– Na temat naszych trzech przyjaciół na Nigrze! – Yaeger był nieco zirytowany obojętnością Sandeckera. – Od wczoraj satelita nie przekazuje od nich żadnych wiadomości ani wyników badań.
Admirał rozejrzał się po wnętrzu baru, upewniając się, czy nikt ich nie słyszy.
– Mieli małe nieporozumienie z flotą rzeczną Beninu.
– Nieporozumienie? – spytał nieufnie Yaeger – Co się stało? Nie są ranni?
– Zdaje się, że wyszli z tego cało – rzekł Sandecker. – Tamci chcieli ich zatrzymać i zrewidować. Zawaliłby się cały nasz plan. Nie mieli wyjścia, musieli podjąć otwartą walkę. Niestety stracili przy tej okazji systemy łączności.
– Więc dlatego milczą… – mruknął Yaeger, już spokojniejszy.
– Ze zdjęć satelitarnych Agencji Bezpieczeństwa Państwa wynika, że zniszczyli dwa benińskie ścigacze i helikopter, po czym dotarli szczęśliwie do granic Mali.
– Mali? – Yaeger nagle całkiem stracił apetyt. – O Boże! Nigdy stamtąd nie wrócą! Cały ten kraj to jedna wielka katownia. Z tego co wiem, zajmuje pierwsze miejsce w Afryce w łamaniu praw człowieka. Złapią ich i powieszą na najbliższej palmie.
– Właśnie dlatego chcemy się spotkać z Sekretarzem Generalnym ONZ – rzekł Sandecker.
– A w czym ona może nam pomóc?
– Nie wiem. Ale to ostatnia nadzieja, wszyscy inni odmówili pomocy.
– Trudno się dziwić – zauważył Yaeger. – Ta ekspedycja była właściwie nielegalna.
– Bo politycy nie chcieli zrozumieć, jak wiele od niej zależy – rzekł Chapman z goryczą. – Czy uwierzy pan, że chcieli powołać specjalną komisję Kongresu do badania tej sprawy? Cały świat stoi w obliczu zagłady, a światli mężowie stanu zaczęliby debatować i wygłaszać oracje!
– Rzeczywiście – przytaknął Sandecker. – Przedstawiliśmy całą kwestię prezydentowi, Sekretarzowi Stanu i kilku kongresmanom. Błagaliśmy, żeby użyli swoich wpływów w Afryce, by umożliwić nam legalne, oficjalnie badanie wód Nigru. Wszyscy odmówili.
Yaeger popatrzył na niego przenikliwie.
– A więc wysłał pan Dirka, Ala i Rudiego potajemnie, bez zgody naszych władz?
– Nie miałem innego wyjścia. Nie mogłem czekać ani dnia dłużej.
– Cholera! Jest gorzej, niż myślałem.
– Właśnie dlatego szukamy pomocy w ONZ – rzekł Chapman. – Jeśli oni nie pomogą, to więcej niż pewne, że Gunn, Giordino i Pitt wylądują w malijskim więzieniu i nigdy stamtąd nie wyjdą.
– A wyniki badań, na których tak strasznie nam zależy – dodał Sandecker – przepadną razem z nimi.
Na twarzy Yaegera odmalował się wyraz gorzkiej ironii.
– Wyniki badań? A więc to było ważniejsze niż ludzie? Poświęcił ich pan, admirale! Poświęcił pan swoich najlepszych przyjaciół!
Sandecker odpowiedział spojrzeniem twardym jak skała.
– Myślisz, że ta decyzja przyszła mi łatwo, bez wewnętrznej walki? A kogo miałem tam posłać? Wiem, że to strasznie trudna i niebezpieczna robota. I wiem, że tylko oni mają szansę ją wykonać.
Yaeger przez dłuższą chwilę zmagał się z myślami.
– To prawda – powiedział w końcu. – Oni rzeczywiście są najlepsi. Nikt inny nie miałby tu żadnych szans.
Hala Kamil, Egipcjanka, Sekretarz Generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych, łączyła w sobie urodę i tajemniczość Nefretete. Była to czterdziestosiedmioletnia kobieta o pięknych czarnych oczach, długich, opadających na ramiona hebanowych włosach i delikatnych rysach. Wysoka, bardzo zgrabna, czego nie maskował nawet konwencjonalny, oficjalny kostium, umiała nawet w śmiertelnie poważnych urzędowych okolicznościach zachować swój dziewczęcy wdzięk.
Na widok admirała i jego współpracowników wstała zza biurka i wyszła im naprzeciw.
– Miło mi pana znowu spotkać, admirale Sandecker.
– Jestem zaszczycony – Sandecker skłonił się z kurtuazją, jaką zawsze okazywał pięknym kobietom.
– Niezwykły z pana człowiek, admirale. Ani trochę się pan nie starzeje.
– To pani jest niezwykła. Wygląda pani coraz młodziej.
Uśmiechnęła się czarująco.
– Zostawmy te komplementy. Obojgu nam z pewnością przybyło przez te lata kilka zmarszczek. Dawno się nie widzieliśmy.
– Prawie pięć lat – potwierdził Sandecker.
Przedstawił swoich współpracowników. Nie zwróciła szczególnej uwagi ani na wzrost Chapmana, ani na strój Yaegera. Zbyt wiele osób o dziwnym wyglądzie i w jeszcze dziwniejszych strojach przewijało się codziennie przez jej biuro.
– Proszę siadać, panowie – zaprosiła gości z uśmiechem.
– Postaram się mówić zwięźle – zaczął rzeczowo Sandecker. – Chcę prosić panią o pomoc w nadzwyczaj ważnej i pilnej sprawie. Chodzi o katastrofę ekologiczną, zagrażającą życiu wszystkich istot ludzkich.
– Brzmi to bardzo poważnie, admirale – jej czarne oczy wyrażały sceptycyzm. – Ale jeśli ma pan na myśli tak zwany efekt cieplarniany, już się uodporniłam.
– Mam na myśli coś znacznie gorszego. Coś, co jeszcze w tym roku może unicestwić życie na Ziemi.
Kamil przyjrzała się twarzom pozostałych dwóch gości. Były równie poważne i ponure. Nie miała zresztą powodów nie wierzyć Sandeckerowi. Przeciwnie, ufała mu całkowicie. Znała go dobrze i wiedziała, że nie ma najmniejszych skłonności do fantazjowania. Jeśli twierdził, że jutro niebo spadnie im na głowę, musiał mieć na to niezbite dowody.
– Proszę, niech pan mówi dalej.
Sandecker oddał głos Chapmanowi i Yaegerowi. Lakonicznie przedstawili swoją wiedzę na temat czerwonego zakwitu. Po dwudziestu minutach Sekretarz Generalny nacisnęła guzik interkomu.
– Sara? Proszę zadzwonić do ambasadora Peru i odwołać dzisiejsze spotkanie. Proszę mu powiedzieć, że pojawiła się nowa, nie cierpiąca zwłoki sprawa i spytać, czy będzie miał dla mnie czas jutro o tej samej porze.
– Jesteśmy bardzo wdzięczni, że poświęca nam pani tyle czasu i uwagi – powiedział szczerze Sandecker.
– Więc to rzeczywiście tak groźne? – spytała.
– Tak – rzekł Chapman. – Jeśli zakwit ogarnie całą powierzchnię mórz, zabraknie tlenu do podtrzymania życia na lądach.
– Nie mówiąc już o jego działaniu toksycznym – dodał Yaeger. – Zginą wszystkie istoty żyjące w zatrutej wodzie lub pijące ją.
– A co na to Kongres Stanów Zjednoczonych? – spojrzała na Sandeckera. – I rząd, i wasi uczeni? Co na to międzynarodowe organizacje ekologiczne?
– Oczywiście – odparł Sandecker – złożyliśmy odpowiedni raport prezydentowi i członkom Kongresu, ale tryby biurokracji kręcą się bardzo wolno. Różne komisje badają tę sprawę, nie podjęto jednak jeszcze żadnej decyzji. Politycy nie potrafią sobie wyobrazić rozmiarów tego zjawiska i nie czują, jak istotnym elementem jest tu uciekający czas.
– Rzecz jasna – dodał Chapman – przekazaliśmy wstępne wyniki badań uczonym z różnych dziedzin. Ale dopóki nie zidentyfikujemy związku chemicznego stymulującego zakwit, trudno liczyć na to, że ktokolwiek z nich znajdzie antidotum.
Słuchała w milczeniu. Przedstawiona wizja, choć lakoniczna, wydawała się jej przekonująca. Ale miała świadomość, że Sekretarz Generalny ONZ niewiele może w tej sprawie zdziałać. Jej pozycja w Nowym Jorku była mniej więcej tym samym, co pozycja królowej w państwie z baśni. Polegała głównie na patronowaniu różnym pokojowym misjom, programom pomocy i współpracy. W istocie rzeczy Sekretarz Generalny jedynie koordynuje prace ONZ, ale niczym nie kieruje.
– Wszystko, co mogę dla was zrobić – powiedziała – to zapewnić pomoc Programu Ochrony Środowiska ONZ.
Sandecker spróbował jednak pójść dalej. Starannie i ostrożnie dobierał słów.
– Rzecz w tym, że wysłałem już w górę Nigru łódź z zespołem badaczy, by przeprowadzili dokładną analizę wody i znaleźli źródło tej substacji stymulującej.