– Nie wygląda to dobrze – przyznał prezydent. – Nie mają szansy dotrzeć jakoś do Algierii?
– Nawet gdyby dotarli, nie będą wcale bezpieczni – odparł Sandecker. – Kazim zrobi wszystko, żeby nie wypuścić świadków tego, co dzieje się w Tebezzy i Fort Foureau. Nie cofnie się nawet przed konfliktem międzynarodowym; jego ludzie wejdą na terytorium Algierii i tam wykończą wszystkich – jeśli nie uda im się tego zrobić wcześniej.
Prezydent wpatrywał się w milczeniu w leżące na tacy kanapki, ale nie jadł ich. Być może, myślał, Willover ma trochę racji twierdząc, że sprawa nie jest aż tak ważna dla bezpieczeństwa Stanów Zjed-noczonych. Nie można jednak siedzieć bezczynnie i przyglądać się z założonymi rękami, jak jakiś lokalny kacyk morduje Bogu ducha winnych ludzi – zwłaszcza jeśli są wśród nich obywatele USA.
– Toż to taki sam łajdak jak Saddam Hussein – mruknął pod nosem, po czym głośno już zwrócił się do Willovera: – Nie mam zamiaru chować głowy w piasek, Earl. Tu naprawdę chodzi o życie wielu ludzi, w tym trojga Amerykanów. Musimy im pomóc.
– Ale, panie prezydencie… – próbował protestować Willover.
– Skontaktuj się z generałem Halversonem z dowództwa sil specjalnych w Tampie. Niech będzie gotów do natychmiastowego podjęcia operacji. – Prezydent spojrzał na Sandeckera. – Kto, pańskim zdaniem, mógłby koordynować tę akcję?
– Generał Bock, dowódca UNICRATT, Taktycznej Grupy Szybkiego Reagowania ONZ. Jest w stałym kontakcie z pułkownikiem Levantem; może natychmiast przekazać generałowi Halversonowi wszystkie aktualne dane.
Prezydent odstawił tacę z kanapkami na komodę, podszedł do Willovera i położył dłonie na jego ramionach.
– Cenię twoje rady, Earl, ale tym razem muszę działać. Mamy szansę trafić dwa ptaki jedną strzałą. Jeśli tego nie zrobimy, jeśli pułkownik Levant i jego ludzie zginą – tracimy wszystko. Dlatego chcę, żeby nasze siły specjalne weszły nawet na teren Mali, oczywiście możliwie dyskretnie, i wyciągnęły stamtąd grupę taktyczną ONZ razem z uratowanymi więźniami. A przy okazji porachują się z Kazimem i Massarde'em. Potem łatwiej już będzie wymyślić jakiś sposób neutralizacji Fort Foureau.
– W pełni się z panem zgadzam – oświadczył Sandecker, uśmiechając się z satysfakcją.
– A nie boi się pan – Willower patrzył na prezydenta karcącym wzrokiem – że to się nie spodoba wyborcom?
– Nie, Earl, nie masz racji. Przeciwnie, możemy mieć poważne kłopoty z wyborcami, jeśli przymkniemy oczy na tę sprawę.
– A jeśli akcja się nie uda?
– Musi się udać!
– Skąd ta pewność, sir?
Prezydent uśmiechnął się równie promiennie, jak przed chwilą Sandecker.
– Stąd, że to ja rozdaję karty. A przy tym mam całkowite zaufanie do naszych sil specjalnych. Na pewno potrafią wymieść taką szumowinę jak Kazim i Massarde do rynsztoka – bo tam jest ich miejsce.
Parę mil na wschód od Waszyngtonu, w stanie Maryland, na rozległej równinie wśród pól wznosi się niespodziewanie samotne wysokie wzgórze. Przejeżdżający pobliską autostradą kierowcy, jeśli w ogóle zauważają tę anomalię, skłonni są traktować ją jako wybryk natury, osobliwość geologiczną. Prawie nikt nie wie, że jest to dzieło rąk ludzkich: kopiec usypany w czasie drugiej wojny światowej, maskujący wielki betonowy schron dla waszyngtońskich polityków, który miał służyć jednocześnie jako wojenne centrum dowodzenia amerykańskich sił zbrojnych.W okresie zimnej wojny, wobec rozwoju broni nuklearnej, kopiec nie mógł już być skutecznym schronem, zmieniono więc jego prze-znaczenie. W rozbudowanych podziemnych pomieszczeniach urządzo-no magazyn dokumentów oraz pamiątek narodowych, gromadzonych od siedemnastego wieku aż po dzień dzisiejszy. Wewnętrzna powierzchnia magazynowa jest tu tak wielka, że pracownicy nie mierzą jej już w metrach kwadratowych czy akrach, ale wręcz w milach lub kilometrach kwadratowych. Całość nosi enigmatyczną nieco nazwę: "Archiwalny Skład Depozytowy".Na regałach, w skrzyniach i szafach magazynu kryją się tysiące niezwykłych tajemnic. Wiele zgromadzonych tu przedmiotów i dokumen-tów objęto – z powodów zrozumiałych czasem tylko dla biurokratów, klauzulą najwyższej tajności; o ich istnieniu opinia publiczna nie dowie się nigdy. Są tu kości Amelii Earhart i Freda Noonana oraz japońskie dokumenty z ich egzekucji na Saipanie. Są tajne akta dotyczące zabójstw braci Kennedych. Są raporty wywiadu na temat roli sowieckiego sabotażu w katastrofach amerykańskich rakiet i promów kosmicznych oraz amerykańskiego odwetu w Czarnobylu. Są filmy demaskujące oszustwo, jakim było rzekome lądowanie załóg statków "Apollo" na Księżycu. I wiele innych ciekawych rzeczy; wszystko pięknie spakowane, zapieczętowane, zamknięte, tak aby nigdy nie ujrzało światła dziennego.
Perlmutter, który nie prowadził samochodu, przyjechał do pobliskiego miasteczka Forestville taksówką. Czekał dobre pół godziny na przystanku autobusowym, zanim zatrzymała się przy nim niepozorna furgonetka.
– Pan Julien Perlmutter? – spytał kierowca. Przepisowe lustrzane okulary zdradzały agenta jakiejś tajnej służby rządowej.
– Tak, to ja.
– Proszę wsiadać.
– Nie chce pan żadnego dowodu tożsamości? – spytał Perlmutter, którego bawiła trochę ta dziecinna konspiracja.
Kierowca, Murzyn o jasnej skórze ale silnie afrykańskich rysach, pokręcił głową.
– Po co? Na pewno nie kręci się tu nikt inny, kto pasowałby do rysopisu, jaki dostałem.
– A pan? Ma pan jakieś nazwisko?
– Ernie Nolan.
– Z której pan jest Agencji? Bezpieczeństwa Państwowego? Ochrony Tajemnic Specjalnych? FBI?
– Tego nie wolno mi powiedzieć – odparł Nolan urzędowym tonem.
– A nie zawiąże mi pan oczu?
– Nie ma potrzeby. Jeśli pański zamiar przejrzenia dokumentów historycznych zaakceptował prezydent, a w dodatku uzyskał pan kategorię "Beta-Q" to chyba i ja mogę zaufać, że nie ujawni pan nic z tego, co pan dzisiaj zobaczy.
– Dzisiaj? Gdyby pan lepiej poszperał w mojej teczce, to wiedziałby pan, że to moja czwarta wizyta w ASD.
Agent nic nie odpowiedział. Pozostał milczący aż do końca wspólnej podróży. Zjechał z autostrady w wąską drogę z betonowych płyt, która wkrótce doprowadziła ich do pilnie strzeżonej bramy. Kierowca pokazał jakiś dokument: przepuszczono ich. Minęli jeszcze dwa podobne posterunki, zanim wreszcie stanęli na podwórzu farmy, pełnej kur, świń i suszącej się na sznurach bielizny, przed budynkiem przypominającym stodołę. Kolejny wartownik wpuścił ich do środka; zaczynała się tu szeroka betonowa pochylnia, schodząca głęboko pod ziemię. Jechali nią dość długo, aż zatrzymali się na dużym podziemnym parkingu. Kierowca wyłączył silnik.Perlmutter znał już całą procedurę. Wysiadł z furgonetki i podszedł do stojącego obok małego samochodu elektrycznego, przypominają-cego wózki golfowe. Czekający tu archiwista w białym fartuchu wyciągnął rękę na powitanie.
– Frank Moore – przypomniał swoje nazwisko. – Miło powitać tu pana znowu.
– Ja również się cieszę, Frank. Ile to już lat?
– Ostatnio był pan tu trzy lata temu. Badał pan historię Sakito Maru.
– Japońskiego statku pasażersko-towarowego, zatopionego przez łódź podwodną Trout.
– No, nie był to taki niewinny statek. O ile pamiętam, przewoził rakiety V-2 z Niemiec do Japonii.
– Ma pan świetną pamięć, Frank.
– Nie, po prostu poznałem tę historię lepiej niż wiele innych, właśnie dzięki szukaniu dokumentów w czasie pańskiej poprzedniej wizyty. Co pana interesuje tym razem?
– Wojna Secesyjna – odparł Perlmutter. – Chcę dotrzeć do wszelkich istniejących zapisów, które mogłyby rzucić jakieś światło na tajemnicze zniknięcie pewnego pancernika Konfederacji.