– To bez sensu – rzekł Grimes. – Mówisz: wylądujemy. Przecież taki pasażerski odrzutowiec musi mieć co najmniej tysiąc metrów równego pasa, żeby wylądować.
– Na Saharze są rejony, gdzie idealnie płaski teren ciągnie się setkami kilometrów – upierała się Eva.
– To strasznie ryzykowne – ostrzegł Grimes. – Jeśli Kazim coś zwącha, drogo za to zapłacimy.
Eva spojrzała wyczekująco na Hoppera, który zwlekał z zabraniem głosu.
– Słuchaj, to naprawdę da się zrobić. – nie rezygnowała.
– Wszystko da się zrobić, ale nie wszystko ma sens. – Hopper zacisnął dłoń na plastikowej poręczy fotela tak mocno, że omaljej nie złamał. – Chociaż… Może rzeczywiście warto spróbować?
– Mówisz serio? – Grimes spojrzał na niego zdumiony.
– Tak. Oczywiście ostatnie słowo należy do naszych pilotów. Ale myślę, że przy odpowiedniej zachęcie finansowej dadzą się przekonać.
– O czymś chyba zapomniałeś – rzekł Grimes.
– O czym?
– Jeśli nawet wylądujemy bez szwanku na pustyni, to czym będziemy tam jeździć?
Eva zwróciła głowę w stronę niedużego terenowego mercedesa, który pożyczył im w Timbuktu pułkownik Mansa.
– Ten mercedes powinien się zmieścić w luku ładunkowym.
– Luk jest na wysokości dwóch metrów nad ziemią – przypomniał jej Grimes. – Jak chcesz podnieść samochód?
Eva stropiła się nieco, ale Hopper przyszedł jej z pomocą.
– Komora bagażowa ma własną opuszczaną pochylnię. Po prostu wjedziemy po niej.
– I zrobicie to pod nosem Batutty?
– Batutta też musi kiedyś spać.
– Przecież ten pojazd jest własnością armii malijskiej – nie poddawał się Grimes. – Jak wytłumaczysz jego zniknięcie?
– O, to już drobiazg – Hopper wzruszył ramionami. – Powiemy Mansie, że ukradziono go nam w Timbuktu, gdy wybraliśmy się na bazar, by nakupić pamiątek.
– To szaleństwo… – mruknął Grimes.
Ale Hopper był już całkowicie przekonany do pomysłu Evy.
– Postanowione – powiedział wstając. – Zaczynamy jutro rano. Eva, poinformuj resztę kolegów z zespołu o naszych planach. Ja biorę na siebie Batuttę. Będę mu się użalał nad naszą porażką.
– Skoro już o nim mowa – rzekła Eva – gdzie on znowu zniknął?
– Siedzi w swoim samochodzie radiowym – odparł Grimes – on tam już prawie mieszka.
– Zawsze grzecznie znika, kiedy zaczynamy dyskusję – zauważyła Eva. – Trochę to dziwne ale, trzeba przyznać, wygodne dla nas.
– Podejrzana jest ta jego grzeczność – rzekł Grimes; wstał i popatrzył w stronę samochodu radiowego. – Pewnie siedzi tam i ogląda w telewizji europejskie pornosy.
– Albo przekazuje pułkownikowi Mansie najnowsze plotki o naszych badaniach.
– Niewiele ma do przekazania – roześmiał się gorzko Hopper. – Miałby jeszcze mniej, gdyby wiedział, jak marne mamy wyniki.
Kapitan Batutta niczego swemu zwierzchnikowi nie przekazywał w każdym razie nie w tej chwili. Siedział w samochodzie radiowym ze słuchawkami na uszach. Miał tu aparaturę podsłuchową o wielkiej czułości. Ukryty w lesie anten na dachu pojazdu mikrofon skierowany był w stronę kampingowego piecyka w środku obozowiska. Batutta pochylił się nad wzmacniaczem, by wyostrzyć dochodzące głosy. Teraz każde słowo rozmawiającej trójki docierało do niego czysto i wyraźnie i w takiej postaci było nagrywane. Słuchał aż do chwili, kiedy tamci skończyli rozmowę i rozeszli się. Doktor Rojas poszła zawiadomić kolegów o postanowieniach szefa, a Hopper i Grimes zabrali się do studiowania map pustyni.
Kapitan sięgnął po telefon komórkowy, działający w panafrykańskim systemie satelitarnym, i wystukał numer.
– Dowództwo Sił Bezpieczeństwa, okręg Gao – odezwał się ospały, jakby ziewający głos.
– Kapitan Batutta do pułkownika Mansy!
Głos po tamtej stronie natychmiast stał się energiczny i służbisty.
– Tak jest, już łączę.
Minęło jednak dobre pięć minut, zanim w słuchawce odezwał się Mansa:
– Słucham, kapitanie.
– Naukowcy z ONZ mają zamiar odwrócić naszą uwagę – zameldował Batutta.
– W jaki sposób?
– Chcą złożyć raport, w którym oświadczą, że nie natrafili na żadne ślady choroby ani na jej ofiary…
– A więc genialny plan generała Kazima dał właściwe rezultaty!
– Na razie tak – rzekł Batutta. – Ale oni chyba przejrzeli plan generała. Doktor Hopper zamierza ogłosić koniec poszukiwań, zabrać ludzi do Timbuktu i wrócić swoim samolotem do Kairu.
– Generał będzie na pewno zadowolony.
– Nie bardzo, kiedy się dowie, że Hopper i jego ludzie wcale nie mają zamiaru opuścić Mali.
– Jak to?
– Chcą przekupić pilotów, wylądować na pustyni i prowadzić badania w obozowiskach nomadów.
Mansa poczuł się, jakby go już pogrzebano.
– To może nas drogo kosztować, Batutta! Generał będzie wściekły, jak się dowie.
– Przecież to nie nasza wina!
– I co z tego? Zna pan gniew generała. Może spaść równie dobrze na winnych, jak na niewinnych. – Mansa namyślał się przez chwilę, po czym dodał: – Niech pan mnie dokładnie informuje o wszystkich krokach Hoppera. Będę to osobiście przekazywał generałowi.
– Jest teraz chyba w Timbuktu?
– Nie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności jest właśnie w Gao, na statku tego Francuza, Massarde'a. Dotrę tam za pół godziny.
– Życzę powodzenia, pułkowniku.
Mansa odłożył słuchawkę i jeszcze raz przeanalizował rewelacje Batutty. Jeśli wypuszczą Hoppera spod kontroli, a on znajdzie na Saharze ofiary zarazy – katastrofa jest nieunikniona. Miał świadomość, że Batutta ocalił go od ciężkich kłopotów, może nawet od plutonu egzekucyjnego. Tak właśnie generał Kazim traktował oficerów, na których się zawiódł, a to niewątpliwie byłby ten przypadek. Jeśli jednak natychmiast zawiadomi generała, a trafi na jego dobry humor, to może nawet liczyć na rychły awans.
Kazał przygotować galowy mundur i podstawić samochód. Czuł dreszcz emocji. Katastrofa, jaką szykowali mu cudzoziemscy natręci, obróci się w ich ostateczną klęskę.Kiedy Mansa wysiadał z samochodu, przy nabrzeżu nieopodal meczetu czekała już duża wojskowa motorówka. Sternik w marynarskim mundurze zasalutował, zdjął cumę z pachołka i wskoczył do kokpitu. Przekręcił kluczyk startera; zadudnił potężny ośmiocylindrowy silnik.Statek Massarde'a stał na kotwicy na środku rzeki; jaskrawe oświetlenie pokładów i kabin odbijało się w lustrze wody. Był to w istocie wielki, trzypiętrowy pływający dom. W porze deszczowej jednak, przy wysokiej wodzie, mógł żeglować nawet bardzo daleko w górę Nigru. Pozwalało na to płaskie dno i niewielkie zanurzenie.
Mansa nigdy jeszcze nie był na pokładzie statku, ale słyszał o nim wiele. W Gao opowiadano cuda o wielkiej, luksusowej kabinie właściciela, o fantazyjnych szklanych schodach prowadzących na lądowisko helikopterów na górnym pokładzie, o dziesięciu kajutach dla gości umeblowanych francuskimi antykami, o salonie z wysokim sufitem, na który przeniesiono w całości fresk z okresu Ludwika XIV z któregoś z zamków nad Loarą, o krytym basenie, saunie i cocktail-barze, a także o wspaniałej aparaturze elektronicznej, umożliwiającej Massarde'owi błyskawiczną łączność z rozrzuconymi po całym świecie filiami jego imperium gospodarczego. Wszystko to składało się na istny pałac na wodzie, niepodobny do jakiejkolwiek innej jednostki pływającej.
Wchodząc na pokład, pułkownik Mansa miał nadzieję, że zobaczy coś z tych luksusów. Zawiódł się jednak. Kazim powitał go tuż przy trapie. Trzymał w ręku kieliszek z szampanem, nie zaproponował jednak pułkownikowi nic do picia.