– Mam nadzieję, że nie przerywasz mojej ważnej konferencji z panem Massarde bez powodu – rzekł lodowatym tonem.
Mansa zasalutował, po czym pospiesznie, ale dokładnie, zaczął opowiadać generałowi to, czego dowiedział się od Batutty; ani razu jednak nie wspomniał nazwiska kapitana.
Kazim słuchał z zainteresowaniem. Jego ciemne oczy pociemniały jeszcze bardziej. Stał nieporuszony, wpatrując się w refleksy świateł na wodzie. Jego twarz przybrała na chwilę wyraz gniewu, po chwili jednak rozjaśniła się.
– Kiedy Hopper i jego ludzie zamierzają wrócić do Timbuktu? – spytał, gdy Mansa skończył swoją relację.
– Jeśli ruszą jutro rano, w Timbuktu będą pod wieczór.
– Mamy więc aż nadto czasu, by pokrzyżować plany zacnego doktorka. – Popatrzył twardo w oczy pułkownika. – Mam nadzieję, że potrafisz wyrazić nasz głęboki żal z powodu niepowodzenia ich poszukiwań.
– Postaram się być dobrym dyplomatą – zapewnił Mansa.
– Czy samolot ONZ z załogą czeka cały czas w Timbuktu? Mansa skinął głową.
– Piloci mieszkają w hotelu Azalai.
– I mówisz, że Hopper chce im dodatkowo zapłacić, żeby wylądowali na pustyni?
– Tak powiedział swoim współpracownikom.
– Musimy przejąć kontrolę nad tym samolotem.
– Czy mam zaproponować pilotom więcej niż daje Hopper?
– Nie, po co marnować pieniądze ¦- żachnął się Kazim. – Trzeba ich po prostu zlikwidować.
Mansa spodziewał się takiej odpowiedzi.
– Tak jest, panie generale! – powiedział i nadal wyprężony na baczność czekał na dalsze instrukcje, Potem zastąpisz ich naszymi ludźmi. Znajdź jakichś podobnych, żeby Hopper się nie zorientował.
– Znakomity plan! – wtrącił pochlebcze Mansa.
– A Hoppera zawiadom, że bardzo mi zależy na tym, aby kapitan Batutta poleciał z nimi do Kairu, jako mój osobisty łącznik w WHO. Tobie powierzam nadzór nad całą operacją.
– Jakie będą instrukcje dla naszych pilotów?
– Powiedz im – oczy Kazima błysnęły złośliwie – żeby wylądowali w pobliżu Asselar.
– Asselar! – powtórzył Mansa; tym razem całkiem szczerze podziwiał pomysłowość generała. – Ci zdziczali mutanci, którzy zjedli turystów, na pewno zjedzą też całą bandę Hoppera.
– To już jest w rękach Allacha – rzekł obłudnie Kazim.
– A jeśli jakimś cudem przeżyją? – spytał ostrożnie Mansa.
– To wciąż jeszcze… – rzekł generał z diabelskim uśmiechem – pozostaje Tebezza.
Część II. Spalona ziemia
15
Na lotnisku marynarki wojennej nad zatoką Jamaica mężczyzna w okrągłych drucianych okularach, w wytartych dżinsowych spodniach i takiejż kurtce, stroju hippisa z lat sześćdziesiątych, stał oparty o zaparkowanego w odludnym miejscu wielkiego jeepa i obserwował kołujący w jego stronę turkusowy odrzutowiec NUMA. Samolot zatrzymał się zaledwie dziesięć metrów od niego. Na widok Sandeckera i Chapmana wyprostował się i podszedł, by ich powitać.
Admirał spojrzał na samochód z zadowoleniem. Nie znosił oficjalnych limuzyn; sam najchętniej używał terenowych łazików, nawet do jazdy po mieście. Z trudem natomiast akceptował strój oczekującego. Hiram Yaeger, dyrektor centrum komputerowego NUMA, był wśród bliskich współpracowników admirała jedyną osobą, zupełnie lekceważącą przyjęte w sferach oficjalnych reguły mody.
– Dziękuję, Hiram, że przyjechałeś po nas. Przykro mi, że oderwałem cię od roboty w Waszyngtonie.
– Nie szkodzi, admirale. I tak musiałem odpocząć na chwilę od moich maszyn. Jaki mieliście lot?
– Dla mnie jak zwykle kabina w samolocie za niska i za mało miejsca na nogi – odparł dwumetrowy Chapman. – W dodatku admirał pobił mnie w remika dziesięć do czterech.
– Dajcie bagaże; wrzucę je do samochodu i jedziemy na Manhattan.
– Czy umówiłeś nas z panią Kamil? – upewnił się Sandecker.
– Zadzwoniłem do centrali ONZ, jak tylko zapowiedział pan swój przyjazd. Pani Sekretarz Generalny specjalnie dla nas zmieniła swój dzisiejszy program.
– To ładnie z jej strony.
– Czeka na nas o dziesiątej trzydzieści. Admirał spojrzał na zegarek.
– Jeszcze półtorej godziny. Może wstąpimy gdzieś na kawę i lekkie śniadanie?
– Dobry pomysł – rzekł Chapman między dwoma ziewnięciami. – Umieram z głodu.
Yaeger ruszył w stronę miasta autostradą, zaraz jednak zjechał na Coney Island Avenue i zatrzymał się przed małą restauracją. Weszli do środka, usiedli przy stoliku i zawołali kelnerkę, która z podziwem wpatrywała się w olbrzymiego Chapmana.
– Co dla panów?
– Dla mnie łosoś, twarożek i rogaliki – rzekł Sandecker, Chapman wziął omlet z peklowaną wołowiną i salami, a Yaeger placek drożdżowy, zwany "duńczykier". Przez dłuższą chwilę milczeli, pogrążeni we własnych myślach. Gdy kelnerka przyniosła parującą kawę, Sandecker wrzucił do filiżanki kostkę lodu, by szybciej ochłodzić gorący płyn.
– Co twoje maszyny mówią o czerwonym zakwicie? – spytał Yaeger a.
– Wygląda to ponuro – odparł ekspert od komputerów, bawiąc się widelcem. – Zdjęcia satelitarne umożliwiły mi śledzenie ekspansji tych glonów. Przypomina to grę według zasady: "podwój stawkę". Zaczynasz od jednego pensa, następnego dnia masz dwa, a po miesiącu jesteś już miliarderem. Przy brzegach Afryki rejon zajęty czerwonym zakwitem powiększa się dwukrotnie w ciągu czterech dni. Dziś o czwartej rano glony pokrywały już dwieście czterdzieści tysięcy kilometrów kwadratowych wody.
– W tym tempie – obliczył szybko Chapman – za trzy, cztery tygodnie zajęty będzie cały południowy Atlantyk.
– Czy znacie już przynajmniej przyczynę?
– Nie. Domyślamy się tylko, że rozmnażanie tej nowej mutacji wiciowców przyspiesza jakiś organometalik.
– Organometalik? – Yaeger kiepsko się czuł w żargonie chemików.
– Związek metalu i substancji organicznej – wyjaśnił Chapman.
– Skąd on się tam bierze?
– Najprawdopodobniej z odpadów przemysłowych i biologicznych. Synteza cząstek metalicznych i organicznych następuje albo na jakimś wysypisku, albo dopiero w wodzie Nigru.
– A może to ścieki z jakieś instytucji prowadzącej badania biogenetyczne? – podsunął Yaeger.
– W zachodniej Afryce nikt takich badań nie prowadzi – odparł krótko Sandecker.
– A jednak coś tu działa stymulująco – powiedział Chapman. – Zupełnie tak jak hormony.
– Coś takiego, jak pożywka dla bakterii? – spytał Yaeger.
Przerwali na chwilę rozmowę; kelnerka przyniosła zamówione potrawy i ponownie napełniła filiżanki kawą.
– To nie to samo – podjął Chapman, gdy odeszła. – Pożywka pozwala po prostu przeżyć większej ilości organizmów. Tu natomiast zwiększają się, i to lawinowo, ich zdolności rozrodcze. Właśnie dlatego myślę, że nie mogą tego powodować zwykłe ścieki biologiczne, choćby o wielkiej wartości odżywczej.
Sandecker rozsmarował na rogaliku grubą warstwę twarogu i położył na to plasterek łososia.
– Coś mi się zdaje – mruknął – że już niedługo sławna plama ropy po wojnie irackiej będzie nam się wydawała małą brudną kałużą, o której nie warto mówić.
– Co gorsza – rzekł Chapman – zupełnie nie wiemy, jak to powstrzymać. Bez dokładnej analizy wody z Nigru możemy tylko snuć przypuszczenia. Dopóki Rudi Gunn nie znajdzie igły w stogu siana i nie stwierdzi, kto ją tam wrzucił – mamy związane ręce.
– Jakie są ostatnie wiadomości?
– Na jaki temat? – mruknął Sandecker z pełnymi ustami.