku publicznego mają przewagę pracowali w tym systemie, co znaczyło, że wiedzieli dokładnie, na czym można się potknąć. Wayne doskonale wiedział, jak trudno jest zatrzeć za sobą elektroniczne ślady, a mając tego świadomość, rozumiał, jak skrupulatnie badane będą jego działania.

Przez trzy miesiące chodził z Sandrą Jones na spacery, nic więcej, ale jeśli nie zachowa ostrożności, zostanie okrzyknięty jej kochankiem, wysłany na przymusowy urlop i poddany wewnętrznemu dochodzeniu. Zwłaszcza, jeśli „zgubi" telefon czy „wymieni" domowy komputer. Coś takiego po prostu nie przejdzie.

Musiał się więc zastanawiać, dlaczego policja bostońska nie dostała się jeszcze do komputera Jonesów. Mieli go już prawie dwadzieścia cztery godziny. Jakieś pięć do sześciu godzin na skopiowanie twardego dysku, potem zapuszczenie EnCase…

Uznał, że potrwa to jeszcze dzień albo dwa i westchnął. Nie sądził, aby jego nerwy wytrzymały jeszcze tyle.

Nie mówiąc o tym, co taki długi okres może oznaczać dla Sandy.

Starał się o tym nie myśleć. O sprawach, nad którymi pracował w przeszłości, zdjęciach z miejsca zbrodni, które często miał okazję oglądać. Uduszenie? Zasztyletowanie? Jedna kulka prosto w głowę?

Próbował ostrzec Sandy. Nie powinna była jechać na te lutowe wakacje.

Wayne westchnął ciężko. Ponownie zerknął na zegarek. Postanowił, że nieco dłużej zostanie w pracowni, że zajmie się pracą. Tyle że wtedy odezwał się jego telefon. Spojrzał na wyświetlacz i zobaczył wiadomość z adresu mailowego swojej siostry.

Zmarszczył brwi i otworzył wiadomość.

O siedemnastej czterdzieści pięć Wayne przeczytał zaskakujące wyznanie siostrzeńca.

I wtedy dopiero zaczął się pocić.

O osiemnastej Maxwell Black siedział za przykrytym białym lnianym obrusem stołem w rogu jadalni hotelu Ritz. Przed chwilą podano mu zamówioną kaczkę oraz kompot z owoców leśnych, delektował

się wyjątkowo dobrym pinot noir. Dobre jedzenie, dobre wino, doskonała obsługa. Powinien być zadowolony.

Tyle że nie był. Po rozmowie z detektywami sędzia wrócił do hotelu i natychmiast zadzwonił do pracownika swej kancelarii, aby zebrał dla niego kilka informacji. Niestety, znalezione przez niego prawo precedensowe nie brzmiało obiecująco.

Większość sądów rodzinnych i Massachusetts nie stanowiło tu wyjątku w sprawach o prawo do opieki nad dzieckiem to rodziców określała jako głównych opiekunów. Dziadkowie nie mieli oczywiście żadnych gwarantowanych praw i sądy przychylały się w tej kwestii do decyzji rodziców.

Max jednak zakładał, że zaginięcie Sandry i uznanie Jasona za podejrzanego może zadziałać w sądzie na jego korzyść. Co więcej, był przekonany, że Jason nie jest biologicznym ojcem Clarissy. A więc skoro Sandra zniknęła to Max był teraz najbliższym żyjącym krewnym dziewczynki. I to z całą pewnością będzie mieć znaczenie.

Ale nie. W tym stanie zalegalizowano małżeństwa homoseksualne i akceptowano in loco parentis.

Stawiało to Maksa w sytuacji, w której musiał udowodnić, że Jason stanowi bezpośrednie zagrożenie dla Clarissy. A to było niemal niemożliwe do udowodnienia.

Maksowi potrzebne było ciało Sandry. I aresztowanie Jasona. Wtedy Clarissa trafiłaby pod opiekę państwa, a on mógłby argumentować, że w najlepszym interesie tego dziecka leży zamieszkanie z biologicznym dziadkiem. To się powinno udać.

Tyle że nie miał pojęcia, ile może potrwać znalezienie ciała Sandry. Szczerze mówiąc, to chyba już ze cztery razy mijał samochodem port i z tego, co widział, Jason Jones mógł porzucić ciało Sandy dosłownie wszędzie. Poszukiwania mogły zająć tygodnie, a nawet miesiące, jeśli nie lata.

To wystarczyło, aby zaczął się zastanawiać, czy nie założyć Jasonowi sprawy z powództwa cywilnego. Tyle że nawet wtedy trudno byłoby cokolwiek zdziałać bez zwłok. Ich brak oznaczał, że Sandra Jones mogła uciec z ogrodnikiem i cała i zdrowa mieszkać w Meksyku.

Wszystko się sprowadzało do zwłok.

Max ich potrzebował.

Wtedy w jego głowie pojawiła się myśl. Owszem, potrzebował zwłok. Ale czy koniecznie musiały to być zwłoki Sandry?

O dziewiętnastej czterdzieści pięć Aidan Brewster stał w pralni samoobsługowej, składając ostatnią partię prania.

Przed sobą miał cztery stosy białych T shirtów, dwa niebieskich dżinsów i kilka mniejszych z białymi slipami i skarpetkami. Zaczął o osiemnastej, po tym, jak jego kuratorka uprzejmie podjechała pod otoczony dziennikarzami dom i go stamtąd zabrała. Colleen zaproponowała, że zawiezie go na noc do hotelu, a tymczasem wszystko się uspokoi. Poprosił ją jednak, aby zamiast tego podrzuciła go do jakiejś pralni na przedmieściach, daleko od południowego Bostonu, gdzie dziennikarze nie będą go szukać i będzie mógł w spokoju wyprać sobie gatki.

Widział, że Colleen czuje się skrępowana tą prośbą. Może chodziło o worki pełne brudnych ciuchów, które zapakował do bagażnika auta, gdy tymczasem trzech fotografów robiło mu zdjęcia. Przynajmniej kiedy Colleen odjechała, porzucili swoje stanowisko i także się oddalili. Nie ma sensu tkwić przed domem, skoro cel udał się gdzieś indziej.

Co ci się stało w głowę? zapytała Colleen.

Kuchenka. Zostawiłem papierowy talerzyk za blisko palnika. Rozżarzone węgielki pofrunęły do góry i podpaliły mi włosy, ale zbyt późno to zauważyłem.

Nie wyglądała na przekonaną.

Wszystko w porządku, Aidan?

Straciłem pracę. Poparzyłem sobie głowę. Moja twarz pojawiła się w wieczornych wiadomościach.

Nic nie jest, kurwa, w porządku, ale dzięki, że pani pyta.

Aidan…

Spojrzał na nią, rzucając jej wyzwanie, żeby to powiedziała. Że jest jej przykro. Że będzie lepiej. I żeby się trzymał.

Niech wybierze jakiś frazes, jakikolwiek. Wszystkie były stekiem bzdur. I Colleen także to wiedziała.

Resztę drogi przejechali w milczeniu, co było największą przysługą, jaką mu kiedykolwiek oddała.

Teraz skończył składać ręczniki, pościel, różnorakie narzuty, nawet trzy serwetki. Jeśli była to tkanina, która znajdowała się w jego mieszkaniu, wyprał ją, dodając wybielacza Clorox.